Jak to jest z tym jedzeniem w ciąży?

Spread the love

Pierwsza ciąża – dziewięć miesięcy oczekiwania na dziecko.  Dziewięć miesięcy przygotowań, niepewności, postępowania często na czuja, bo przecież pierwszy raz to przeważnie wszystko na czuja. Dziewięć miesięcy, przez które wszystko co robimy ma wpływ na rozwijające się w nas życie. Tak,  dziewięć miesięcy słuchania i czytania znakomitych rad tych „niepierworódek” i domorosłych dietetyków, którzy lepiej od ciebie wiedzą co możesz jeść, a czym na pewno zaszkodzisz sobie, dziecku i przy okazji zburzysz ogólnie przyjęty ład panujący w ciążowym świecie…

Jakby dziwacznie to nie zabrzmiało, powiem Wam jedno…w 2015 roku w ciąży chodziłam przez większość czasu, a mimo to do porodu zostały mi jeszcze około trzy miesiące. Gdybym miała słuchać tych wszystkich mądrości i przez cały ten czas szczegółowo analizować każdy posiłek, to zostałaby mi faktycznie sałata (koniecznie z ogródka od kogoś znajomego i porządnie wyparzona przed zjedzeniem), chude mięso (tak samo jak sałata, ze sklepu to feeee, bo modyfikowane no i nie wiadomo co to), chleb razowy, marchewka i woda mineralna. Ostre nie bo dziecko nie lubi, słone nie bo woda w organizmie się odkłada, a słodkie to tuczy i będziesz gruba. Tego nie można, tego się nie powinno, a tamtym można się zatruć. Zanim coś zjesz, studiuj najpierw dwie godziny dokładnie skład, bo nie daj Boże w herbacie, której się napijesz, będzie 0,007 aromatu z hibiskusa, a hibiskus to poronienie murowane, no albo poród przedwczesny jak w banku. Po tym będziesz się źle czuła, przy tym możesz się czymś zarazić, a jak zjesz tamto, to Twoje dziecko znielubi cię na amen i co w ogóle z ciebie za matka. A wiecie czego tak naprawdę dzieci nie lubią? Jak im się matkę stresuje takimi dyrdymałami.

Ekspertem nie jestem, w zasadzie to nawet nie bardzo się wgłębiałam w tajniki diety ciążowej. Ja to chyba jednak prosta baba jestem i zamiast kupić sobie mądrą książkę albo przeczytać mądre forum, po prostu polegam na instynkcie. Dla mnie sprawa jest mało skomplikowana – istnieje lista rzeczy bezwzględnie zakazanych w ciąży, ogólnie znana i nie trzeba być geniuszem ani znawcą, żeby wiedzieć, co się na niej znajduje. Alkohol, surowe mięso, surowe ryby, surowe jajka (chyba ogólnie wszystko co surowe oprócz warzyw i owoców), niepasteryzowane produkty mleczne (a o takie wcale w hipermarketach nie łatwo)…hmmm, przy czym jeszcze tam był napis „nawet się nie zbliżaj w ciąży”…musiałabym dłużej pomyśleć. Owoce i warzywa przez zjedzeniem trzeba umyć w ciepłej wodzie, ale to chyba nie tylko w ciąży z tego co mnie mama nauczyła. Ziołowych herbat lepiej też nie ruszać, bo mają różne działanie na organizm. Co z resztą? Jak dla mnie w ciąży kobieta powinna jeść to, co podpowiada jej organizm, bo natury nie oszukasz.

Zachcianki ciążowe to sprawa normalna. One nie muszą być ekstremalne, czasem nam się czegoś chce i wcale nie jest to ogórek kiszony z bitą śmietaną. Ja na początku zabiłabym za kiwi, później zdradziłam je na rzecz mandarynek. Nic złego, prawda? A i tak w rozmowie z jedną z koleżanek dowiedziałam się, że takie owoce wcale zdrowe nie są, szkodzą i nie powinnam ich jeść. Z owoców to tylko jabłka i gruszki, bo to polskie, a reszta to nie dobrze dla dziecka, chyba że dziecko zagraniczne.  Ostrych rzeczy też nie można, bo podobno dzieci tego nie lubią i badania wskazują, że nie chcą pić płynu owodniowego, jeżeli kobieta zjadła jakiś ostry posiłek. Ale jak wytłumaczyć to, że był czas, kiedy chciało mi się tylko ostrego? A później za to słodkiego.  Mam fazy na ryby, później bardziej wchodzi mi czerwone mięso. Był czas, kiedy nie mogłam patrzeć na jajka, w każdej postaci, a zwłaszcza w takiej jajecznicowo-bryjowej. Przestały mi smakować ziemniaki. Co mi podpowiada ciało, to jem, a od czego odrzuca, to nie jem, dla mnie to proste. Po co się nakręcać?

Był czas, kiedy zachorowałam na tłuste żarcie. Pieczony boczek, grillowane żeberka…mmmmm, no marzenie. Tylko tłustego mi się chciało i faktycznie tylko takimi rzeczami byłam w stanie się najeść. Stwierdziłam, że to już jakaś bzdura, bo niby dlaczego miałoby mi się chcieć tłuszczu, takiego chamskiego, a tu nagle dostaję wiadomość z aplikacji ciążowej, że właśnie teraz powinno się przyjmować dużo tłuszczy, bo dla rozwoju dziecka to najlepsze. No i już, moja teza potwierdzona.

Jedyna dla mnie mało jasna sprawa, to owoce morza…hmmm, jestem fanką, a słyszałam opinię, że w ciąży to jednak nie bardzo. Jakoś specjalnie nie odrzuca mnie na widok krewetek, jednak postanowiłam sobie ich oszczędzić na jakiś czas. Nie dlatego, że mogą zaszkodzić dziecku w jakiś sposób, bo niby w jaki, tylko dlatego, że zastanawia mnie ich świeżość. Druga sprawa to też to, że nasza dieta jest inna niż południowa i nie jesteśmy przyzwyczajeni do takiego jedzenia, aw ciąży lepiej unikać czegoś, czym możemy się zatruć. Naprawdę ciężko mi uwierzyć, że Włoszki na czas ciąży rezygnują z owoców morza, które u nich się je jak u nas ziemniaki. A we Włoszech chyba też rodzą się zdrowe dzieci, prawda? Wszystko kwestia rozsądku, takie moje zdanie.

Apetyt mi dopisuje, jak chyba większości zaciążonych.  Staram się nie ulegać za każdym razem, kiedy dopada mnie mordercza chęć na czekoladę, bo chciałabym pod koniec ciąży zmieścić się jeszcze w którekolwiek z drzwi we własnym mieszkaniu, ale też nie będę wpadać w paranoję diety ciążowej. Nie będę pytać cukiernika za każdym razem, jak mi przyjdzie ochota na ciastko, czy masa jest z bardzo surowych jajek, czy raczej takich dopuszczalnych w ciąży. Nie napiszę też maila do producenta majonezu, też à propos tych jajek. Podziękuję za tatar i sushi, odmówię czegoś, od czego mnie odrzuca, albo czego nie jestem pewna. I tak sobie bezczelnie przez  ten czas przejdę, bez mądrych książek i najwspanialszych ze wspaniałych rad tych co już urodziły i lepiej wiedzą. Prawdziwy hardcore to się zacznie przy karmieniu piersią. Tutaj to już dziecko wyraźnie pokaże, co powinnam a co nie powinnam. Do tej pory słucham siebie. Idę obiad jeść, taki zrobiony na czuja. Smacznego wszystkim przyszłym mamom życzę 🙂

6 comments to “Jak to jest z tym jedzeniem w ciąży?”
  1. W drugiej ciazy okazalo sie ze wedlina jest be ale ze mieso bylo jadalne to o anemie sie nie martwilam. A najciekawsze bylo jak pojechalam do rodzicow na swieta a tam lodowka pelna wedlin wszelakich a ja ze sloiczkiem dzemu 😉
    Oprocz niejadania wedlin to zaczelam lubic owoce i zupy ktore na codzien moga dla mnie nie istniec. A w pierwszej ciazy procz picia litrami zadnych zachcianek nie mialam. A zeby miec chcice na snicersa z kiszonym ogorkiem to wcale w ciazy nie musialam byc 😉

    • ja raz miałam w ciąży fazę – ogórki konserwowe z sokiem jabłkowym 🙂 a tak to luz, zupełnie normalne połączenia. Ale z jajecznicą jeszcze długo się nie pogodzę coś tak czuję 😉

  2. Ja olewam te porady, poza zdroworozsądkowymi, miałam tyle powodów do obaw, że jedzenie to ostatnie z nich. Świadomie odmawiam sobie tylko serów pleśniowych, mimo że pasteryzowane, za to np. krewetki jadłam i o szkodliwości nawet nie wiedziałam 🙂 Póki co, w połowie 4 miesiąca, nie czuję zrywów apetytu jak na początku ciąży. Fantazjuję jedynie o świeżych owocach, o truskawkach, o borówkach, o czereśniach.

    • czereśnie…też bym w sumie przyjęła 😀 serów pleśniowych też faktycznie nie jem, chociaż lubię. A te krewetki…moje koleżanki w ciąży jedzą, tak jak napisałam, ja na razie się powstrzymuję, ale nie wiem, czy do końca w tym postanowieniu dotrwam, bo nie do końca rozumiem skąd te opinie, że nie można 🙂 pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.