Jadą goście jadą

Spread the love

Stało się. Urodziło się dziecko, wieść się rozeszła. Cała rodzina oszalała, jaki cudowny, jaki mały, jaki do przytulania. Zapowiedzi szybkich odwiedzin spływają tak szybko, że masz wrażenie, że o pierwszych usłyszałaś, kiedy lekarz na sali operacyjnej zszywał ci brzuch po cesarskim cięciu. Ochy, achy i westchnięcia, ogólny zachwyt no i ogromna chęć jak najszybszego poznania najmłodszego w rodzinie stały się faktem. Trzymając na rękach moje maleństwo jeszcze w szpitalu, postanowiłam być psychopatką – odwiedziny tak, ale nie teraz, nie wszyscy na raz i nie wtedy, kiedy pasuje to gościom, a wtedy, kiedy pasuje to mi.

Wydaje mi się, że bezpowrotnie minęły już czasy, kiedy w domu po powrocie ze szpitala, świeżo upieczoną matkę i świeżo urodzone dziecko, witał tłum odwiedzających. Myślę, że ani to dobre dla matki, ani dla noworodka. Jedynymi szczęśliwymi w tym przypadku są tłumnie przybyli członkowie bliższej i dalszej rodziny, którzy w ten sposób zaspokajają swoją ciekawość. Bo niby jak tłum obco pachnących i obco brzmiących ludzi ma się przysłużyć dziecku, które jeszcze dobrze nie zajarzyło, że już nie jest w brzuchu? No i jak ma to zrobić dobrze kobiecie, która ledwie chodzi i po szpitalnym zamieszaniu i pierwszych nieprzespanych nocach marzy tylko o chwili spokoju?

My z D. od początku zaznaczyliśmy, że odwiedziny w szpitalu to nie jest dobry pomysł. Ponieważ D. pracował w ciągu dnia, odwiedzała mnie moja mama, która pomagała mi wstać, albo mogła mi coś podać. Jak lwica broniłam młodego przed braniem go na ręce przez kogo innego niż ja lub D. przez pierwszy tydzień. Nie boję się bakterii, nie uważam też, że osoby w moim otoczeniu mają problem z higieną albo nie potrafią trzymać noworodka. Nie chciałam jednak dziecka stresować.

Do domu wróciliśmy w piątek. Już w sobotę był pierwszy telefon od znajomych, że akurat są w okolicy i wpadają. D. oczywiście chętny, bo on jest bardzo gościnny, ja (czarownica, zła, okrutna), powiedziałam, że NIE. Bo się nie czułam na odwiedziny, siedzenie przy kawie no i przede wszystkim ślęczenie nad małym i wypiskiwanie, jaki on fajny, jaki słodki i czy można go wziąć na ręce.

Średnio po tygodniu spędzonym w domu, zaczęliśmy zapoznawać Dawida z otoczeniem, najbliższym. Normalni goście przychodzili, oglądali, posiedzieli chwilę i odchodzili. Przy mniej normalnych pojawiały się próby całowania, obsesyjnego przytulania i innych czynności, na które patrzeć się nie dało. Wyrywając moje nieco ponad tygodniowe dziecko z pola rażenia oprawców, oddychałam głęboko zamykając za nimi drzwi.

Rozbawił mnie jeden wujek, który zostawił mi nagranie na skrzynce głosowej, oświadczając mi, że jutro, we wtorek, odwiedzi mnie o godzinie 11:00, bo akurat wtedy ma czas. Tak samo do sprawy podeszła jedna z ciotek. Większość raczej pytała, ale zdarzały się też takie właśnie oświadczenia o przybyciu.

Ja wam powiem jedno – według mnie, a nie jestem jakaś bardzo przewrażliwiona, do skończenia 4 tygodnia, kiedy to noworodek staje się niemowlakiem, nie powinno się pozwalać na zbyt długi kontakt z obcymi. Nie mówię o najbliższej rodzinie. Odwiedziny owszem, ale na chwilę. Bo to nie dobry czas dla dziecka na takie atrakcje i nie dobry czas dla matki. Czasem mam wrażenie, że ludzie patrzą na mnie jak na wariatkę. Może i jestem, ale w tym przypadku, będę twardo obstawać przy swoim. Mój syn za jakiś czas będzie się tarzał z psem po podłodze, nie będę go bronić przed błotem i innymi atrakcjami, ale może warto dać mu skończyć chociaż te cztery tygodnie.

Widzę, jak reaguje moje dziecko, kiedy wokół jest za dużo ludzi, kiedy w domu pojawiają się nowe bodźce, takie jak na przykład jedna czy druga ciotka piszcząca nad jego głową przez piętnaście minut „ciuciuciuciu, jaki jesteś śliczny, a gu gu gu, a gi gi gi”. Ludzie, wszystko z umiarem. Postanowiłam być asertywna. W tym przypadku mówię nie, bo to nie jeden czy drugi odwiedzający będzie później to rozbudzone nowymi emocjami dziecko usypiał przez dwie godziny. Goście pójdą do domu, ja zostanę w dupie z 23:30 na zegarku i dzieckiem, które nie chce spać.

Pani pediatra zaleciła, by z większymi wizytami wstrzymać się chociaż do pierwszych szczepień. U nas będzie to za dwa tygodnie, a ja już mam za sobą walki i zarzuty niegościnności, bo na pytanie – „Czy możemy zatrzymać się u was na kilka nocy” powiedziałam „NIE”. No bo jak? Dziecko dopiero zaczęło widzieć, nie ogarnia świata, jedynym uspokajaczem jest matczyny cycek. Cycki więc regularnie na wierzchu, ja regularnie niedospana, staram się utrzymywać mieszkanie w stanie, który umożliwia zamieszkiwanie, średnio od 07:00 rano okupuję sofę w salonie i telewizor, co jest dla mnie jedną z większych ostatnio wygód i atrakcji, a tu jeszcze pada propozycja odwiedzin…really? A gdzie ja w tym wszystkim z tymi wietrzonymi cyckami, które praktycznie w każdym momencie nie spania okupuje mój syn? A gdzie w tym wszystkim mój syn, któremu staram się utrzymywać pewien tryb w ciągu dnia, żeby w nocy był spokojny?

Każdy chce zobaczyć nowego członka rodziny, albo dziecko przyjaciół. I zobaczy. Ale w odpowiednim czasie, w odpowiedni sposób. Większość ludzi to rozumie, pojawiają się jednak wyjątki. Z wyjątkami walczę, stając się przy tym często wrogiem numer jeden. Trzymając jednak na rękach mojego jeszcze noworodka i widząc, jak bardzo potrzebuje on teraz mnie i D., a najbardziej to mojego cycka i przytulenia, pokazuję wszystkim niezadowolonym środkowy palec, bo to nie o ich komfort i zadowolenie teraz dbam. Teraz liczy się kto inny.

, ,
8 comments to “Jadą goście jadą”
  1. Brawo! Tak trzymaj! Teraz masz inne priorytety! Kto inny jest najważniejszy! A czas zabaw na macie z ciocią/ wujkiem/ znajomymi/ psem – kolejność dowolna, jeszcze przyjdzie 🙂

  2. Ja nie rozumiem o co Ci chodzi, marudzisz… Masz fajną rodzinę i znajomych, bo chociaż uprzedzają! Mam taką ciotkę w rodzinie, która o swoich wizytach nie informuje po prostu słyszysz dzwonek do drzwi, a za nimi ONA!
    Gdybym urodziła w terminie tak jak być powinno, to jestem pewna, że miałabym wizytę już na porodówce. ( Ktoś pewnie myśli,że przesadzam, ale tak właśnie by było dałabym sobie za to rękę uciąć).
    Rozumiem chęć wizyty u młodych rodziców, bo maleństwo to raczej mało gościnne jest na początku, ale nocowanie i to kilka nocy – brak jakiegokolwiek wyczucia i taktu…
    Już w uszach mi dźwięczy jak masz ” obrabiany tyłek” i opinie, że po urodzeniu Ci odbiło i się zrobiłaś „matką wariatką”
    A tak swoją drogą to podziwiam i gratuluje takiej postawy. Obalasz ten współcześnie panujący mit, pokazujesz, że kobieta po porodzie nie musi z pokorą i najlepiej jeszcze z uśmiechem na twarzy znosić niekończącego tłumu gości przechodzącego przez mieszkanie.
    Z resztą to w ogóle bez sensu, bo ta cała chmara gości starci zainteresowanie dzieckiem jakoś mniej więcej w okolicach roku, kiedy to maluch zrobi się dużo bardziej komunikatywny. – zero logiki.

    • Wizyty na porodówce zawsze spoko, marudzisz 😉
      Niektórzy ludzie naprawdę nie mają wyobraźni, nic nie poradzisz, trzeba się bronić, nawet jak się przez to jest właśnie tą matką wariatką i najgorszą małpą, trudno.

  3. Dobrze prawisz 🙂
    Jak ja się cieszę iż mieszkam za granicą 😀 Nie będzie odwiedzin ciekawskiej rodzinki, nie będzie brania na ręce przez osoby obce i piszczenia nad głową Młodej 🙂

    • A nikt Cię nie będzie chciał odwiedzić za tą granicą, żeby poznać maleństwo? Ja stawiam, że sporo osób ma taki problem. A piszczenie nad głową to coś najgorszego, są goście, którzy uważają na decybele, są tacy, którzy dają czadu, a później dziecko oczy jak 5 złotych i biedne nie wie co się dzieje…masakra

  4. Ty chyba żartujesz, że ktoś chciał do ciebie przyjechać i nocować? Bez przesady, ludzie są niepoważni. Wyśmiałabym. A co do cioć i wujków, którzy oświadczają, że odwiedzą, to też to przerobiłam – grzecznie mówiłam wtedy, że oczywiście zapraszam serdecznie, ale akurat mam lekarza, albo położną. Małe kłamstwo nie zaszkodzi, a może odmowa będzie łatwiejsza do przełknięcia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.