Laktacyjny terroryzm

Spread the love

Zostałam matką. Mam dziecko. Z chwilą, kiedy lekarz wyjął z mojego brzucha krzyczącego potomka, wiele w moim życiu się zmieniło. Ośmielę się użyć tutaj popularnego ostatnio w Polsce wyrażenia „dobra zmiana”, tyle że w tym przypadku tak jest naprawdę. Jest jednak jedna sprawa, która nie do końca mi pasuje. Od kiedy na świecie pojawił się mój syn, moje piersi stały się dobrem publicznym i nie było od tamtej chwili dnia, kiedy ktoś by ze mną o nich nie dyskutował. Począwszy od położnych na oddziale, skończywszy na sąsiedzie i pani z mięsnego. „Karmisz piersią?” – moje ukochane ostatnio pytanie, rzucane przez wszystkich tak często, jak „How do you do?” przez Anglików.

Mam wrażenie, że na oddziałach położniczych, kobiety są traktowane jak przestępcy. Z założenia. W moim szpitalu opieka była bardzo dobra, położne i pielęgniarki przemiłe, lekarze udzielali porad i spokojnie odpowiadali na wszystkie nasze wątpliwości. Nawet jedzenie nie było takie najgorsze, choć nie wiem, czy na ocenę nie miał wpływu fakt, że po dwóch dniach na sucharach i kleiku, nawet najgorsza breja człowiekowi posmakuje. Wszystko super, naprawdę. Jednak temat piersi i laktacji ten piękny obraz zaburza. Masz problem z laktacją? Mówisz, że boli? Nie umiesz dobrze przystawić dziecka? To na pewno nie chcesz karmić piersią! Wymigać się chcesz! Ty zołzo ty! Poza szpitalem wcale nie jest lepiej.

Od kiedy pamiętam, karmienie piersią było dla mnie naturalnym następstwem urodzenia dziecka. Maluch przyssany do matczynej piersi, z której płynie rzeka dobrodziejstw, przeciwciał odpornościowych i wszystkich innych  najlepszości. Na twarzy malucha spokój, na twarzy matki szczęście. Taka czystość, taka miłość.

Na szkole rodzenia temat karmienia i laktacji był poruszony na zajęciach dwa razy, czyli zajął łącznie około czterech godzin. Wydawało mi się, że to dużo. Okazało się, że nie. Można było powiedzieć więcej, uświadomić bardziej. Bo na tych zajęciach słyszałam, że mogą się pojawić problemy, jednak tak naprawdę każda kobieta jest stworzona do tego, by karmić swoje dziecko i mimo, że mamy wątpliwości, zawsze świetnie sobie dajemy radę i potrafimy rewelacyjnie karmić, bo to przecież instynkt jest. A tu nagle okazuje się, że coś, co wydawałoby się naturalne, bo przecież od wieków kobiety karmią swoje potomstwo, a przecież w dżungli nikt ich tego nie uczył, wcale takie naturalne nie jest i zarówno matka, jak i dziecko, muszą się sporo natrudzić, żeby się tego nauczyć.

Wiedzę o tym, że karmienie nie jest takie łatwe i przyjemne, jak mi się wcześniej wydawało, miałam od koleżanek, które szczęśliwie urodziły parę miesięcy wcześniej. Moja najlepsza przyjaciółka stwierdziła, że do życzeń składanych kobiecie w ciąży, obowiązkowo powinno się dodać – „Życzę ci braku problemu z laktacją i dobrze ssącego dziecka.” I wiecie co? Święte słowa.

Kiedy przez pierwsze dwa dni Dawid ssał pierś, wydawało mi się, że coś z niej leci. Kiedy trzeciego dnia dziecko zrobiło się niespokojne i w złości i histerii nawet nie chciało się do piersi przystawić, stwierdziłam, że coś jest nie tak. To, że laktacja nie ruszyła u mnie pełną parą po porodzie wiedziałam na pewno, ponieważ próby wyciskania chociaż kropli mleka przed karmieniem, każdorazowo kończyły się fiaskiem. Myślałam jednak, że dziecko dostaje chociaż trochę siary, że w końcu wyssie tyle, ile potrzebuje. Kiedy jednak z piersi nic nie leciało, Dawid zaczął gryźć. Pomijając już fakt, że okazało się, że wytłumaczenie noworodkowi, że powinno łapać całą brodawkę, a nie tylko końcówkę, jest dość problematyczne. Brak odpowiedniej ilości pokarmu wcale nie pomagał. Tym oto sposobem lewa pierś została zmasakrowana najpierw, prawa dzień później. Pęknięcia, krew i ból. Wiedziałam, że może to tak wyglądać, nie wiedziałam jednak, że prośba o podanie dziecku butelki, bo płacze, a ja nie mam go jak i czym nakarmić, spotka się z takim oburzeniem.

„Ale pani ma mleko, proszę próbować” – słyszałam co chwilę. Pani położna, która jest również doradcą laktacyjnym, odpuściła przystawianie, kiedy zobaczyła stan moich brodawek. Zdecydowałyśmy, że będę odciągać pokarm, a sutki jakoś będziemy zaleczać. Jednak nawet po podłączeniu się do elektronicznej dojarki, z piersi nie leciała ani kropla. W piersiach sucho, dziecko głodne. On płacze, ja płaczę, położne nadal wierzą w moją laktację… Jednym słowem – masakra.

Rozumiem, że są kobiety, które przy pierwszym ugryzieniu przez żarłoczne dziąsełka dziecka rezygnują, bo boli. Rozumiem, że trzeba im tłumaczyć, że później już będzie dobrze, tylko trzeba przejść ten początek i się nauczyć. Ale ja mam wrażenie, że z założenia dla personelu szpitala, każda młoda matka chce się wymigać od karmienia piersią. A tak nie jest. Czasem po prostu trzeba nad tym dłużej popracować i nie powinno być to robione w sposób, który doprowadza matkę i dziecko do płaczu. Z drugiej strony, jeżeli ktoś nie chce karmić piersią, to nie powinno się go za to potępiać.

Moje dziecko w szpitalu było dokarmiane butlą. Położne nie były zadowolone. Ja i Dawid tak. Pierwsze mleko, które dało się wycisnąć z piersi, pojawiło się w piątek (poród był w poniedziałek). Mleka było mało, jednak wystarczająco, by posmarować nim poranione brodawki, co zdecydowanie przyspieszyło proces gojenia. Pierwsze odciągnięte laktatorem mleko dałam małemu z taką ekscytacją, że myślałam, że popłaczę się z radości. Bo oto ja, matka niemleczna, w końcu dawałam dziecku to, co z założenia powinnam dawać od samego początku. Przez pierwsze dni po ruszeniu mleczarni, pomagałam sobie nakładkami silikonowymi na sutki. Położna kazała kupić Femaltiker, który piłam sumiennie rano i wieczorem. Bardzo pilnowałam też, by wypijać dużo wody. Mam wrażenie, że pomogło również to, że zaczęłam normalnie jeść, bo kroplówka, kleik i suchary, chyba nie działały na mnie dobrze.

Po powrocie do domu kupiliśmy mleko początkowe, na wszelki wypadek, bo laktacja ruszyła, ale jeszcze nie tak, jak powinna. Pierwszy raz dostawiłam małego do piersi bez nakładki w niedzielę wieczorem. Dawid ssał przez prawie godzinę, z przerwami na przysypianie. Kiedy w nocy, po półgodzinnym śnie przebudzał się i chciał jeść, a piersi były puste, dostawał najmniejszą dawkę butli i tym sposobem mleko miało szansę się naprodukować i piersi przy następnym przebudzeniu były już napełnione. Nazwijcie mnie złą matką, mówcie że źle robiłam, ale nie miałam wyrzutów sumienia, że podawałam mu butelkę. Mam wrażenie, że tylko dzięki temu pierwszy tydzień nie stał się koszmarnym wspomnieniem nierównej walki z niedokarmionym noworodkiem. Uważam, że dokarmianie nie jest złe, jeżeli tylko rodzice nie zaczynają traktować butli jak zapychacza i sposobu, żeby dziecko szybciej i na dłużej zasnęło, bo tym sposobem możemy mu tylko zrobić krzywdę. Więc dokarmianie jak dla mnie tak, ale z głową i wtedy, kiedy faktycznie cycki puste, albo matka od dziecka daleko, a ojciec piersi pozbawiony jakoś nakarmić musi.

Laktacja w pełni ruszyła tydzień po porodzie. Stopniowo odstawiałam butlę, mleka było coraz więcej. Dawid na jednym karmieniu przesypiał 2-3 godziny, czyli pokarm mu wystarczał. Coraz rzadziej sięgaliśmy po mleko modyfikowane. Udało się, karmię piersią, mogę to robić, mam pokarm. Wywalczony. Drażni mnie jednak podejście niektórych osób. Drażnią mnie pytania spotkanych bliższych i dalszych znajomych, którzy to zaraz po zaglądnięciu do wózka, praktycznie w każdym przypadku po chwili pytają – „A karmisz go piersią?” Noż błagam was, karmię, a jakbym nie karmiła, to co? Złą matką jestem? A pytania o stan sutków i ilość mleka? No łot de fak?!

Osobiście uważam, że karmienie piersią jest cudowne. Początki mogą być trudne, jednak nie jest to regułą. Kiedy pojawiają się trudności, naprawdę warto zagryźć zęby i zawalczyć, przynajmniej na początku, kiedy to dziecko łapie odporność i więź z matką. Doskonale pamiętam, kiedy w szpitalu, po popękaniu brodawek, instynktownie odsuwałam się od Dawida, kiedy ten wyciągał usta do karmienia. Bo na myśl o bólu odruch odsunięcia się jest naturalny. Zawalczyłam o to, by teraz było dobrze i cieszę się, że się udało. To wszystko jest do przejścia, jednak dobrze by było, żeby nad kobietą nie stał sztab osób oskarżających ją, że za szybko się poddaje i nie chce dać dziecku tego, co dla niego najlepsze. „Serce mi się kraje” – usłyszałam od pielęgniarki, która zobaczyła, że karmię małego butlą. Chciało mi się płakać, naprawdę poczułam się jak złoczyńca najgorszy. A tak nie powinno być.

Laktacyjny terroryzm dzieje się wokół mnie. Słyszałam o nim od przyjaciółek, doświadczyłam go również na własnej skórze. Nie każda kobieta ma to szczęście, że karmienie piersią przychodzi jej łatwo. Nie każda też chce to robić. Dlaczego wszyscy o to pytają, jakby to było ich dziecko i ich sprawa? Aktualnie cieszę się każdym przytuleniem przy karmieniu mojego syna, mleka pełna rzeka, jest super. Ale przede mną pierwszy kryzys laktacyjny, nie zarzekam się, że go przejdę, nie chcę się czuć winna, że nie wytrzymam zalecanego pół roku. Bo karmienie piersią to piękna sprawa, ale nie zawsze łatwa. Początki macierzyństwa naprawdę bywają trudne i staram się jak mogę, by robić to jak najlepiej – nie zawsze jednak wszystko jest tak, jak to sobie wymyśliłam w ciąży. Kocham mojego synka i żadna butelka, ani żaden cycek świata nie będzie wyznacznikiem tego, czy jestem dla niego dobrą mamą. Bo jestem, z mlekiem w piersi, czy bez 🙂

,
12 comments on “Laktacyjny terroryzm
    • ja również uważam, że warto walczyć o laktację, ale robić kobietom sieczkę w głowie sprawiając, że czują się winne, kiedy trzeba podać mleko modyfikowane? Nie każdemu udaje się przetrwać kolejny kryzys laktacyjny. Ja wygrałam z moimi pustymi cyckami, udało się, popłynęła rzeka mleka, ale znam dziewczyny, które nie spały całe noce, dzieci ciągle płakały z głodu a one miały wbite do głowy że podanie butli to złoooo i płakały, bo czuły się gorszymi matkami, bo nie mogły uspokoić własnego dziecka. Podanie butli nie jest pójściem na łatwiznę, czasem jest koniecznością, czasem chwilowym rozwiązaniem, które spowoduje, że najedzony noworodek/niemowlę prześpi się parę godzić, a w tym czasie piesi napełnią się i będzie czym karmić. Trzeba z tym uważać, bo podając butlę za często możemy całkiem zaburzyć laktację, ale jestem przykładem na to, że da się przejść z karmienia mieszanego na karmienie tylko piersią. Mi butla uratowała pierwsze dni w domu z Dawidem. Naprawdę, przy drugim dziecku, jeżeli mleko nie pojawi się od razu, nie będę miała żadnych oporów. Podam butlę i w spokoju, bez stresu, będę pracować nad tym, żeby własny pokarm pojawił się w odpowiednich ilościach.Właśnie dlatego, że uważam, że nie ma lepszego mleka, niż to od mamy. Ale też nie uważam, żeby mleko modyfikowane to było świństwo i pomyje. Teraz Dawid jest już na mm i żyje, ma się dobrze, rozwija się prawidłowo. Nie popadajmy w paranoję. O tym ten tekst 🙂 pozdrawiam i życzę jak najdłuższego karmienia piersią, naprawdę warto, tak jak piszesz 🙂

  1. Teraz to wszystko zrozumiałam. Bo jeszcze do niedawna myślałam, że pokarm w piersi po prostu jest i już. Zrozumiałam, że może być inaczej, 3 tygodnie temu, kiedy trzeciego dnia po naturalnym porodzie, pediatra badając mojego synka stwierdził, że dziecko jest dziwnie niespokojne, jakby zwyczajnie był głodny, a przecież odstawiony od piersi był godzinę wcześniej coś mi w głowie zaświtało. Gdy położna dobrała się do moich piersi i oznajmiła mi, że jest sucho i nic nie wskazuje na to, by coś miało tam zmienić mój świat się normalnie zawalił. Cały dzień mały był na butli, i spał budząc się co 3,5 h, byłam na siebie zła, ale z drugiej strony szczęśliwa, ze mój syn jest najedzony i zadowolony. A w nocy, następne położne wmówił mi, ze pokarm jest, że pojęcie problemy z laktacją nie istnieje, że mnie się po prostu nie chce go karmić. Dzięki Bogu, kilka godzin później wracałam z dzieckiem do domu. Z mlekiem modyfikowanym, z femaltikerem, i herbatką ziołową na laktację. Potrzebowałam 2 dni, i pokarm ruszył. Potrzebowałam domu, swojego łóżka, i spokoju i udało się. Co prawda, pokarm jest, ale za słaby. Niestety karmiąc Kacpra cały dzień piersią, a na noc butelką, prawie w ogóle nie przybierał na wadze. I teraz to butla jest na pierwszym planie, a moje już przyzwyczajone piersi idą w odstawkę.. Ale cóż – opinie ludzi mam w głębokim poważaniu, dopóki mój syn jest szczęśliwy. Pozdrawiamy już we dwoje 😉

    • no dokładnie, istne wariactwo. Jeżeli chodzi o karmienie mam dokładnie to samo podejście, dopóki Dawid jest szczęśliwy, to co myślą inni nie ma znaczenia 🙂

  2. „Drażnią mnie pytania spotkanych bliższych i dalszych znajomych, którzy to zaraz po zaglądnięciu do wózka, praktycznie w każdym przypadku po chwili pytają – „A karmisz go piersią?” Noż błagam was, karmię, a jakbym nie karmiła, to co? Złą matką jestem? A pytania o stan sutków i ilość mleka? No łot de fak?!” wyluzuj i nie stresuj się tak, na pytania innych odpowiadać nie musisz, dziecko ma być karmione mlekiem a syte miłością i tyle

  3. Przy starszym mialam w szpitalu podobny problem jak ty mlody po wydojeniu z 2 piersi byl glodny ale polozne bez szemrania przyniosly mi butelke i dojadal ile potrzebowal. Przy wypisie jak rozmawialam z pediatra ile jeszcze dopija z butli to mnie tylko uczulila ze jezeli chce karmic naturalnie to w domu powinnam jak najszybciej zrezygnowac z dokarmiania butelka bo ona jest dla dziecka latwiejsza i nie bedzie sie mu chcialo przy piersi meczyc. No i przeszlismy malemu ssakowi przez rozum bo zaczal dostawac w nocy na dopchanie dupki mleko (bo noc jest do spania) a w dzien przegotowana wode mineralna. Zaczal jadac co 1, 5 godziny ale tylko od mamy i karmilismy sie 14 miesiecy.
    Mlodszy juz po urodzeniu nie byl dokarmiany za to po 4 miesiacu mial diete rozszerzana jak butelkowiec bo byl glodny jak sie potem okazalo mial poczatki anemii i ta dieta sobie ja zaleczyl obylo sie bez lekow.
    Co do pekajacych brodawek to ja uzywalam porownania ze gdyby dzis ktos zagonil mnie do pracy przy żniwach to mialabym cale rece w ranach a ktos kto robi to cale zycie juz tego nie ma. Tak samo brodawki nim przywykna ze sa podgryzane to troche trwa. Obaj dali mi pod tym wzgledem popalic i juz nie pamietam przy ktorym dzwonilam o 4 nad ranem na oddzial polozniczy bo dziecko ulewalo mi na brazowo bo przez kapturki mu mleko z krwia szlo. I dostalam rade zeby posmarowac spirytusem wymieszanym z oliwa pol na pol-dziala!
    Co do kryzysow laktacyjnych to przede wszystkim ratowal nas spokoj i czestsze karmienia i bez dokarmiania nam mijaly. I tak karmilam starszego 14 miesiecy a mlodszego ponad 2 lata z tym ze jak byli starsi to juz nie bylo to na zadanie tylko pory posilkow i w zasadzie pod koniec drugiego polrocza zostalo nam tylko karmienie rano i wieczorem i tak juz do konca.
    Jedyne z czym nie mialam problemu to zastoje pokarmu bo jak czulam ze gdzies sie gulka robi pomasowalam przed karmieniem „wsadzilam cyc w paszcze” i po zastoju sladu nie bylo 😉

    • mi się udało rozbujać laktację i nie zaburzyć u Dawida odruchu ssania, bo podobno niektóre dzieci dokarmiane butelką, nie chcą już wracać do cycka. Na szczęście pokarmu mi nie brakuje, mały najedzony, jest dobrze 🙂 Ale zastoje mi chyba nie grożą, mleka mam w sam raz i nic więcej po karmieniu nie da się nawet odciągnąć, więc podejrzewam, że mnie kryzys laktacyjny czeka.

  4. Karmię od ponad 5 miesięcy. I powiem Ci, że ludzie, których spotykam teraz, zadają mi 2 pytania: „ale dokarmiasz/dokarmia pani?” i „ale zupki już chyba podajesz/podaje pani?”. Ludzie, na Boga, co z Wami? Czy każda kobieta, która karmi dłużej niż 3 miesiące na pewno musi dokarmiać swoje dziecko?
    Przetrwałam wszystkie 3 kryzysy laktacyjne z mlekiem w zamrażarce. Trzeci w 3 miesiącu życia mojego synka, był najgorszy, bo zbiegł się w czasie z wyjściem ze szpitala, kiedy to okazało się, że moje piersi nie nadążają z produkcją, bo mój mały ssak je jak noworodek (co godzinę). Ale wyszliśmy z tego bez mm i jestem dumna. Ale daleko mi do terrorystki laktacyjnej – ja się uparłam, nie każda mama chce i nie każda musi. Powiem tylko, że warto 🙂 i doradzę, jeśli będzie potrzeba :*

    • No właśnie nie potrafię zrozumieć tych pytań. Autentycznie od kiedy urodziłam, nie było dnia, żeby ktoś mnie nie zapytał, jak karmię swoje dziecko. Karmisz butlą – źle, karmisz samą piersią – też nie dobrze. Cholera jasna, co z tymi ludźmi jest?
      Z rad chętnie skorzystam 🙂 chociaż tak jak napisałam, nie zarzekam się, że dam radę. Moja mama przy każdej ze swoich trzech córek, traciła pokarm po 3 miesiącu i co by nie robiła, pokarm nie wracał. Mam nadzieję, że u mnie tak nie będzie. Obecnie korzystam z każdego karmienia i z tych chwil, kiedy mały kładzie mi rękę na piersi i tak sobie ją uciska, patrzy na mnie, łapie za ramiączko od stanika albo za mój palec. Bo karmienie piersią daje bliskość, której nigdy nie poczuje się przy karmieniu butlą – wiem, bo karmiłam i tak i tak.

      • Maila masz – możesz pisać śmiało. Mi zajęło 3 długie ciężkie dni rozkręcenie mleczarni. Femaltiker leciał w ilości hurtowej – 4-5saszetek dziennie, do tego ssak na każde jego zawołanie – co godzinę i jak zasnął to laktator i power pumping (przez godzinę pompowanie pustych piersi po 10minut każdą na zmianę). Teraz jak potrzebuję odciągnąć do zamrożenia to siadam przed spaniem 3 godziny po ostatnim karmieniu i za każdym razem ściągam ok. 100ml – raz 90ml a wczoraj 130ml 😉 fabryka hula pełną parą.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.