O tym, jak nie potrafiłam nie ocenić

Spread the love

Przez ostatnie trzy tygodnie napisałam dużo wpisów. Pisałam i pisałam, o nocnym wstawianiu, podziale obowiązków, dziwnych przy kawie matczynych rozmowach, ukrytych lękach, kolejnych radościach. Zaczynałam i nie kończyłam. Wpisy nie nadające się do publikacji. Pisanie mi po prostu przestało wychodzić, tak czułam. Przy kolejnych próbach utwierdzałam się w przekonaniu, że to nie to, chyba się wypaliłam, nie potrafię już tak łatwo przekazać, o co mi chodzi i co mam w głowie. Stwierdziłam, że może to dobry moment, by dać sobie spokój. Wczoraj w nocy mój syn dał koncert swojego życia i gdy w końcu zasnął, uczynił to w takiej pozycji (w sensie, że pozycji nie dającej mi możliwości ruchu) i tak kurczowo trzymając się mojej bluzki, że w zasadzie zmuszona byłam zostać z nim w tym koślawym uścisku, a że pozycja nie sprzyjała zaśnięciu, miałam sporo czasu na przemyślenia. Wtedy przyszła do mnie odpowiedź. Zapaliła się żarówka. Ja już wiem, skąd u mnie ta posucha! Wiem, dlaczego straciłam serce do bloga. Zawsze pisałam tu o wszystkim, co siedziało we mnie w środku, co akurat zaprzątało głowę najbardziej. Parę tygodni temu postanowiłam jednak, że pewien temat przemilczę, że nie chcę o tym pisać, chociaż myślę często. Tworząc każdy kolejny wpis czułam, że to nie najważniejsze, że to nie to. Pieluchy, ząbkowanie, relacje z teściową, urlop macierzyński – to wszystko tematy zastępcze. Ten przemilczany, ten, który mną wstrząsa tak naprawdę, jest inny – czarny protest i drugi, teraz bardzo na czasie, pewien protest song.

Mam wrażenie, że te dwa tematy bardzo podzieliły ostatnio Polaków. Obserwuję, jak ludzie zajadle udowadniają innym swoje racje, jedyne słuszne. Czytałam komentarze, w których czytelnicy popularnych blogów, takich o sześćdziesiąt tysięcy razy popularniejszych niż mój, deklarowali unlike i dozgonne nie czytanie, bo okazało się, że autor nie po tej stronie barykady w sporze stanął, co według czytelnika powinien. Ja się odniosę do tego wszystkiego z przekonaniem, że z mojego skromnego grona czytelników część również odpadnie, a że ten blog to zawsze było moje miejsce w sieci, niech tak zostanie – niezadowolonym macham chustką na pożegnanie. Albo pieluchą raczej, aktualnie łatwiej mi tetrę jednak znaleźć, niż chustkę.

Byłam na czarnym proteście w mojej miejscowości. Poszłam tam z moim synem w wózku. Przez przeciwników jestem pewnie nazywana aborcjonistką, a w opinii wielu osób dałam się wciągnąć w polityczną grę opozycji. Jeszcze inni powiedzą, że w takich zbiorowych manifestacjach nigdy nie masz szans wyrazić, o co ci chodzi, bo pod wspólnym hasłem łączą się często skrajnie różne poglądy. Ja poszłam, żeby pokazać, że nie zgadzam się, żeby głos kobiet był zagłuszany. Nie podoba mi się, że organizacje „w ochronie życia” mają teraz w Polsce prawo do forsowania ustawy nie dającej rodzinom, bo to nie tylko o kobiety chodzi, prawa przerwania ciąży w ustalonych przypadkach. Kompromis aborcyjny obowiązujący aktualnie w Polsce jest według mnie dobry. Jest to kompromis, tu nigdy nikt nie będzie w pełni zadowolony, na tym to polega.  Ani ci z lewa, ani ci z prawa. Teraz ten środek miał już nie być środkiem, miał zostać przegięty, w jedną, albo w drugą stronę.

Ponieważ przy obecnej partii rządzącej, do której światopoglądowo bardzo mi daleko, ci z lewej strony barykady raczej szans nie mieli, co zostało udowodnione odrzuceniem ich projektu (z którym to projektem również mi nie po drodze), już na wstępie, przyszło mi protestować przeciwko stronie prawej, chcącej wprowadzić zakaz absolutny.

Tym oto sposobem ja, wierząca w życie od poczęcia, ta, która niejednokrotnie pisała, że dla mnie już od początku ciąży człowiek to człowiek, kobieta, która po stracie dwunastotygodniowej ciąży opłakiwała stracone dziecko, matka ukochanego, półrocznego syna, poszłam protestować. Nie uważam, że aborcja jest dobra, nie jestem za jej całkowitą legalizacją i dla mnie wiele z chorób, przez które kobiety usuwają obecnie ciąże, nie byłoby wystarczającym powodem do podjęcia takiej decyzji. Jednak nie mam prawa decydować za kogoś i sama chcę mieć wybór. Tyle w temacie czarnego protestu.

Bardziej jednak poruszyła mną ostatnio inna sprawa, z czarnym protestem związana i mam wrażenie, że równie głośna. Wywiad artystki, aborcyjny comming out i fala wydarzeń, która się po nim zadziała, głównie w Internecie. Po przeczytaniu wywiadu nie mogłam zasnąć. Youtube szybko wyszukał piosenkę, o której w wywiadzie mowa. Piosenka, której tytuł o śnie traktuje, jednak w śnie nie pomaga. Przeczytałam, przesłuchałam i poczułam się źle. Do tej pory tak się czuję. Przez kolejnych parę dni obserwowałam różne reakcje ludzi, czytałam wiele dyskusji na ten temat, nawet w jedną się wdałam. Przeróżne emocje kłóciły się ze sobą w mojej głowie, przeróżne myśli przychodziły i mimo, że wydawało mi się, że sama nie wiem, co o tym myśleć, w głębi duszy wiedziałam od początku.

Wiecie, co targało mną najbardziej? Nie chciałam oceniać. Nie lubię oceniać. Nie lubię też być oceniana. Ocenianie jest passe, dobrzy ludzie nie oceniają, a już ci nowocześni to w ogóle. Tylko że ja nie potrafię tego nie ocenić. Oceniłam to już na początku, tylko nie chciałam się do tego przyznać, bo przez chwilę zastanawiałam się jeszcze nad tym, nad czym zawsze się zastanawiam, zanim wygłoszę jakiś pogląd, szczególnie w tak ważnej kwestii- co by było, gdyby to spotkało mnie? O ile nigdy nie narzucam innym swoich poglądów i szanuję wiarę i przekonania innych, w tym przypadku nie potrafię się empatyzować z bohaterką historii. Co więcej, myślę, że już nigdy słuchając jej piosenek, nie będę w stanie odciąć się od tego, co zostało przez nią powiedziane. Nazwij mnie małą, nazwij mnie Dulską, nie potrafię.

Uważam, że ten wywiad jest zły, jest okrutny. Uważam, że osoba publiczna, która decyduje się poruszyć tak delikatne kwestie, powinna zrobić to w sposób odpowiedzialny, bardziej przemyślany. Brakuje mi tam refleksji, pojawia się dużo niespójności. Uważam, że wywiadem tym zaszkodziła kobietom, które podjęły decyzję o aborcji, bo utwierdziła ludzi w przekonaniu, że było to dla nich wszystkich jak pstryknięcie palcami. Uważam, że opisywanie przez osobę znaną aborcji, jako sposobu na odzyskanie dawnego życia w PIĘĆ MINUT, jest niewłaściwe. Nie rozumiem, jak można opisywać dwutygodniowy proces celowego szkodzenia ciąży, jedynie w kontekście własnej krzywdy, targających ciałem dreszczy i złego samopoczucia. Nie rozumiem, jak zdecydowana na aborcję kobieta mogła posłuchać lekarza, który kazał jej łykać tabletki przez tak długi okres i przez te 14 dni funkcjonować z wiedzą, że właśnie powoli zabija własne dziecko. Dorosła kobieta, dojrzała, świadoma. I nie mówcie mi, że nie dla wszystkich to jest dziecko, bo ta sama kobieta głośno zastanawia się, czy tam była już dusza i wcale nie ma pewności, że nie, więc tak do końca to chyba nie traktowała „tego” jak „nie dziecko”, albo „nie człowieka”. Porównanie aborcji do odmówienia przybyszowi noclegu zdziwiło mnie jeszcze bardziej. Nie siedzę w jej głowie, nie wiem, jak to przeżyła, ale ze słów, które przeczytałam, to faktycznie jedyna refleksja, jaka się tam pojawiła, to ta dotycząca zbyt małego metrażu mieszkania i braku możliwości przeorganizowania własnego życia. Czy raczej braku chęci, bo możliwość jest zawsze. Uważam, że decydując się na opowiedzenie swojej historii w taki sposób, nie okazała szacunku dziecku, które nie miało szansy się urodzić, ponieważ pojawiło się na tym świecie jako jej trzecie, a nie pierwsze lub drugie.

Nie rozumiem również zdziwienia wszystkich, którzy uważają, że nie powinno się tego teraz komentować i oceniać, że na kobietę, która miała odwagę przemówić, spłynęła teraz fala nieuzasadnionej krytyki. Według mnie niewłaściwy jest jedynie sposób, w jaki niektórzy komentują jej wypowiedź. Czystej postaci hejt internetowych trolli, którzy czują się lepiej, bo mogą kogoś nazwać kurwą, głupią cipą. Takie sformułowania nigdy nie powinny padać, jeżeli chce się, by twój głos w dyskusji został potraktowany poważnie. Jednak mówienie, że całej dyskusji w ogóle nie powinno być? Przecież udzielając takiego wywiadu musiała się z tym liczyć? Nie opowiada o zmianie klimatu, Trybunale Konstytucyjnym, czy też reformie edukacji. O aborcji mówi. Przecież było wiadome, że wielu to poruszy.

Czy więc #jestemznatalią? Nie. Czy uważam, że powinna się smażyć w piekle? Nie. Czy uważam, że taki comming out był potrzebny? Nie w ten sposób. Dla mnie aborcja jest zła. Aborcja z przyczyn socjalnych nie jest uzasadniona. Dzieje się, podziemie aborcyjne kwitnie, kobiety tracą zdrowie, bo nie mogą wykonać takiego zabiegu legalnie, jednak mimo wszystko nie jest to dla mnie powód, by ją zalegalizować. Mam prawo do takiego myślenia. Kiedy 1,5 roku temu poroniłam pierwszą ciążę, byłam przekonana, że straciłam dziecko, mikro człowieka. Jeżeli tak myślałam o swojej ciąży, niekonsekwencją byłoby teraz udawanie, że inaczej myślę o innych. Dlatego w głębi duszy, mimo że tak bardzo nie chciałam wydawać osądu, zrobiłam to. Dla mnie stała się krzywda dziecku i to jego historia smuci mnie w tym wszystkim najbardziej.

, , ,
9 comments to “O tym, jak nie potrafiłam nie ocenić”
  1. Właśnie obejrzałam w śniadaniowe o Wielkiej Orkiestrze Owsiaka i ilość sprzętu jaki mają nasze szpitale z ich serduszkiem jest tak ogromna. Pokazywane były między innymi wczesniaki gdzie inkubatory w polskich szpitalach są w większości zakupione z funduszy Orkiestry. Ciekawa jestem czy Ci którzy tak wieszają psy na tej akcji odmówią umieszczenia swojego dziecka w inkubatorze z serduszkiem czy noworodkowego badania sluchu. Dla jasnosci dodam ze w skrajnych przypadkach nie można liczyć na prywatną służbę zdrowia bo to muszą być wysoko specjalistyczne szpitale.

    • Wiesz co, jak przeczytałam ostatnio że jedyną właściwą organizacją, którą należy wspierać, bo najbardziej pomaga i działa w jasny sposób jest caritas, to mnie coś trafiło. Kurde no, tyle dobrego dzięki Orkiestrze, a ludzie nadal psioczą. Masakra.

  2. Bardzo mądrze to napisałaś. Ja bym nie wzięła udziału w takim proteście, ale w dużej mierze blisko mi z tym, co sądzisz w tych kwestiach.
    Pozdrawiam ciepło! 🙂

  3. Zaczne od drugiego poruszonego przez ciebie tematu. Mam 2 dzieci i mieszkanie 38m2. Mam tez swiadomosc ze „gdzie drwa rabia tam wiory leca” a doslowniej ze jest tylko jeden 100% srodek antykoncepcyjny tzn szklanka wody zamiast. I dzis z pelna odpowiedzialnoscia stwierdzam ze dziecka juz nie planuje ale jesli los ze mnie zadrwi i zalicze wpadke to chocby piatke dzieci przyjme i bede sie modlic zeby zywe i zdrowe byly!!!
    A teraz w sprawie kompromisu ktory tak naprawde niczego nie narzuca ale pozostawia mozliwosc wyboru. Przy mlodszym synu wyszla nam powiekszona przeziernosc karkowa i moj tok myslenia byl nastepujacy jesli dalsze badania potwierdza ze dziecko jest powaznie chore to jak wybrac mniejsze zlo (bo dobrego wyboru tu nie ma) czy postawic na aborcje czy urodzic chore dziecko a zarazem odebrac dziecinstwo starszemu synowi, nigdy juz nie pojedzie z kolegami na wycieczke bo pieniadze bardziej beda potrzebne na rehabilitacje, zawsze bedzie tym odtraconym bo mlodszy bedzie wymagal caly czas opieki, nigdy nie zalozy swojej rodziny bo jak mnie braknie to bedzie sie musial bratem zajac… Moje zycie tez w tym momencie zostanie zredukowane do roli matki i opiekunki bo do pracy ani miedzy ludzi juz nigdy nie wroce…
    Na szczescie nie musialam tych zdan dokanczac i podejmowac decyzji bo kolejne badania byly optymistyczne i syn urodzil sie zdrowiusienki. Nikomu nie zycze aby musial taka decyzje podejmowac ale jesli okolicznosci za tym przemawiaja niech kazdy ma prawo wybrac dla swojej rodziny mniejsze zlo!

  4. Czuję się dosłownie tak jakbyś przelała moja myśli tutaj, na blog, odczucia mam dokładnie takie same.
    Protest mnie ominął jak i cały ten szum w okół aborcji, obserwowałam to z poza granic naszego kraju, zdarzyło mi się też poruszyć ten temat wśród znajomych ( nie Polaków) pomijając całą dyskusję, wnioski były takie same. Znajomi współczuli mi, że żyje w kraju w którym państwo tak bardzo ingeruje w życie, w zasadzie robi zamach na naszą wolność. Bo wybór jest wolnością według mnie, a oni chcą nam ten wybór zabrać.
    Poza tym uważam, że niepoprawnie zostały użyte słowa. Kobieta, która usuwa ciąże ze względów medycznych nie dokonuje aborcji, ale jest poddana zabiegowi TERMINACJI CIĄŻY i tak to powinno się nazywać. Aborcji jestem przeciwna, terminacji ciąży NIE. Ja wiem ktoś powie gra słów, ale ja uważam, że w tym konkretnym przypadku jest to bardzo istotne.
    Na temat wypowiedzi p. Natalii wypowiadać się nie mam zamiaru, uważam, że jej wypowiedź zaszkodziła protestowi i ona nie zrozumiała w ogóle o co tak naprawdę w tym proteście chodzi.
    Nie chce żeby ktoś oceniał mnie, wiec nie chce też oceniać jej, ale podobnie jak Ty gdzieś tam wewnętrznie już tą ocenę wydałam.Jednak myślę, że ona publikując taką wypowiedź z tymi ocenami musiała się liczyć. ( Co oczywiście nie tłumaczy tej fali hejtu i wulgaryzmów o której pisałaś, ja akurat tego nie śledziłam).
    Jestem całkowicie przeciwna, usuwaniu zdrowej ciąży. Uważam, że w dzisiejszych czasach dostęp do środków antykoncepcyjnych jest tak prosty i daje nam duże pole wyboru, że można się zabezpieczyć przed niechcianą ciążą. Oczywiście wiem, że nie ma nigdy 100% pewności, ale dorosła i świadoma osoba decydująca się na sex musi liczyć się z tym, że dziecko może się pojawić i trzeba będzie ponieść tego konsekwencje. A jeżeli NAPRAWDĘ nie chce się ciąży to zawsze można zastosować dwie metody jednocześnie, ( w takich przypadkach o ciąże naprawdę trudno) bądź poddać się zabiegowi, który trwale uniemożliwi nam prokreacje.

    Rozpisałam się strasznie, ale nie da się tego w jednym zdaniu zamknąć.

  5. Uważam tak samo jak Ty. Również poroniłam pierwszą ciąże ale opowiadam sowim dzieciom o tym, o ich bracie lub siostrze a nie o czymś. Mówię o małym człowieku któremu nie dane było się urodzić. Nie chcę poznać odpowiedzi co bym zrobiła gdybym zaszła w niechcianą ciąże. Nie chce wiedzieć co jeśli okazało by się że dziecko jest chore nieuleczalnie. Ja po prostu nie chce wiedzieć. Pani Natalii współczuję męża bo facet się ewidentnie nie sprawdził.

  6. Bardzo mi blisko do Twoich poglądów, są niemal identyczne. Starałam się o mojego synka 2 lata i dlatego też ta historia tak boli, bolą beztroskie słowa wypowiadane przez Natalie. Tyle ludzi czeka na dzieci, na swój kawałek szczęścia. .. No i sa jeszcze pozostałe dzieci, które za kilka lat może przeczytają ten wywiad i co wtedy? Jak zareagują? Dla mnie byłoby to nie do udźwignięcia..

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.