O burzy czarno-białych poglądów – czyli nowela antyaborcyjna w oczach kobiety po przejściach

Spread the love

Oburza mnie. Mnie, jako kobietę, jako matkę oczekującą, jako kogoś, kto przeżył poronienie i lęk o losy kolejnej ciąży. Oburza mnie to, co dzieje się wokół nowelizacji ustawy o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży, zwanej powszechnie ustawą antyaborcyjną. Oburzają mnie zapisy nowelizacji, nieumiejętność zrozumienia drugiej strony, ale również to całe polityczne zamieszanie, które powoduje, że dyskusja na tak ważny temat, staje się polem do kalkulacji, ile dana opcja polityczna może stracić lub zyskać, w zależności od tego, po której stronie się opowie. Oburza mnie machina, która ruszyła, gdy tylko na tapecie pojawiło się słowo „aborcja”. Oburza, bo kiedy googlując ten temat przeglądam poszczególne artykuły, w głowie pojawia mi się jeden obraz – dwie strony barykady, po jednej stoi dziecko, płód, embrion, w zależności od tego, kto nazywa, a po drugiej kobieta. Za nimi, naprzeciwko siebie, krzyczący, wymachujący przeróżnymi transparentami, nienawistny tłum, który tylko czeka, aż podniesie się szlaban i będzie można rzucić się do walki. Walki na śmierć i życie. Jedni za dziecko, które ma prawo żyć, drudzy za kobietę, która ma prawo o tym życiu decydować. Problem polega jednak na tym, że obserwując ich dłużej, można mieć wrażenie, że rzucając się do tego ataku, zgniatają to, o co walczą. Znika dziecko, znika matka. O ich losach decydują obcy ludzie, którzy uważają, że wiedzą, co dla nich najlepsze. Zostaje tylko nienawiść, polityka, walka społeczeństwa z klerem, kleru ze społeczeństwem i społeczeństwa ze społeczeństwem. I strach. Mój strach. Strach, że o sprawie tak ciężkiej i skomplikowanej dyskutuje się, jakby wszystko było albo czarne, albo białe. A tutaj akurat najważniejsze są odcienie szarości.

W całej tej sytuacji kluczowe są dla mnie trzy rzeczy. Po pierwsze, sposób dyskusji o początku człowieka – czy to w jajowodzie, czy w macicy, czy na porodówce się dzieje no i czyja racja jest tą właściwą, bo dwóch racji nie ma, prawda? Po drugie, wykorzystywanie tematu do walki politycznej. Po trzecie, narzucanie własnych poglądów, zarówno jednej, jak i drugiej strony. Jedynych właściwych poglądów, w opinii narzucających.

Zastanawiam się czasem, jak mogę mieć w głowie tak sprzeczne podejście do tematu. Ja, która dokładnie rok temu dowiedziałam się, że noszone przeze mnie dziecko przestało się rozwijać, że ciąża obumarła, że trzeba ją zakończyć. Właśnie – to było moje dziecko, tak uważam. Przestało się rozwijać w 10 tygodniu ciąży, więc według wielu osób jeszcze nim nie było. Niejednokrotnie, unosząc się na blogu z powodu natarczywego udowadniania mi przez niektórych internautów, że płód straciłam, a nie dziecko, rozpisywałam się na temat momentu, od którego stajemy się człowiekiem. Twardo bronię tego, że dla mnie to nie był tylko płód i proszę wszystkich, którzy za punkt honoru stawiają sobie udowodnienie mi, że nie mam racji, żeby już dali sobie spokój. Jednocześnie popieram in vitro. Uważam, że ograniczenie parom dostępu do tej metody jest okrutne i niesprawiedliwe. Uważam, że tłumaczenie bezpłodnej kobiecie, że taka wola Boga i może pomoże psycholog albo picie naparu z fusów, zmieszanych z płatkami bławatka i robienie mężowi naparu z tymianku, a przecież adopcja też jest fajna, jest chore i zacofane. Myślę, że pary korzystające z in vitro, często mają w głowie to, że gdzieś tam, w zamrażarce, czekają ich zapłodnione komórki, które nie zostały wybrane do transferu. Że gdyby taką komórkę wybrać, mogłaby właśnie teraz być ich dzieckiem. Nie wszystkie pary, ale część na pewno. Taki pogląd nie powinien przekreślać ich możliwości posiadania własnego dziecka,  stworzonego z niej i niego, noszonego u niej pod sercem i przez nią urodzonego. I nikt nie powinien stać im nad głową i tłuc, jakie to niezgodne z naturą i jak to sumienia nie mają. Nie powinien, bo skoro obecnie medycyna daje taką możliwość, to trzeba z tego cudu korzystać, a nie wykrzykiwać nienawistne hasła i wchodzić ludziom z butami do łóżka tłumacząc, co im się należy, a co nie. Te pary, przechodząc całe leczenie, które ma miejsce w przypadku bezpłodności, przeżywają już wystarczający koszmar, zmagają się z wystarczającymi dylematami. Zostawcie ich już, cieszcie się swoją płodnością, jak nie, to adoptujcie, ale zostawcie ich już.

Idąc tym samym tokiem rozumowania, ja, głaszcząca rok temu pusty brzuch w rozpaczy po stracie dziecka, które powinno tam być, a już go nie było, czuję się zażenowana i w głowie mi się nie mieści, jak można w Polsce, wolnym kraju, wprowadzić całkowity zakaz aborcji. Moja ciąża obumarła sama, bez konsultacji ze mną. Nikt nie pytał, czy chcę łyżeczkowania, czy nie. Ani dziecko, ani lekarz, ani ówczesny rząd, ani proboszcz. Organizm zdecydował, dziecko się nie rozwinęło, decyzja podjęła się sama. O obumarciu dowiedziałam się w 12 tygodniu ciąży, na umówionym USG, kiedy to pan doktor miał mierzyć przezierność. Zamiast informacji o stopniu prawdopodobieństwa wystąpienia chorób genetycznych, otrzymałam informację, że nie ma tętna, że już po ciąży, że trzeba usunąć. Ani ja, ani ojciec dziecka, nie musieliśmy decydować o tym, czy robić dalsze badania, czy jak dziecko będzie chore, to chcę je urodzić. Natura zadecydowała za nas. I nikt inny nie miał prawa za nas tej decyzji podjąć, natura to jedyna dopuszczalna opcja-jeżeli decyzja musiała by zostać podjęta, podjęlibyśmy ją my, jako rodzice. Nikt inny. Nie rząd, nie ksiądz, który (o ile wytrzymuje w celibacie jak Pan Bóg, a raczej Kościół przykazał), nie ma pojęcia, o jakie emocje chodzi, nie pan z organizacji pro life, ani rozwrzeszczana feministka. Tak naprawdę jestem wdzięczna, że moja ciąża obumarła sama, bo naprawdę, uwierzcie mi, mimo, że dla mnie to już było dziecko, nie wiem, co bym zrobiła, gdybym ja musiała o tym decydować. Jestem również wdzięczna, że w ciąży, którą właśnie kończę, nie otrzymałam informacji, że dziecko może być chore. Wyniki badań, pomiary, wszystko w normie. Za tydzień nasz syn powinien być z nami i mam nadzieję, że będzie cały i zdrowy. A co do tych wszystkich kobiet, które nie miały takiego szczęścia i musiały decydować? Współczuję, naprawdę, nawet nie potrafię sobie tego wyobrazić. A kobiety, które w dopuszczalnych aktualnie przypadkach decydują się na usunięcie ciąży – naprawdę myślicie, że robią to bez jednego mrugnięcia? Naprawdę są według was złe i wyrodne?

I to są właśnie te odcienie szarości. Dylematy ludzi wierzących, którzy od zobaczenia różowej kreski na teście ciążowym pokochali swoje dziecko, a później okazuje się ono być tak chore, że po urodzeniu może cierpieć przy każdym oddechu. Szarość w głowie dziewczyny, która została skrzywdzona i teraz ktoś nakazuje jej w czarno-biały sposób podejść do tematu rozwijającej się w niej ciąży. Szarość, która pojawi się w życiu rodziny kobiety, która utrzymując ciążę zabije siebie.

Dlaczego tak łatwo napisać komuś nowelkę ustawy, która mówi, że nie masz prawa decydować? Bo poglądy większości parlamentarnej, przebicie organizacji broniących życie u ekipy rządzącej i pozycja kleru w Polsce jest taka, a nie inna? Nazwijcie mnie hipokrytką, ale naprawdę uważam, że dotychczasowy kompromis aborcyjny w naszym państwie był dobry. W uzasadnionych przypadkach możesz skorzystać z prawa do aborcji. Możesz, nie musisz. Jeżeli twoje poglądy, wiara, sumienie, nie pozwalają ci na to, to nie korzystaj. Masz prawo donosić ciążę, urodzić chore dziecko, lub dziecko poczęte z gwałtu. Jeżeli jesteś wystarczająco silna, możesz to zrobić. Jeżeli uważasz, że tak jest lepiej, że nie masz prawa podejmować decyzji o usunięciu ciąży, jeżeli twoja psychika jest w stanie udźwignąć noszenie i wychowanie dziecka poczętego w skutek traumatycznego przeżycia, lub urodzenie dziecka, które zaraz po porodzie umrze, to masz do tego prawo. Jeżeli donoszeniem ciąży chcesz ryzykować własne życie, zrób to, bo możesz i nikt poza tobą nie powinien tego oceniać. Jednak nie można zabrać prawa do decyzji kobietom, które czują inaczej. Bo ten kraj póki co jest wolny.

Żeby nie było, druga strona nie lepsza. Ilość macic, pokazujących środkowy palec, który krzyczy do mnie ze zdjęć na portalach społecznościowych, jest dla mnie sygnałem, że praktycznie wszyscy dali się ponieść fali nienawistnej dyskusji. Ile z tych postujących osób zadało sobie trud, by przeczytać założenia nowej ustawy, albo faktycznie usiąść i się nad tym wszystkim chwilę zastanowić? Tak na spokojnie, z powagą, której wymaga ten temat? Czy tylko wykrzykujemy hasła w obronie kobiet, wykorzystując temat do dania upustu swoim frustracjom i przelewając w odmęty Internetu hasła o wolności naszych macic i jajników powoli zapominamy już, jak poważna jest sprawa, o której się dyskutuje?

Ja nie nakazuję osobie, która poroniła ciążę myśleć, że straciła dziecko. Jeżeli ktoś uważa, że to jeszcze nie było dziecko, to ma do tego prawo i ja nie stoję i nie udowadniam, że jest inaczej. Nie pozwolę jednak, by mi wmawiano swoje poglądy i przekonania. To samo dotyczy sprawy aborcji. Nie jestem liberałem, który głosi totalnie wolnościowe podejście do przerywania ciąży. Nie uważam, żeby dobre było to, że w niektórych krajach usuwanie wczesnej ciąży staje się powoli metodą antykoncepcji, a tabletki wczesnoporonne są powszechniejsze w użyciu, niż prezerwatywy. Jednak całkowity zakaz? Narzucenie komuś swoich poglądów, jako lepszych, mimo że to może totalnie zmienić czyjeś życie? Wywody pana w garniturze, jak to kolejka czeka, aż urodzisz i oddasz, a zresztą, może jak urodzisz, to pokochasz i nie będziesz chciała oddawać, a chore dzieci mają prawo żyć, a ty masz obowiązek swoje życie dla nich poświęcić…czy to jest normalne? Nie mogę tego słuchać. I zazwyczaj mówią to ludzie, którzy nigdy z problemem się nie zetknęli, którzy przepisując bezmyślnie paragrafy ustaw, zgubili gdzieś empatię i zrozumienie dla drugiego człowieka. No i oczywiście w swojej miłości do życia poczętego, liczą głosy wyborców, kalkulują korzyści. W całej tej abstrakcyjnej, nakręconej przez media paplaninie trzeba pamiętać, że to, o czym mowa, może kiedyś dotknąć ciebie, albo twoją córkę, przyjaciółkę, siostrę. Do wszystkich więc narzucających i nawracających – jesteście pewni, że nie nagniecie swoich poglądów? Bo życie nie jest czarno-białe, więc przestańcie się do cholery zachowywać, jakby było.

, , ,
15 comments on “O burzy czarno-białych poglądów – czyli nowela antyaborcyjna w oczach kobiety po przejściach
  1. Aniu, ściskam Cie mocno i z niecierpliwością czekam chociaż na jedno zdanie na blogu o Tobie, Tacie i Maleństwie! Całym sercem jestem dzisiaj z Tobą!

  2. Witaj Aniu,

    Komentarz będzie trochę nie na temat postu, bo myślę, że nie napisze nic nowego co zostało już napisane w poprzednich komentarzach.
    Jako kobieta ogólnie, jako kobieta, która straciła dziecko i jako przyszły lekarz nie rozumiem dlaczego narusza się coś co przez 23 lata dobrze funkcjonuje.. Był to ciężko wypracowany kompromis, ale uważam go za słuszny w 100 %
    Poza tym zupełnie osobną kwestią jest fakt, że ten bum antyaborcyjny ruszył dopiero gdy do władzy doszła wiadoma partia…
    Pomijam też fakt, że jeżeli zmienią się przepisy to podziemie aborcyjne dopiero zbierze żniwa..
    Nie mówiąc już o powikłaniach jakie będą występować po takich nielegalnych zabiegach.
    Miało być nie na temat, ale jak widać, za dużo emocji wzbudza ta tematyka.
    Z tego co kojarzę to w czwartek wypada Twój myślę najważniejszy dzień w dotychczasowym życiu.
    W związku z tym życzę Ci żeby wszystko odbyło się bez zbędnych komplikacji i żeby synek już nie robił niespodzianek. 😉
    Jestem tutaj od samego początku i „towarzyszyłam” Ci gdy radziłaś sobie z emocjami po straci i potem gdy byłaś już w kolejnej ciąży. Przez to w jakiś sposób stałaś mi się bliska, wiem też, że podobne emocje będą towarzyszyć i mi kiedy jednak zdecyduje się spróbować i wydaje mi się, że wrócę tu by zajrzeć w stare posty żeby nie zwariować i się odrobinę zdystansować. 😉
    Trzymam kciuki i życzę powodzenia! 🙂

  3. Widzę, że wszystkie mamy tu podobne odczucia. Mam nadzieję, że zostawią tę ustawę w takim kształcie, w jakim jest teraz. Rząd chyba naprawdę wystraszył się zamieszania wokół sprawy i bardzo dobrze, muszą liczyć się z tym, że w Polsce nie każdy jest katolikiem o konserwatywnych poglądach, nie można ludzi zmuszać do własnego sposobu myślenia…

  4. Dzięki że potrafilas przelać na papier to co mam w głowie. Mamą jeszcze nie jestem,na razie o tym jeszcze nie myślę mimo wszystko temat aborcji mnie porusza właśnie ze względu na współczucie dla dziewczyn zgwałconych dla matek których dzieci będą chore cierpiące przez całe swoje życie. Nie rozumiem ingerencji w ten temat państwa tym bardziej kleru który tak na prawdę nie powinien się wypowiadac na ten temat jak i na temat małżeństwa. Czarno białe podejście w 100 procentach się zgadzam. Pozdrawiam i czekam na wieści o narodzinach Wojtka bo jestem z Tobą i bardzo Ci kibicuje

  5. Nie uwazam aborcji jako srodka antykoncepcyjnego i wydaje mi sie ze taka forma ochrony ciazy jaka mamy dotychczas jest wystarczajaca. Nie wiem jak czuje sie kobieta ktora nosi dziecko z gwaltu i na ten temat nie umiem sie wypowiedziec ale wiem co czuje matka ktorej dziecko moze okazac sie powaznie chore. Po badaniu przeziernosci karkowej przez kilka dni zanim zrobilam kolejne badania bilam sie z myslami co zrobic jesli wyniki beda zle. Jesli urodze to starszy syn straci swoje beztroskie dziecinstwo i do konca zycia bedzie nianka. Nie wiadomo czy kiedykolwiek uda mu sie zalozyc rodzine. Bedziemy zyc na skraju nedzy zeby moc rehabilitowac chore dziecko. Ja juz nigdy nie wroce do pracy i do „doroslego swiata”… A z drugiej strony przeciez kocham to dziecko w sobie, kazdy z nas moze ulec wypadkowi mimo ze urodzil sie superzdrowy i tez bedzie wymagal opieki. ..
    Cale szczescie nigdy tej decyzji nie musialam podjac, po paru dniach i kolejnych badaniach okazalo sie ze ryzyko nie jest wieksze niz statystycznie i dzis mam zdrowego radosnego synka ale kazdemu kto chce w takiej sytuacji podejmowac decyzje za rodzicow zycze takich kilku dni.
    Tak samo jak wyczytalam wczoraj jak matka 6 dzieci wypowiedziala sie ze nie wyobraza sobie zeby musiala swoim starszym wyjasnic ze nosi dziecko ktore po urodzeniu po paru dniach umrze. Pamietam swojego syna ktory plakal ze szczescia jak sie dowiedzial ze bedzie mial rodzenstwo i jak takiemu dziecku zamienic okres radosnego wyczekiwania w okres zaloby. I znowu rozumiem ze rozne tragedie sie przytrafiaja i dobrego rozwiazania nie ma ale to mniejsze zlo powinni wybrac rodzice.

  6. Jeszcze ponad rok temu myślałam, że jest małe prawdopodobieństwo, że mnie to dotknie.
    Jestem za usuwaniem ciąży w uzasadnionych przypadkach.
    Mam niedrożne jajowody, więc wpadka mi się nie trafi. Poza tym chcę dziecka, od lat się leczę, robię nawet ivf, to nie w głowie mi usuwanie.
    Może chore się nie trafi, a jak ciąża obumrze, to się poroni samo.
    I tak w pierwszym transferze zaszłam w ciążę bliźniaczą. Zdrową, silną, aż do 14 tygodnia. Byłam już po badaniach prenatalnych – dzieci zdrowe, parka. I wtedy odeszły mi jedne wody. I po paru dniach musiałam podjąć decyzję, której Ty nie musiałaś. Nawet nie wiesz, jak bardzo bym chciała, żeby dzieci po prostu umarły przez zakażenie. Żebym miała tak łatwo jak Ty.
    Ale one żyły, oboje, do samego końca. A ja prawie umierałam, byłam na skraju sepsy, zakażenie szalało. Chciałam poczekać jeszcze trochę, żeby jednak umarły, żeby nie musieć ich zabijać, ale nie było mi to dane. Lekarz powiedział, że nie ma mowy o czekaniu do rana, sytuacja jest dramatyczna.
    Żeby się ratować zabiłam dwoje zdrowych dzieci, o które się starałam prawie 6 lat.
    Przeszłam więc piekło niepłodności, procedurę ivf, zagrożenie własnego życia i decyzję o usunięciu dzieci.
    I nic mnie tak nie wkurza, jak przekonanie biskupów, że nie mam prawa żyć i że powinnam umrzeć razem z dziećmi. Bo o uratowaniu ich w tej sytuacji nie było mowy, chodziło o wybór momentu śmierci i czy będą to tylko one, czy ja też.

    • No właśnie, tak jak piszesz, przeżyłaś coś takiego a teraz ktoś, kto pojęcia nie ma co to są za dylematy się wypowiada w imieniu kobiet, choć totalnie nie ma do tego prawa. I to, co piszesz o tym, że ja ze swoją stratą ciąży miałam łatwo – chociaż brzmi to dziwnie, to właśnie tak jest. Bo jeżeli decyzja podjęła się sama, los oszczędził mi dodatkowego cierpienia. Jeżeli to i tak musiało się stać, dobrze, że stało się w taki sposób. Chora ta nowelizacja, chore to, co w Polsce teraz chce robić się z in vitro, chore po prostu.

  7. No i nareszcie wypowiedział się na ten temat ktoś, kto ma ku temu solidne podstawy.
    Ten wpis trzeba by podesłać tym wszystkim rządowym cymbałom, którzy myślą, ze pozjadali wszystkie rozumy i wiedzą wszystko najlepiej.
    6 lat temu również przeżyłam podobną sytuację. Różniła się jedynie tym, że w momencie kiedy ja dowiedziałam się o zatrzymaniu rozwoju płodu – był on jeszcze żywy, tylko na tyle źle ułożony, że zaczynał zagrażać mojemu bezpieczeństwu. Mając 20 lat stanęłam przed dylematem i na dzień dzisiejszy jestem wdzięczna niesamowicie, że miałam wybór. Z ogromnym bólem zdecydowałam się na usunięcie ciąży, ale to była najlepsza decyzja dla wszystkich.

  8. Co do odpowiedzialnosci za poronienie to kazda z nas na poczatku zadawala sobie pytanie czy na pewno nie zrobila nic zeby zaszkodzic dziecku i wiekszosc z nas zadala to pytanie swojemu lekarzowi. I tu wystarczy trafic na oszoloma (a tych jak widac nie brakuje) zeby zlozyl doniesienie… I nie chodzi tu o to czy ktos taka kobiete ukaze czy tylko uzna ja winna ale samo to ze w chwili kiedy potrzebujemy wsparcia jakis policjant czy prokurator bedzie usilowal nam wmowic ze same zabilysmy wlasne dziecko.

  9. myślałam, ze może urodziłaś, bo nie odpisywałaś na poprzednie komentarze 😉 dobrze, że Wojtuś czeka na właściwy dzień.
    co do ustawy: przeżyłam „tylko” piekło bezpłodności, nie byłam w ciąży pozamacicznej, nie poroniłam, badania wskazują, że moje dziecko będzie zdrowe. Ale wiem jedno: jeśli ktoś nie przeżył któregoś z tych piekiełek nie ma prawo do wypowiedzi na ten temat.

    • hej, nie nie, młody jeszcze w środku, jeszcze tydzień 🙂 po prostu miałam spadek formy i co się zbierałam, żeby się zalogować i coś odpisać, to moc spadała i nie wychodziło. Temat tej ustawy jest naprawdę trudny, strasznie irytuje mnie takie bezkompromisowe podejście, które dzieli ludzi na dobrych i złych w tej sprawie. Tu nie ma dobrych i złych…
      Jak się czujecie? Wszystko w porządku? pozdrawiam mocno 🙂

      • byliśmy w szpitalu prawie 2 tyg. z podejrzeniem hipotrofii, ale nie potwierdziła się na szczęście, choć Mały nie będzie zbyt duży. Skończyłam 35 tydz. i modlę się, żeby nie wzięło mnie do 3 maja (komunia córki) więc staram sie nic nie robic, ale wiadomo jak jest w domu…Też mam mieć cc, wstepny termin to 5 maja. Czekam na wieści od Was

        • To trzymam kciuki, 5 tygodni do końca, dasz radę! A to, że Mały nie będzie za duży – ja to cały czas chcę, żeby mi się kruszynka urodziła, jeszcze podrośnie jak mamusia podkarmi, teraz już ma tak mało miejsca w brzuchu, że lepiej niech już większy nie będzie 😉

  10. Jestem tego samego zdania. Dotychczasowa ustawa jest ok i kazda ma prawo sama zgodnie ze swoim sumieniem zdecydowac. Ciekawa jestem jeszcze z faktu czy jak sie beda rodzic chore dzieci to czy ksiadz czy polityk walczacy o te ustawe bedzie dawal rodzicom na utrzymanie tych dzieci, rehabilitacje itp. Nie wiem czy wiesz ale w tej ustawie mial rowniez znalezc sie zapis ze kazda kobieta po poronieniu musialaby udowodnic,iz poronienie nie nastapilo z jej winy. Ja po takich doswiadczeniach jak i twoje nie wyobrazam sobie wiekszego idiotyzmu.

    • właśnie powiem szczerze, że nie mogę się nigdzie doczytać o tym poronieniu, to znaczy o skutkach prawnych. Czytałam nowelkę, ale dla mnie nie wynika z tego to, co tak bardzo nagłaśnia się w mediach. Jest tam zapis o nieumyślnym spowodowaniu śmierci dziecka przez kobietę i rozumiem, że kwestia rozbija się o to, kto decyduje, kiedy to poronienie było spowodowane umyślnie, a kiedy nie i na jakiej podstawie to się ma niby stwierdzać. Jeżeli to prawda, że tak ma być, to bardziej chorej rzeczy nie można było wymyślić…tak jak mówię, nie mogłam nigdzie znaleźć zapisu, który by wskazywał na to, że tak ma być, więc nie pisałam na tym, żeby właśnie nie dać się ponieść temu, co słyszy się w mediach. Poszukam jeszcze, bo ze względu na własne doświadczenia, temat jest mi szczególnie bliski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.