O mój Boże, dziecko płacze!!!

Spread the love

Wychodząc naprzeciw niezadowolonym spojrzeniom przechodniów, spoglądających na mnie, idącą z wózkiem, z którego docierają dźwięki przypominające rzeź niewiniątek, albo na mnie, trzymającą na rękach zawodzącego niemowlaka oświadczam: drodzy ludzie, DZIECI PŁACZĄ. Ptaszki śpiewają, psy szczekają, dorośli mówią, DZIECI PŁACZĄ. Proste.

Po porodzie okazało się, że mój syn ma płuca, gardło, struny głosowe i wszystko inne, co może służyć do wydawania dźwięków. Ma też otwór gębowy, który potrafi otworzyć tak, że widać mu migdałki. Wszystkie wyżej wymienione narządy dają mu tak niepojętą dla niektórych możliwość – on płacze, kiedy coś jest nie tak. Nie patrzy na to, gdzie, o której i kto jest w pobliżu. Nie chcę go usprawiedliwiać, ale niestety, jest niemowlakiem, takie jego prawo.

Człapię więc z nim na rękach przez park. Właściwie to na ręce, bo druga ręka pcha wózek przecież. 40 stopni w cieniu, ja mokra, on też mokry, rozżalony, do domu daleko, więc wkładam go do tegoż wózka, bo ręce już zwiędnięte wołają o odpoczynek. I zaczyna się. Ryk osiąga niewyobrażalną siłę, idziemy na rekord. Ramiona do regeneracji potrzebują jeszcze chwili, jeszcze trochę. Idę, zdycham po prostu w tym całym nieszczęściu i co mnie spotyka? Wzrok! Taki właśnie zły, oceniający, bo cały park już słyszy, że Dawid tu jest, a po nasileniu wycia można wnioskować, że właśnie obdarłam go ze skóry. Co za matka nie potrafi uspokoić swojego dziecka? No co za matka?

Siedząc niedawno z przyjaciółkami w ogródku jednej z kawiarni, zostałam wzrokowo zbesztana przez jedną z eleganckich pań około czterdziestki, kiedy to mój syn pierworodny postanowił, że zapłacze. Ten jego głośny protest na otaczającą rzeczywistość trwał może minutę, chyba nawet nie. Szybka analiza źródła płaczu zagoniła mnie i moje dziecko za namiot, pod którym siedziałyśmy, celem szybkiego zatkania płaczącej jadaczki cyckiem. W czasie od pierwszego jęku, do czasu zatkania, zgorszona pani patrzyła w naszą stronę, kiwając z dezaprobatą głową. Ten wzrok, ten wyrzut, mogły znaczyć tylko jedno – twoje dziecko płacze, weź je stąd.

Płacz Dawida zgorszył nawet jedną panią doktor w przychodni NFZ, kiedy to ja, ze swoim czterotygodniowym wtedy dzieckiem, po wejściu do gabinetu po czterdziestominutowym opóźnieniu, nie dałam rady go uspokoić. „Dlaczego to dziecko płacze?” – zapytała zdziwiona pani doktor. „Nie wiem, proszę go zapytać” – odpowiedziałam ja.

No wybaczcie, naprawdę? Ja rozumiem, że wychodząc na miasto na kawę chcesz posiedzieć w spokoju. Sama po sobie wiem też, że jedząc obiad w restauracji, nie mam ochoty, żeby w tle do każdego kawałka z radia, słychać było ryk niemowlęcia. Też prawie dostaję niestrawności, jak on mi zaczyna płakać, ledwie wezmę widelec do ręki, uwierzcie. Nie sprawia mi też przyjemności, kiedy jego płacz zagłusza szum wiatru i śpiew słowików w parku. Wszystko rozumiem, ale bez przesady. Trzeba dać matce szanse na uciszenie potomka. Zanim rzucisz nienawistne spojrzenie pomyśl, że to jest niemowlak, on nie wie, że ci przeszkadza i że płacze się tylko w domu, między 18:00, a 18:13, bo później to już nie.

Zaraz rzucą się na mnie ci, którzy tak właśnie patrzą. Że te matki święte krowy, że wszystko im wolno i w ogóle siedźcie w domu, a nie się restauracji zachciewa. A życie byłoby o wiele prostsze, gdyby w takich sytuacjach stosować się do dwóch prostych zasad – wzajemnego zrozumienia i szacunku. Bo ja rozumiem, że ktoś chce mieć ciszę, a ten ktoś niech zrozumie, że dzieci czasem płaczą.

Z restauracji, lub innego miejsca publicznego, wyszłabym w przypadku, gdyby młody naprawdę nie dał się uspokoić przez dłuższy czas. Właśnie z szacunku do ludzi, którzy mogą nie chcieć słuchać tego, jakże imponującego, krzyku mojego dziecka. I nie, dłuższy czas to nie godzina, ani nawet nie pół.  Ale nie będę uciekać, gdy tylko z synowego gardła wydobędzie się pierwszy dźwięk. Bo właśnie wzajemne zrozumienie i szacunek. Są miejsca, do których nie chodzi się z małymi dziećmi, ja to szanuję. Do wszystkich pozostałych, przy wejściu do których nie wisi tabliczka z przekreślonym wózkiem dziecięcym, chodzić nadal zamierzam. Kropka.

Gdybym za każde zgorszone spojrzenie, jakim zostałam obdarzona podczas ostatnich trzech miesięcy spacerów, dostawała złotówkę, nie musiałabym się martwić o emeryturę. Jeszcze parę lat i znalazłabym się na corocznej liście Forbsa. Nie pozostaje mi nic innego, jak się na to uodpornić. Wpływu na to nie mam, w domu się nie zamknę przecież, a przypuszczam, że Dawid jeszcze niejednokrotnie da popis swoich umiejętności, w miejscu ogólnie uważanym za niestosowne. No cóż, tak jest ten świat skonstruowany, DZIECI PŁACZĄ – pogódź się z tym!

,
7 comments on “O mój Boże, dziecko płacze!!!
  1. Hej,oj jak ja to znam! Teraz naszemu Malemu blizej do 7 miesiecy niz do kompletnego niemowlecia,ale to nic nie zmienia. Dam ci jedna dobra rade-zaopatrz sie w dobre ergonomiczne nosidlo! To byl na razie moj najlepszy zakup i bez niego pod wozkiem po prostu nie wychodze. Jak ma dosc wozka to go przekladam(nosze go z przodu,ale moze byc twarza do mnie,albo twarza „do kierunku jazdy”). Zawsze,ale to zawsze sie w nim uspokaja,a jesli jest zmeczony to w ciagu minuty zasypia.pozdrawiam

      • Asia niekoniecznie. My sie wykosztowalismy,ale mamy takie,ktore mozna uzywac od urodzenia(z dodatkowa wkladka) my zaczelismy od 4 miesiaca za namowa osteopaty,dziecko ma nozki szeroko jak zabka i siedzie na pasie,ktory masz wokol bioder a nie obciaza ci ramion. Nazywa sie Ergobaby 360 stopni. Oczywiscie nie uzywamy bez przerwy,ale w chwilach kryzysu jak wozek parzy to nam ratuje zycie.

        • Pediatry są podzieleni co do pozycji pionowej u bardzo małego dziecka. Ja też korzystałam namiętnie z nosidla ale chyba koło 5 miesiąca zaczelam

          • no my mamy zamiar spróbować od 4 miesiąca z nosidłem 🙂 to może naprawdę wiele ułatwić. Swoją drogą, ostatnio już pytałam przyjaciółek, czy może ja wyglądam na jakąś słabo ogarniętą, że tak ludzie patrzą na mnie, jakbym nie potrafiła się zająć małym, bo rad typu: „On jest głodny”, albo „Za bardzo go pani ubrała i mu gorąco”, gdy z wózka dobiega spektakularne darcie, mam naprawdę kilka razy w tygodniu, nie przesadzając 🙂

  2. 1. Tatusiowie maja jeszcze gorzej. Na nich to juz wszystkie babcie na osiedlu w takim przypadku patrza jak na ogra ktory za chwile to dziecie pozre.
    2. Moj starszy jest z pazdziernika wiec nawet jak znalam przyczyne placzu to nic to nie zmienialo bo na mrozie go nawet na rece wziac sie nie dalo.
    3. Jak dziecko wchodzi w wiek buntu potrafi pokazac w miejcu publicznym swoje JA. I uwierz mi wtedy tez sie czlowiek dowiaduje ze plucka ma zdrowe. Najczestsze tego typu akcje mozna znalezc w sklepach (ja akurat sklepow nie przerabialam ale kierunek spaceru potrafil okazac sie trudnym orzechem do zgryzienia) i wtedy wszyscy dookola patrza na „wyrodnego” rodzica jak na oprawce i zdaza sie nawet ze probuja pocieszac dziecko. A tu chyba jedyna metoda jest przeczekac i po paru takich scenach dziecko przestaje korzystać z takich metod a potem w kolejce do kasy powie teatralnym szeptem „mamusiu dlaczego ten chlopczyk sie tak zachowuje, przeciez nie wolno wymuszac” (kasjerka sie malo nie udusila ze smiechu)
    4. Najdotkiwszy wzrok dezaprobaty dostalam jak starszy mial okolo 2 latka. Poszlismy na spacer w bialo-blekitnym dresiku. Szlismy asfaltowym chodnikiem na ktorym byly wypuklosci spowodowane korzeniami drzew a pomiędzy nimi bylo takie pokaluzowe blotko. Zdazylam powiedziec mlodemu zeby uwazal jak potknal sie o korzen i zanurkowal w tym szlamie. Nie wiedzialam czy smiac sie czy plakac (nawet odrobine mnie to nie zdenerwowalo) bo kolor dresiku z przodu radykalnie sie zmienil. Pozostalo wrocic do domu (nie stalo sie tuz pod blokiem) i wtedy wszelkie spotkane babcie patrzyly na mnie jak bym probowala to dziecko w kaluzy utopic, jak by wzrok mogl zabijac to nie dotarlabym zywa do domu 😉

  3. Nie wiem, czy to kwestia tego, że jesteśmy praktycznie na tym samym etapie macierzyństwa, ale każdy Twój kolejny wpis wywołuje we mnie pełne zrozumienia potakiwanie: „Dokładnie!”. To, co pisałaś ostatnio, że dzieciaki tak szybko się rozwijają i rosną, aż żal, że nie można trochę tego czasu zatrzymać – mam dokładnie takie same odczucia. Teraz o płaczu – identyko! Mogłabym się podpisać pod każdym zdaniem. ;p Ile to razy wracałam ze spaceru z małym „na syrenie” i mijałam te wściekłe spojrzenia… Ja nie wiem, czy ludzie nie pamiętają, jak to było, gdy sami mieli małe dzieci… Jeszcze jak chodzi o coś konkretnego, co można w miarę szybko zaspokoić, to pół biedy. Ale są dzieci (i moje do tej grupy należy), które np. przed zaśnięciem muszą sobie pomarudzić tudzież właśnie popłakać (zwykle po prostu ze zmęczenia…). Więc idę z tym pojękującym w wózku młodzianem, delikatnie go kołysząc i czekając, kiedy przestanie walczyć i zamknie oczy, a tu po drodze pięć tysięcy wymownych spojrzeń do środka gondoli, co też ja wyprawiam z płaczącą młodzieżą… Ech, czasem szkoda słów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.