Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma

Spread the love

Mam czasem dość. Jestem zmęczona. Wieczorem, kiedy Dawid zaśnie, ogarnę mieszkanie i pomyślę, że jutro, jak tylko mały otworzy oczy, zacznie się kolejny mój dzień jako matki, która zajmuje się w domu dzieckiem, marzę o powrocie do pracy zawodowej. W myślach przenoszę się do mojego biurka, przy którym mogłabym usiąść, odpalić komputer i skupić się na jednej rzeczy, na mailu, na piśmie, na sprawie i pracować, zapieprzać tak bardzo, że nie miałabym czasu na przerwę. Marzy mi się, tak. Ponieważ czasem mam dość. Jestem zmęczona.

Do pracy, takiej dorosłej, na stałe, poszłam zaraz po maturze. Studiowałam zaocznie, w weekendy, a w tygodniu pracowałam. Dla mnie układ był idealny. Najpierw staż w samorządzie, później krótki epizod w agencji reklamowej, następnie kilkuletni przystanek jako sekretarka w kancelarii adwokackiej. Koniec studiów, trzy miesiące w Londynie z pracą dorywczą, bo tego mi było trzeba, powrót do Polski, nowa praca. W biurze. Najpierw sekretarka, później asystentka, następnie kierownik działu, później wydziału. Wszystko w jednej firmie i dość szybko, intensywnie. Praca często od 7:00 do 19:00, wieczne zostawanie po godzinach, w tygodniu w sumie nie było czasu na nic innego. Weekendy dla mnie i dla D. I tak było. Odpowiadało mi to, bo ja kocham pracować, bo w tym co robiłam, czułam się dobra, bo mnie doceniano i mimo, że otrzymałam niezliczoną ilość tzw. szefowych opierdoli, zawsze czerpałam z pracy satysfakcję.

Później przyszła ciąża. Po tej pierwszej, straconej, praca odeszła gdzieś na dalszy plan. Początkowo myślenie o drugiej ciąży stało się dla mnie obsesją na tyle, że w pracy nie myślałam o niczym innym, niż o tym, żeby stamtąd wyjść i już móc starać się o dziecko, już zająć się tylko życiem prywatnym. Po jakimś czasie to minęło, jednak kiedy zaszłam w ciążę z Dawidem, było dla mnie jasne, że w pracy za długo nie wytrzymam. Po pierwsze, dojazd do niej zajmował mi ok. 1,5 godziny w jedną stronę i o ile, mimo mdłości, rano było to jeszcze do zniesienia, to wieczorem, kiedy prowadząc auto prawie zasypiałam za kierownicą, stało się to niebezpieczne. Druga sprawa, że ja cały pierwszy trymestr bałam się o ciążę tak bardzo, że moja wydajność w pracy była praktycznie żadna. Mało to profesjonalne, ale tak było. Pewnych rzeczy nie przeskoczysz. Byłam w takiej sytuacji, że mogłam iść na zwolnienie. Więc poszłam. W okolicach 10 tygodnia. I tym oto sposobem, praktycznie całą ciążę mogłam siedzieć spokojnie w domu i odpoczywać. I nie żałuję tego, bo z moich kalkulacji wynika, że nie odpocznę w ten sposób przez najbliższych kilkanaście lat, więc było warto. Wyrzutów sumienia brak.

Rok macierzyńskiego minął szybko. Pod koniec marca napisałam podanie o wykorzystanie zaległego urlopu wypoczynkowego, którego trochę się nazbierało. W domu z Dawidem miałam być do połowy lipca. Jeszcze w marcu powrót do pracy i zostawienie małego, wydawało mi się czymś najgorszym na świecie. Nie chciałam. Było mi dobrze. Wiadomo, że człowiek na tym macierzyńskim często chodzi jak zombie i często rutyna, jaka wkrada się w życie zaczyna nużyć, przeszkadzać. Dawid jednak zawsze potrafił wybić mi z głowy to, że siedzenie z nim w domu jest nudne i męczące. Myślę, że to dlatego, że pierwszy rok życia takiego dziecka jest przepełniony skokami rozwojowymi, nowymi umiejętnościami, postępami. Najpierw zaczyna widzieć, później się uśmiechać, później podnosić i trzymać głowę. Następnie nie sra już przy każdym karmieniu, co wbrew pozorom jest naprawdę ogromnym osiągnięciem. Przewracanie się, turlanie, siadanie, podnoszenie, pierwsze kroki – to są rzeczy, które sprawiały, że nie czułam, żeby siedzenie w domu było dla mnie wyrzeczeniem. Patrzenie jak rozwija się moje dziecko i możliwość bycia przy tych wszystkich momentach, wynagradzają dużo. Żadna premia, żaden awans, nic związanego z pracą zawodową, nigdy nie dostarczyło mi takiej satysfakcji.

Po roku zaszłam w drugą ciążę i tak szczęśliwie chodzę w niej już 17 tygodni. Pierwsze trzy miesiące wyjęte z życia, bo czułam się jak flak, albo i nie, bo jakby się zastanowić, to taki flak nie ma wcale tak najgorzej. Teraz jest już dobrze, samopoczucie super i spędzamy sobie razem kolejne dni z Dawidem. W domu. To znaczy w parku, na placu zabaw, w piaskownicy, w różnych miejscach. Zazwyczaj tam, gdzie jest pełno matek, pełno dzieci i wszystkich gugu, gaga, rozmawianiu o kupach, myciu naczyń i nieprzespanych nocach. Przez pierwszy rok kompletnie mi to nie przeszkadzało, jednak teraz zdałam sobie sprawę, że ja przez kolejne 2 lata nic innego nie będę robić. Nie ubiorę białej koszuli i ołówkowej spódnicy, żeby móc wreszcie poczuć się jak ktoś elegancki, nie ubabrany, nie skopany i spocony, bo jak ja w tej spódnicy dogonię mojego szoguna. O szpilkach już nie pamiętam – czekają na lepsze czasy (a kochałam je, bardzo – tęsknię). I nie, nie chodzę w wyciągniętym, brudnym dresie z pozostałością przedtygodniowego banana  zaraz obok firmowego znaczka, mającego świadczyć o tym, że ja nie biedna, tylko zalatana. Ubieram się normalnie, schludnie się staram, nawet rzeczy piorę, tylko w okolicach południa nigdy nie jestem już perfekcyjna, bo wiecznie przypieprzę nogą w wózek, albo Dawid zostawi ślad tłustej rączki na bluzce. I w sumie to walić to, bo to nie ważne, ale w takich chwilach marzę o tym biurku i o tej kawie, którą mogę sobie zrobić nie mając oczu z tyłu głowy, czy mały szkodnik akurat nie podejdzie mi pod nogi i zrobię tą kawą nieszczęście. Marzę o mailu, na który odpiszę w spokoju  i nawet jak obok będzie dzwonił telefon, a w między czasie ktoś zapuka do drzwi, to nie będzie tego można porównać z uwieszonym na tobie maluchem, który chce czegoś teraz, a jeszcze nie powie ci co, bo nie potrafi, więc tragedia jest straszna, a słowo „cierpliwość” zamazuje się gdzieś w twoim słowniku, bo to towar deficytowy. Tak, tak czasem myślę. I do pracy zawodowej chcę.

Z drugiej strony czytam to, co piszą matki pracujące i słucham moich pracujących koleżanek. Czytam o tym, że czas pędzi po powrocie do pracy 100 razy bardziej, że wiecznie są w biegu, że się nie zatrzymują nawet, jak śpią. Rano wszystko na czas, ubrać się na czas, ubrać dziecko na czas, zjeść, zdążyć, dać radę przy tym kogoś nie zabić. Później w pracy, owszem, jest kawa i kanapka zjedzona w przerwie bez tego głośnego „DAJ, MAMA, DAJ” za uchem. I jest odpisywanie na maile, przy biurku, w spokoju. Jest skupienie na czym innym. A później znowu bieg, wyścig, bo dziecko trzeba odebrać ze żłobka, od babci, od niani, albo zwyczajnie wrócić szybko do domu, bo szkoda jest czasu, którego i tak mają dla siebie mało.

Widzę, że jest też ogromna różnica między matkami, które dopiero co wróciły do pracy, i wygłodniałe tych dorosłych obowiązków i kontaktu z kimś, kto przekracza metr wzrostu, łapią każdą chwilę w pracy i traktują ją jako relaks, a matkami, które macierzyński mają już daaaawno za sobą i zapomniały, że pracę można traktować jako źródło wypoczynku. I tu pojawia się spór. Kto ma gorzej? A może raczej – kto ma lepiej? Te, co zdecydowały się na full time macierzyństwo, czy te, które pracują? Które mają większy powód do zazdrości?

Kiedyś usłyszałam na ten temat coś krótkiego, ale według mnie trafiającego w punkt, a mianowicie – WSZYSTKIE JESTEŚMY POPIERDOLONE. Te matki, które siedzą w domu i marudzą, że ciągle dziecko i ciągłe sprzątanie i te, co jęczą, że chodzą do pracy i spędzają z dzieckiem za mało czasu. Te, co mają dziecko na co dzień, przez co im to powszednieje i te, które mają nerwy w pracy, przez co cierpliwość też mniejsza.  Te, które siedząc w pracy czują się lepsze, bo uważają, że godzą więcej obowiązków i są bardziej spełnione i te, które siedząc w domu myślą o tych wyrodnych, które nie poświęcają dzieciom tyle czasu. Głupie baby z nas, serio. Taka bywa ludzka natura, że szukamy przysłowiowej magi do zupy, nam nie dogodzić. A w tym temacie nie ma rozwiązania idealnego.

Przede mną poród w styczniu i rok macierzyńskiego, teraz już z dwójką dzieci. Będzie hardcore. Wiem, że po tym czasie, kiedy już znajdę nową pracę, bo do starej nie wrócę na pewno, polecę do niej na skrzydłach. Zostawię dzieci, z nianią najprawdopodobniej. Wiem, że nie nadaję się do tego, żeby siedzieć w domu przez kilka następnych lat zajmując się dziećmi. Podziwiam kobiety, które się na to decydują i nie wariują. Podziwiam, bo kurde macierzyństwo jest piękne, ale takie siedzenie w domu bywa bardzo niewdzięczne. A już te kobiety, które siedzą w domu z dzieckiem i przy okazji, już parę chwil po porodzie wracają do aktywności zawodowej, a nie mają niani, babci która zajmie się dzieckiem i nie oddają dziecka do żłobka,  to podziwiam szczególnie – a znam takie osobiście i nie, nie jest to Anna Lewandowka.

Chciałabym umieć pogodzić to wszystko tak, by każdy był zadowolony, chociaż im dłużej o tym myślę, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że się nie da. I wiem, że kiedyś, pewnego słonecznego dnia, który spędzę w pracy, będę żałować, że właśnie nie spaceruję z dziećmi po słonecznym parku, tylko kisnę za biurkiem. Pewnie nie raz zatęsknię za tym, że w ciągu dnia, jak humor latorośli dopisze, mogę oglądnąć z nim bajkę, albo poczytać, w domu, na spokojnie. Korzystam więc z tego czasu teraz, bo on już raczej nie wróci. Daję Dawidowi to, co tylko potrafię i mimo, że czasem doprowadza mnie do szału, cieszę się, że może dostać mnie tyle, ile tylko jest to możliwe. I może przez to, że jestem z nim codziennie, nie jestem już taka kreatywna, taka zabawna i taka doceniająca ten czas, którego mam z nim po prostu dużo, ale w chwilach załamki przypominam sobie, że to se ne vrati, tak jest tylko teraz. Jesteśmy sobie razem i jest dobrze.  Pozdrawiam Was, mamy, te pracujące i te nie pracujące- wszystkie. JESTEŚCIE WSPANIAŁE!

2 comments on “Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma
  1. Powrot do pracy to jest cos o czym sie marzy siedzac w domu a zostanie w domu jak sie juz wroci do pracy. Dobrze ze teraz macierzynski trwa okolo rok bo przy moim starszym synu to byly tylko 4 miesiace a zostawienie takiego szkraba z kims obcym jak dla mnie bylo niewykonalne. Teraz na szczescie mam mozliwosc pogodzenia pracy z przedszkolem i grafikiem meza wiec nie musze zatrudniac niani a przedszkole moje dziecko kocha.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.