Wczesna ciąża – mówić, czy nie mówić?

Spread the love

„Jestem w ciąży” zazwyczaj budzi pozytywne reakcje otoczenia. Informowanie znajomych o tym fakcie to dla rodziców przyjemność, w końcu spotkało ich szczęście, a szczęściem chcemy się dzielić, no i oczywiście pochwalić. Czy powinno się jednak mówić o tym już po zrobieniu testu? A może potwierdzenie ciąży przez lekarza jest już lepszym momentem? Czy istnieje dobra chwila, by pochwalić się światu swoją ciążą? Czy może bezpieczniej trzymać to w tajemnicy aż do samego końca? Zastanówmy się…

W lutym, będąc na początku ciąży, miałam ochotę wykrzyczeć to całemu światu. Najpierw oczywiście dowiedział się D., później był telefon do przyjaciółki, rano do mamy i sióstr. Wraz z upływem dni informowałam o ciąży bliskich znajomych. Mówiłam, że to jeszcze oczywiście nie potwierdzone, że dopiero idę na wizytę, ale trzy testy wyszły pozytywnie i ogólnie głowa i serce mówią, że to ciąża. Z informowaniem ograniczyłam się do najbliższego grona. Po drugiej wizycie, kiedy zobaczyliśmy bijące serce, poinformowałam o ciąży moich szefów. Trzeba było szybko myśleć, jak poukładać sprawy w pracy w przypadku wcześniejszego zwolnienia. Kieruję dość sporym wydziałem i nie mogłam sobie pozwolić, by zostawić to tak z dnia na dzień, bez uprzedzenia. Więc zaczęliśmy organizować. Wszystko było zaplanowane. W momencie, kiedy ja znikam, na moje miejsce wskakuje koleżanka z pracy, na jej miejsce jeszcze inna osoba, wszystko powinno być dobrze.

W 10 tygodniu biorę dwa tygodnie urlopu. Po tym czasie mają być badania prenatalne i mam już nie wrócić do pracy. Zdecydowałam wtedy, że mimo braku męczących ciążowych dolegliwości, odległość między domem a pracą jest za duża i dojeżdżanie autem, zwłaszcza w miesiącach zimowych, jest po prostu niebezpieczne. Na spotkaniu wszystkich kierowników dyrektor oświadcza, że od tej pory moją funkcję będzie pełniła pani X, i to do niej należy zwracać się z moimi tematami. Po spotkaniu poruszenie: „Pani Aniu, odchodzi pani?!” – pytają wszyscy. „Nie, spokojnie, jestem w ciąży” – informuję każdego z uśmiechem. Przecież wszystko jest dobrze. Czuję się rewelacyjnie, plamień brak, niepokojących bóli brzucha brak. Wszystko jest dobrze. Nie będę kłamać, że się zwalniam, długo mnie nie będzie, i tak się zorientują.

Dopiero dwa tygodnie później, na badaniach prenatalnych dowiaduję się, że nic nie jest dobrze i mojej ciąży już właściwie nie ma. Przez pierwsze parę dni właściwie się nad tym nie zastanawiałam, ale kiedy minął już czas spazmatycznego płaczu, przyszła do mnie ta myśl. Musiałam poinformować wszystkich, że już nie ma mojego dziecka. Boże, czy nie mogłam po prostu powiedzieć, że idę na dłuższy urlop?

I tak właśnie wróciłam do pracy po poronieniu. Boże, jak bardzo nie chciałam musieć informować wszystkich ciekawskich, dlaczego nie rośnie mi brzuch…Co do znajomych, bliskie grono wiedziało o wszystkim siłą rzeczy. Na szczęście nie zdążyłam obwieścić nowiny o ciąży wszystkim. Nie wkleiłam zdjęcia usg z moim cudem na tablicę na Facebooku, nie krzyczałam na ulicy do dawno nie widzianych znajomych „Cześć, jestem w ciąży”. Ale jak już kogoś spotkałam i padało pytanie „Co tam słychać?”, nie uważałam za niestosowne mówienie o tym. W końcu wszystkim znaki na niebie i ziemi mówiły, że wszystko jest w porządku.

Tydzień temu na ulicy spotkałam koleżankę. „I jak tam? Brzuszek rośnie?” Naturalne pytanie. W kwietniu mówiłam jej o ciąży, parę dni przed badaniami prenatalnymi. Pamiętam dokładnie to spotkanie. „Straciłam tę ciążę, niestety, nie rośnie”. Później zazwyczaj następuje krótka wymiana zdań typu „Jak mi przykro”, „To się niestety zdarza” itd. I jedna i druga strona zostaje skutecznie wprowadzona w stan zakłopotania. I po co?

Nauczona doświadczeniem, o obecnej ciąży powiedziałam tylko tym znajomym, których i tak bym poinformowała o jej stracie, jeżeli by coś się stało. Bo są to ludzie mi bliscy i dzielę się z nimi i dobrymi i złymi przeżyciami. Jestem o wiele ostrożniejsza w swoim szczęściu, ale też i w mówieniu o nim. Bo nie jest to sprawa wszystkich, tylko moja i D. Przyjaciele i rodzina wiedzą, wiedzą też czytelnicy bloga, jednak blog to mój sposób na lepsze przechodzenie przez wszystkie etapy, więc traktuję to w trochę inny sposób. Kiedy lekarz wystawił mi zwolnienie, poinformowałam mojego szefa, że chcę pracować z domu, wykonywać pewne zadania. Kiedy ktoś dzwoni i pyta, czy jestem w pracy, każdorazowo informuję „Jestem poza biurem, ale słucham”. A kiedy ktoś jest bardzo dociekliwy w swoich pytaniach i koniecznie musi wiedzieć, jak to poza biurem, to informuję, że z racji, że nie było mnie w tym roku dość długo ponieważ byłam na zwolnieniu, nie zdążyłam wybrać zaległego urlopu, a że przepisy nakazują wybrać, go do końca września, to właśnie wybieram. Wszystko złożyło się idealnie. W pracy szef i zastępująca mnie osoba również informują o trzytygodniowym urlopie. Tym sposobem nie muszę się tłumaczyć z mojej ciąży 700 pracującym u nas osobom. I tak jest dobrze.

Mój prywatny Facebook również milczy, podobnie jak ja podczas rozmów z dalszymi znajomymi. Ustaliliśmy również z D., którym osobom nie mówimy na razie o ciąży. Nie dlatego, że boję się, że mi źle życzą, lub coś podobnego, tylko nie chce mi się wysłuchiwać kolejny raz ich życiowych mądrości. Nie zakładam najgorszego, ale mam to z tyłu głowy. Przeżywam to we własnym gronie, ludzi życzliwych i takich, którzy w razie kolejnego niepowodzenia ani przez chwilę nie pomyślą o nas nic złego. I tak mi lepiej.

Czy młodzi rodzice powinni więc radośnie oświadczać o ciąży w pierwszym trymestrze? Czy zdjęcia małych stworków powinny zdobić ściany portali społecznościowych? Pomijając fakt, że żadne moje usg nie zostanie upublicznione, to po prostu uważam, że takie zdjęcia są bardzo prywatne, nie do wglądu wszystkich. No ale kto nie lubi słuchać gratulacji i psalmów zachwytu, jak to cudownie i jak miło? Ja jednak uważam, że ten pierwszy trymestr to jednak czas dla rodziców i dla ich bliskich. Czas piękny, bo powstaje nowe życie, ale też pełen lęku i niepewności. Nie wierzę w zabobony typu : ” Nie mów, bo zapeszysz”. To bzdura. Moja znajoma już po zobaczeniu pęcherzyka ciążowego dumnie obwieszczała wszem i wobec, że będzie mamą. Mówiła wszystkim. Jej synek ma się dobrze, jest zdrowy i śliczny. Nie zapeszyła. Bo tu nie chodzi o przesądy, tylko o to, że to kruche maleństwo ma teraz czas, by się rozwinąć, a gdy nie daj Boże coś się stanie, to przeżywanie tego jest wystarczająco bolesne, by jeszcze musieć odpowiadać na bolesne pytania.

Więc jeżeli możesz, moja rada, wstrzymaj się. Ciąża wbrew pozorom wcale się nie dłuży. Wręcz przeciwnie. Ja dopiero co w nią zaszłam, a tu już bach, jutro 10 tydzień. Jeszcze zdążysz się pochwalić. Przecież za parę miesięcy nawet nie będzie jak tego ukryć. Daj sobie przeżyć ten czas w spokoju. A jeżeli już bardzo nie możesz wytrzymać, by dzielić się swoim szczęściem, wykorzystaj Internet. Zapisz się na forum dla młodych mam, załóż blog 😉 To dobry sposób, by dzielić się szczęściem w bezpieczny sposób, bo anonimowy. Taka moja rada. Bo informowanie o ciąży to najprzyjemniejsza rzecz, przynajmniej dla mnie, ale informowanie o jej stracie…uwierz mi, nie chcesz tego przeżyć. Pozdrawiam wszystkie mamy w pierwszym trymestrze i trzymam za Was kciuki 🙂

,
19 comments to “Wczesna ciąża – mówić, czy nie mówić?”
  1. Sama nie wiem co lepsze szczerze mówiąc. Zapeszanie? Nie wierzę w to. Jak dowiedzieliśmy się że jestem w ciąży, wyczekanej, zaplanowanej to z jednej strony bałam się mówić komukolwiek bo choruję na Hashimoto i drżałam trochę czy wszystko będzie ok, z drugiej byliśmy tak szczęśliwi że chcieliśmy się tym podzielić z innymi, z bliskimi bo tak wszyscy na to czekali. I tak uważam że długo czekałam na poinformowanie rodziców, teściów i rodzeństwa bo radosną nowinę przekazaliśmy w 8 tygodniu. Też się wahałam że może nikomu nie mówić i poczekać do USG w 13 tygodniu. I wówczas moja przyjaciółka której powiedziałam jako pierwszej i od samego początku, poradziła mi, że jeżeli coś się wydarzy to będę potrzebować wsparcia. I faktycznie. Straciliśmy synka w 11 tygodniu i bardzo potrzebowałam pomocy najbliższych. A dalsi znajomi nie wiedzą do tej pory i niech tak zostanie.

    • Najbliższych owszem, w drugiej ciąży też powiedziałam przyjaciółką, mamie, siostrom i komu musiałam w pracy. Reszta dowiaduje się stopniowo, najczęściej przez przypadek. Jeżeli szczęśliwie urodzę to dziecko i zajdę w następną ciążę, postąpię tak samo.

  2. Trafiłam na Pani bloga ze strony Onetu. Z zapartym tchem- dosłownie-przeczytałam (i czytam na bieżąco) każdy artykuł. Czytając, czułam jakbym to ja sama mówiła i myślała:) Przeżyłam analogiczną historię jak Pani. W czerwcu br. moje 8tg serduszko przestało bić. Powoli wracam do siebie, choć powrót do rzeczywistości z pustką wewnątrz siebie jest bardzo trudny. Serdecznie dziękuję, że pisze Pani to wszystko. To bardzo pomaga:* To zaskakujące jakie my wszystkie jesteśmy do siebie podobne 😉
    Co do powyższego artykułu, zgadzam się z Panią. Z perspektywy własnego doświadczenia już WIEM, że zajście w ciążę niekoniecznie musi znaczyć urodzenie dziecka. I nie chciałabym kolejny raz radośnie informować, a następnie „sprostowywać”- bo jak to inaczej nazwać? 🙁
    Aktualnie jestem na skraju cierpliwości, bo za kilka dni miesiączka bądź nie… 🙂 już nie mogę wytrzymać, żeby nie zrobić testu:) A wiadomo- już mnie boli podbrzusze, już mnie kłuje, już plecy ciągną, już chce mi się spać…hehe podręcznikowo, jak z Pani poprzedniego artykułu. Wszystko zwiastuje dobre nowiny :)) Oby:)
    Pozdrawiam serdecznie i wszystkiego dobrego!

    • Witam, dziękuję, miło mi to czytać 🙂 To właśnie „sprostowywanie”, inaczej „odkręcanie” jest straszne, lepiej sobie czegoś takiego nie robić. Co do bojawów, to ja cały czas myślałam, że sobie wmawiam, bo tak bardzo mi zależy, a okazało się, że jednak to ciąża, także trzymam kciuki za brak miesiączki 🙂 Pozdrawiam Panią serdecznie 🙂

  3. właśnie jestem w 5-6 tyg. lekarz stwierdził ciążę, ale serca jeszcze nie było. Mam stracha przed mówieniem komukolwiek, choć ochota wielka, bo i starania były bardzo długie. Nawet mojemu pierwszemu dziecku nie powiedziałam, chcę poczekać jeszcze do serduszka, a to jeszcze 1,5 tyg. Idealnie teraz pasuje do mnie twój niedawny wpis o braku objawów i niebolących cyckach. Po wielu latach starań mam wiedzę co może się wydarzyć i mnie ona paraliżuje. Każde ukłucie w boku wali po głowie niczym młot 5-kilowy. Radość miesza się ze strachem i nadzieją. Czas się dłuży niemiłosiernie. Dotrwac do 28…a później przetrwać wizyte..

    • No właśnie, znam to uczucie, kiedy tak bardzo chce się podzielić takimi dobrymi nowinami. Bo przecież to naprawdę cudowne wieści 🙂 1,5 tygodnia w takim przypadku strasznie się dłuuuuży, bo chciało by się już zobaczyć bijące serce . Trzymam kciuki, żeby szybko zleciało i żeby wszystko było dobrze 🙂
      A co do bolących cycków, dzisiaj nie bolą mnie na przykład wcale, ale tydzień temu, kiedy byłam na wizycie kontrolnej i wszystko było ok też nie bolały, więc się tym już nie przejmuję. Hormony działają po swojemu, raz mocniej, raz słabiej. Wiadomo, że bym chciała, żeby dawały znać codziennie, że wzystko jest dobrze, ale naprawdę na szczęście ten brak bólu piersi i zanik objawów nie rzutuje na zdrowie dzidziusia, także już się tak tym nie sugeruję. Będzie dobrze 🙂 mam wizytę 2 października i też już nie mogę się doczekać, żeby sprawdzić, co tam u mojego maleństwa.

    • Oczywiscie nie zakladalam ze cos zlego sie stanie ale sie stalo i naprawde bardzo sie cieszylam ze nie musze tego wyjasniac starszemu aczkolwiek jeszcze calkiem nieduzemu dziecku (mial wtedy 4 latka). Szczesliwie rok pozniej otrzymal dobra nowine (juz w drugim trymestrze) i az sie poplakal z radosci. Jezeli masz pewnosc ze jakas dobra dusza nie wypapla mu wczesniej to wstrzymaj sie az bedzie bezpieczniejszy moment bo dzieci sa bardzo wrazliwe.
      Ja planuje swoim dzieciom powiedziec o nienarodzonym rodzenstwie ale jeszcze nie szybko.

  4. Rozumiem to wszystko o czym piszesz i mogę sobie tylko próbować wyobrazić, jaki to ból, kiedy trzeba poinformować kogoś niekoniecznie bardzo bliskiego o stracie ciąży, ale… Czy po pierwszym trymestrze nic się już nie może stać…? Ja mam bliską koleżankę, która dwukrotnie straciła ciążę w piątym miesiącu… Nawet w terminie można urodzić martwe dziecko. To też ból, ogromny. Znam wiele osób, które ukrywają informację o ciąży nawet przed najbliższymi do końca I trymestru, ale my doszliśmy do wniosku, że nie będziemy się z tym kryć, bo nawet jeśli stałoby się coś złego, to co? Mamy udawać, że nic się nie stało? Że nie było sprawy? 7-tygodniowy zarodek to taki sam człowiek jak wcześniak z szóstego miesiąca. I taki sam jest ból po jego stracie. Nie obwieszczaliśmy radości całemu światu, ale najbliższej rodzinie i przyjaciołom powiedzieliśmy od razu. Niech cieszą się z nami, gdy jest dobrze, ale też niech będą przy nas, gdyby coś poszło źle.

    A tak zupełnie poza tym ja np. musiałam powiedzieć o ciąży w pracy od razu, żeby nieco zmieniono mi zakres obowiązków, bo w mojej pracy jest sporo dźwigania i narażenie na kontakt z niebezpiecznymi dla ciężarnej substancjami. Wszyscy w pracy przeżywają tę ciążę razem ze mną, ciągle wypytują, pomagają mi… I też się czasem zastanawiam, co byłoby gdybym nagle musiała uporać się np. ze stratą tej ciąży… Nie chcę sobie nawet wyobrażać i w głębi serca też wolałabym chyba zachować to dla siebie. Ale właśnie w trosce o to maleństwo i dla własnego bezpieczeństwa nie miałam wyjścia, jak podzielić się tą wiadomością od razu…

    • Zrobiliście podobnie jak my, rodzina i przyjaciele zostali powiadomieni. Oczywiście, że ciąże mogą skończyć się tragicznie nawet w trzecim trymestrze, tutaj na blogu wypowiedziało się już wiele osób, które przeżyło taki koszmar. Ja postanowiłam, że póki nie widać, to nie chwalę się wszystkim. Może też dlatego, że zupełnie inaczej podchodzę do tej ciąży. Ale coraz bardziej w nią wierzę i się nią cieszę 🙂
      Bardzo dobrze, że powiedziałaś w pracy, jeżeli mogłaby ona zaszkodzić dziecku. Ja poprosiłam szefa, żeby koleżanka chodziła za mnie na zebrania zarządu, ponieważ trwają one czasem bez przerwy po 5-6 godzin i nie dawałam rady. W takich przypadkach trzeba powiedzieć, ale ja zdecydowałam, że w pracy tylko tym, którym muszę. Pozdrawiam Cię ciążowa koleżanko 🙂

    • U nas w pracy tez przelozony musi wiedziec ale najgorsze bylo to jak kierowniczka wypaplala na cala firme a dziewczyna stracila ciaze i przechodzila przez faze tego ci robic nie wolno bo jestes w ciazy a potem o jak mi przykro. Takie wspolczucie nikomu nie jest potrzebne.
      A wiecie jak fajnie jest wrocic w polowie drugiego trymestru po 2tygodniowym urlopie i zobaczyc miny tych „najlepiej poinformowanych” ze juz nie chodze tylko sie tocze a one do tej pory nic nie wiedzialy. 😉 Za ta przyjemnosc warto bylo trzymac jezyk za zebami.

    • „7-tygodniowy zarodek to taki sam człowiek jak wcześniak z szóstego miesiąca.” – Zgadzam się.
      Ale tutaj: „i taki sam jest ból po jego stracie” – mam wątpliwości. Sama mówisz o „stracie ciąży” a nie dziecka. A co powiesz o stracie dziecka po udanym rozwiązaniu ciąży? Też będzie taka sama jak ta z wczesnej ciąży?
      Zgadzam się, że wymiernie tracimy tyle samo, ale nie tak samo. Emocje nie są takie same. Wiem, bo dane mi było przeżyć i jedno i drugie. I zgadzam się z Autorką, nie ma co się chwalić ciążą na tak wczesnym jej etapie, bo chociaż to prawda, że na każdym etapie może się zdarzyć wszystko, to jednak zgodnie ze statystykami prawdopodobieństwo straty jest największe właśnie do drugiego trymestru.
      Pozdrawiam.

      • Masz 100% racji ze statystycznie pierwszy trymestr jest najgrozniejszy nawet z badaniami prenatalnymi sie czeka zeby minal odpowiedni tydzien bo wtedy ryzyko poronienia sie zmniejsza. I tak samo sie z toba zgadzam ze im dluzej „dziecko jest z nami” tym bardziej boli. O jednym aniolku dowiedzialam sie juz po zabiegu bo byla to nierozpoznana pozamaciczna, druga ciaze stracilam w pierwszym trymestrze ale od poczatku o ciazy wiedzialam i ta druga boli duzo bardziej. Nie wyobrazam sobie jak cierpia rodzice ktorym dane bylo poczuc ruchy a co dopiero moc przytulic wlasne dziecko a potem je stracic.
        Mnie o tyle bylo latwiej ze pierwsza ciaze przeszlam ksiazkowo i mialam juz cudownego syna kiedy cierpialam z powodu straty i dzis moge nazwac sie spelniona w macierzynstwie bo czwarta ciaza tez byla ksiazkowa. Ale zawsze zostaje tesknota i zastanawianie sie jak by to bylo.

  5. Ja osobiście po miesiącu poinformowałam najbliższych. Z początku nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy, iż jestem w ciąży. To wyszło tak nagle, niespodziewanie..ale teraz każdy jest szczęśliwy.
    Moja mama przez swoje trzy ciąże nikomu z początku nie mówiła o ciąży, dopóki nie było widać. Zawsze bała się, że może coś złego się wydarzyć, a tym bardziej po tym, co ją spotkało przy pierwszej ciąży…
    Pozdrawiam cieplutko!

  6. Hej:) Zgadzam sie z toba,my z mezem w pierwszej ciazy nie mielismy zamiaru mowic absolutnie nikomu,az do 13tyg. Niestety mialam pierwsze plamienia,wiec musielismy powiadomic tesciow ,w razie gdyby trzeba bylo jechac do szpitala,a moj maz byl nieosiagalny. Moja mama dowiedziala sie o pierwszej ciazy i o poronieniu dopiero gdy bylam juz w drugiej. Moj tata nie dowiedzial sie nigdy. Z ta ciaza bylo podobnie,nikt nie mial wiedziec,niestety przypadek losowy zdecydowal,ze znowu musielismy powiadomic tesciow (mialam z nimi odbyc ponad tysiac kilometrowa niezaplanowana podroz samochodem,ktorej lekarz mi kategorycznie zabronil). Dopiero po usg prenatalnym pozwolilam mezowi sie pochwalic,tak wiec wstawil na swoim facebooku zdjecie siebie w koszulce,z napisem „i can’t keep calm,we are having a baby!!!”. I to by bylo na tyle,ja facebooka nie posiadam. Po rodzinie u mnie sie „samo roznioslo”,wiec powiedzialam tylko najblizszym znajomym. Znam jednak duzo osob,ktore oglaszaja to calemu swiatu kilka sekund po zrobieniu testu (moja siostra na przyklad,jak i siostra przyrodnia). Ja nie chcialam mowic,jakos glupio wierzylam,ze nas to uchroni przed niepowodzeniem. Jak talizman. Nie uchronilo. Do dzis pamietam moja rozpacz i poczucie niesprawiedliwosci „one nie musialy sie starac kilka miesiecy,one powiedzialy wszystkim dookola,wiec jakim prawem to nam sie przydarza,przeciez tylko ja bylam ostrozna,za co ta kara?”. Nie wiem jak u ciebie,ale u mnie po poronieniu myslenie bylo dalekie od racjonalnego. Teraz wiem,ze one po prostu mialy szczescie,a ja nie,tak samo jak ja kiedys bede miala wiecej szczescia w czyms innym. Wierze,ze gdzies tam u gory ulozony jest juz caly plan,z ktorym nie warto probowac walczyc. Trzeba go przyjac z pokora.

Odpowiedz na „AniaAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany.