Rok na karuzeli

Spread the love

Dokładnie rok temu dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Teraz jestem w ósmym miesiącu. Tak, dużo się zadziało od momentu, kiedy pierwszy raz w życiu na teście ciążowym zobaczyłam dwie kreski, zamiast jednej. Pamiętam każdą emocję, która towarzyszyła mi tamtego wieczoru. Pamiętam też pozostałe, które towarzyszyły mi później. Uczucia podczas wizyty potwierdzającej ciążę, następnie gdy pierwszy raz zobaczyłam bijące serce mojego dziecka i wtedy, gdy poinformowano mnie o tym, że bić przestało. Wszystkie myśli ze szpitala i te po powrocie do domu, kiedy zbierałam się na nowo w całość i wtedy, kiedy stwierdziliśmy, że jesteśmy gotowi spróbować znowu. Następna eksplozja uczuć przy drugim razie, kiedy stojąc w łazience zobaczyłam na teście dwie różowe kreski. Cała plejada emocji towarzysząca drugiej ciąży od początku, do momentu, kiedy teraz siedząc i pisząc te słowa, czuję jak mój syn przeciąga się w brzuchu potwierdzając, że jest. Mam za sobą okrągły rok na karuzeli, która od chwili startu, zapewniła mi wszystkie możliwe stany, od ekstazy i niewyobrażalnej miłości, po ból i niszczącą pustkę. Karuzela kręci się, wprowadzając mnie na kolejne poziomy poznawania samej siebie, swoich najskrytszych marzeń i lęków. I mimo, że chwilami mam dość, napięcie nie daje mi spać i nie do końca radzę sobie z uczuciami, które we mnie siedzą, nie chcę z niej wysiadać. Chcę kręcić się nadal.

Kiedy wieczorem, dokładnie rok temu, w obszarze kontrolnym testu, zaczął rysować się kolor różowy, nie mogłam uwierzyć, że to ciąża. Nie dotarło to do mnie od razu. Pamiętam radość i podekscytowanie i tę myśl, że oto stało się, udało się, będę mamą. Cieszyłam się każdą minutą, doceniałam każdy moment i objaw. Na początku nie mogłam przyzwyczaić się do nowej sytuacji, wydawała mi się nierzeczywista. Później przyzwyczaiłam się do niej aż za bardzo. Kiedy lekarz na trzeciej wizycie kontrolnej poinformował mnie, że nie widzi tętna, świat zatrzymał się. Mieliście kiedyś uczucie, że coś dzieje się zupełnie obok was, że was nie dotyczy, mimo że siedzicie w samym środku wydarzeń? Takie niedowierzanie na najwyższym poziomie, totalne wyparcie, oglądanie siebie samej w zwolnionym tempie, kiedy to siedząc na krześle w kuchni pierwszy raz płakałam aż tak głośno. Bo niby dlaczego to by miało się stać naprawdę? Dlaczego miałoby się przytrafić akurat tobie? Przecież to nie ma sensu. I nikt tego nie rozumie, ty sama nie rozumiesz, chociaż to już się stało. Nie wierzysz. A później szpital, wieczność na izbie przyjęć, zaaplikowanie tabletki, modlitwa o szybkie poronienie, zabieg, pustka. Tydzień za tygodniem, kiedy uczysz się cieszyć wszystkim, co cieszyło kiedyś, a nagle przestało. Z dnia na dzień karuzela życia nabiera pewnych barw, mimo że twój świat zmienił się po tym, co cię spotkało i już nigdy nie będzie dla ciebie taki sam. Bo nie ma na nim twojego dziecka, a już przecież było. Karuzela bez tego dziecka nie jest już taka kolorowa.

Powoli przyzwyczajałam  się do tej myśli, wróciłam na tory, zaczęłam żyć. Strata nie była już wszystkim, liczyły się też inne rzeczy. Świat kręcił się, a ja razem z nim. Czasem mnie wyprzedzał, czasem ja wyrywałam do przodu, by udowodnić sobie i innym, że już sobie poradziłam, że to mnie nie definiuje, że jestem sobą, silną sobą i potrafię. Ponowne starania, niepewność, czy to nie za wcześnie, a co jeśli się nie uda, a co jeśli znowu się stanie? Czy będzie mi dane cieszyć się z ciąży, czy poronienie jest mi już przypisane na stałe? Czy dostanę szansę poczucia ruchów mojego dziecka, poczucia tej miłości, której nie da się opisać słowami? W końcu przyszedł ten moment, test, karuzela zwalnia, czas znowu staje w miejscu, a ja czekam, patrzę, jest. Blady, ale jest. Niemal niewidoczny, różowy sygnał, że to szczęście znowu do mnie przyszło. Karuzela przyspiesza, podnosi się, jestem w górze, lecę.

Pierwsze tygodnie były najgorsze. Jak pogodzić radość z tak paraliżującym lękiem? Jak? Pierwsza wizyta kontrolna, jest serce, jest miłość. Kolejne tygodnie, doszukiwanie się objawów, które miały być moim gwarantem, choć sama wiedziałam, że nikt nie da mi gwarancji. Moja karuzela robiła pełne obroty od wizyty do wizyty. Czas się dłużył, a ciąża zapewniła całą gamę uczuć, łez radości i łez strachu. Emocje, nastroje, kręcisz się, lecisz powoli w górę, jest dobrze, masz nadzieję, w końcu przychodzi dzień, gdzie nie masz siły, bo tak  się martwisz. Jest płacz, spadasz w dół. Później wizyta, jest tętno, wszystko rozwija się prawidłowo, znowu jesteś na wyższym poziomie. I tak w kółko przez pierwsze parę miesięcy. Szybko w górę, powoli w dół i na odwrót. Kręcisz się, wszystko co cię otacza się tak kręci.

Z każdym ruchem dziecka moja karuzela uspokaja się. Teraz nie jest już to diabelski młyn, ani zwariowana kolejka, która niespodziewanie może zacząć spadać, powodując stan przedzawałowy. Karuzela powoli zmienia się w taką, na jakiej mogłabym siedzieć całe życie. Jest kolorowa, ale kolory są spokojne, pastelowe.  Białe konie z pięknymi, wyczesanymi grzywami mają łagodne oblicza, uśmiechają się, powoli bujają mnie w rytm muzyki. Kręcę się, mam momenty zawahań, nie potrafię do końca zapomnieć całorocznej, zwariowanej jazdy, pełnej wzlotów i upadków. Ale uczę się. Z każdym dniem coraz bardziej pozwalam sobie wierzyć, że ta jazda będzie szczęśliwa już do samego końca, że urodzę zdrowego chłopca, że będę miała szansę usłyszeć od niego „mamo”, kochać go i być dla niego kimś ważnym, tak jak on jest dla mnie. Ale do końca uwierzę dopiero, kiedy to już się stanie.

To był szybki rok. Trudny, choć pełen szczęścia. Bo koniec końców, mimo tego, co stało się z moim pierwszym dzieckiem, jestem szczęściarą. Bo na moją karuzelę ponownie zawitało szczęście, dzięki któremu ta jazda ma sens, ma cel. Kręcę się nadal. Czekam na to, co się wydarzy i mam nadzieję, że wydarzy się dobrze. Patrzę wstecz na wszystko, co się przez ten rok stało, na wszystko, co spotkało mnie i moich bliskich od czasu, kiedy pierwszy raz dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Patrzę i widzę, jak dużo rzeczy się zmieniło, jak ja się zmieniłam. To był ciężki rok, to był szczęśliwy rok, ale przede wszystkim, to był ważny rok. Rok na mojej karuzeli.

, ,
9 comments on “Rok na karuzeli
  1. Czesc Ania. Dzieki za Twojego bloga! Jestem swiezo po stracie…mam wrazenie, ze swietnie opisujesz to wszystko, co we mnie siedzi: ten zal, strach, obawy przed powrotem do pracy. Poza tym opisujesz to tak fajnie, ze smieje sie placzac;) dzieki, tego potrzebowalam!

    • cześć. Przykro mi, że musisz przez to przejść. Jeżeli to co piszę Ci pomaga, to bardzo mi miło. Mam nadzieję, że niedługo doświadczysz też takiego szczęścia, jakie mnie spotkało. Trzymam kciuki, żebyś już niedługo poczuła się lepiej. Trzymaj się ciepło!

  2. Czekam z niecierpliwością kiedy mój endokrynolog i psychiatra powie mi: możecie znów spróbować.
    Jak czytam ten post to wierzę że i mi się uda znowu i tym razem nasza dzidzia zostanie z nami na zawsze.
    Dziękuję za ten wpis!

    • Minęły już prawie 4 miesiące, może już niedługo dadzą zielone światło. Trzeba być dobrej myśli, ja cały czas trzymam za Ciebie mocno kciuki 🙂

  3. Spedzilam na tej karuzeli rok i 9 miesiecy. Na szczescie zeszlam z niej ze zdrowym synkiem na reku wiec warto bylo. Ale jak dzis „madrzy” znajomi zycza mi jeszcze corki bo mam dwoch chlopcow to mam ochote im w glowe postukac bo kolejny raz decydowac sie na taka jazde nie mam zamiaru bo mnie zawsze marzyla sie dwojka. Aczkolwiek zawsze zaznaczam ze skoro wtedy kiedy ja chcialam miec dziecko los chcial inaczej to teraz kiedy nie planuje to tez moze ze mnie zadrwic i wtedy na pewno nie bede rozpaczac tylko sie modlic zeby zywe i zdrowe bylo.

    • Tak sobie wczoraj jeszcze myślałam nad twoim wpisem, i myślę że po takiej karuzeli emocjonalnej jaką przynajmniej ja przeżyłam należał by się medal:) Ja straciłam swoje pierwsze dziecko w sierpniu, najpierw wyparcie, niedowierzanie, żal, płacz, złość… Moja huśtawka nastrojów była naprawdę ekstremalna i cud że mój mąż to przeżył. Pamiętam jak siedziałam przy stole w kuchni grudniową, świąteczną porą i usłyszałam kolędę w radio i zaczęłam płakać – że to nie tak miało być że miałam wtedy cieszyć się rosnącym brzuchem itp., itd…
      Teraz jestem w 7 tygodniu ciąży, boje się. Byłam na pierwszej wizycie w 4 tygodniu – wszystko prawidłowo, leki na podtrzymanie, L4 leżące.
      Następna wizyta na 1,5 tygodnia a ja znowu jestem na karuzeli, najpierw była euforia że jestem znowu w ciąży – teraz boję się o nią, boję się że znowu może być coś nie tak… biedne to moje małe dziecko, które musi znosić nastroje swojej nieogarniętej matki. Chciałabym się obudzić po pierwszym trymestrze, może wtedy będę mniej się przejmować, może bardziej się uspokoję.
      Pozdrawiam Cię Aniu, dziękuje za twój blog (jak czytam mam wrażenie że to o mnie:)

      • Doskonale wiem, o czym mówisz. Skoro czytasz ten blog to wiesz, że na początku drugiej ciąży miałam identycznie. Chciałam zamknąć oczy i obudzić się już w drugim trymestrze, kiedy wszystko będzie pewniejsze. Wiem, że nikt nie może zagwarantować, że będzie dobrze, ale popatrz, właśnie kończę 32 tydzień, mały wierci się radośnie, no i już w sumie wcale nie jest taki mały – czyli może być dobrze 🙂 Życzę Ci szybkiego przejścia do momentu, kiedy już będziesz spokojniejsza – a karuzela i huśtawka to już chyba nam będzie towarzyszyć do samego końca, niestety. Z tym że naprawdę, z tygodnia na tydzień jest się spokojniejszym. Pozdrawiam i dużo zdrówka dla Was, odpoczywaj i głowa do góry!!! Masz szczęście w brzuchu, trzeba się cieszyć 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.