Wsparcie to podstawa

Spread the love

Oszalałabym. Oszalałabym w tej ciąży bez moich ludzi. Pozostawiona sama sobie, bez możliwości wygadania się, wypłakania, bez osób, które wysłuchają moich lęków i po pięciu minutach rozmowy potrafią przełączyć mnie na program pozytywnego myślenia, oszalałabym. Bo zostawiona ze swoimi myślami bez tych wszystkich głosów rozsądku, zamieniłabym ten radosny czas w prawdziwy koszmar.

Tak, „chcę być sama” to zdecydowanie nie moje zdanie. Ja wręcz nie potrafię być sama. Ludzi potrzebuję jak powietrza. Zawsze. Wtedy, kiedy dzieje się dobrze i wtedy, kiedy jest bardzo źle. Nie potrafię sobie wyobrazić, jakbym przeżyła ostatnie kilka miesięcy bez ludzi, którzy mnie otaczają. Bo ludzie to prawdziwy kapitał, w nich należy inwestować.

Moja najlepsza przyjaciółka właśnie dobija do połowy swojej ciąży. Kiedy się o niej dowiedziała, starałam się wpierać ją, jak tylko potrafiłam. Szkoda, że to właśnie mój przypadek sprawił, że martwiła się tak bardzo. No i przyszedł czas na moją ciążę i pierwszą, baaaaardzo bladą kreskę na teście ciążowym. Ponieważ nie chciałam skazywać na to mojego D., postanowiłam wątpliwą przyjemnością wysłuchiwania moich testowych rozterek obdarować właśnie ukochaną przyjaciółkę. I słuchała, słuchała cierpliwie. No i wtedy przyszedł wtorek, kiedy druga kreska na teście przestała być wątpliwa, a stała się faktem. Po przyjeździe do pracy wybrałam numer cierpliwej przyjaciółki. „Halo” w słuchawce nie zabrzmiało, jakby miała dobry początek dnia. „Powiem ci tak…” – zaczęłam. „Z płodnością to my na pewno problemów nie mamy. Mam drugą wyraźną kreskę!” – wyrzuciłam jak z karabinu. „Masz drugą kreskę?!” – no i tutaj głos był zdecydowanie bardziej radosny, zaczął się pisk i nieskrywana radość. I od tamtej pory razem przeżywamy ciąże. Ona swoją, już widoczną, a ja swoją, jeszcze nie potwierdzoną przez lekarza, ale zawsze. Relacje zdajemy sobie codziennie. A bo ją dzisiaj boli głowa, a mi było niedobrze, a ona cieszy się z wielkiego biustu (naprawdę, też bym się cieszyła, jakbym taki miała), a ja zastanawiam się, czy nie przełożyć wizyty. I to jest cudowne. Bo dzięki temu D. nie musi wysłuchiwać o piekących sutkach i wyborze płynu do higieny intymnej dla kobiet w ciąży, a ja nie muszę sama zastanawiać się nad tymi wszystkimi rzeczami.

Na razie o ciąży wie jedynie garstka osób z mojego otoczenia. Nie mam potrzeby mówić o niej wszystkim, jednak chciałam powiedzieć kilku bliskim osobom. Nie uważam, żeby to było złe. Nie wierzę też w zapeszanie. Prawda jest taka, że bez względu na to, co się stanie, i tak powiedziałabym o tym tym ludziom. Bo nie potrafię takich rzeczy trzymać w sobie, nie ukryłabym tego przed osobami, które uważam za  bliskie i godne zaufania. Więc powiedziałam i cieszę się, bo dzięki temu mam wsparcie, a oprócz tego mogłam podzielić się z przyjaciółmi czymś tak dla mnie ważnym.

D. wspiera jak może. Ostatnio mieliśmy kłótnię roku. Tak o, bez konkretnego powodu. Nawet ciężko powiedzieć, o co tak naprawdę poszło, ale poszło. I nie odzywaliśmy się do siebie praktycznie przez trzy dni. To znaczy ja się nie odzywałam a D. coś tam mówił, ale też nie za wiele. Super moment sobie wybraliśmy, naprawdę, fantastyczny. To muszą być hormony. Muszą, bo ja jestem wyjątkowo nie obrażającą się osobą. Powiem swoje i tyle, focha brak. A tym razem foch był, i to konkretny. Przekonana o swej krzywdzie i niesprawiedliwości, jaka spotkała mnie ze strony mego ukochanego, postanowiłam wtorkową noc spędzić w salonie. To pierwsza taka akcja, odkąd ze sobą mieszkamy, a to już ponad dwa lata. D. zaoponował, zaproponował, że on położy się w salonie, jeżeli nie chcę z nim spać i żebym się nie wygłupiała. Podejrzewam, że nawet się ucieszył, bo mam jakąś niebywałą zdolność znajdywania się po jego stronie łóżka już pięć minut po zaśnięciu, więc w końcu chłopak miał szansę się wyspać. Jego propozycję zamiany łóżkami zbyłam obrażonym „Tu mi wygodnie” i zasnęłam. Ostatnio z zasypianiem nie mam żadnych problemów. Kiedy w środę wieczorem postanowiłam kontynuować swoje obrażenie, po kilku samotnych minutach na (w sumie wygodnej) salonowej kanapie, D. przyczłapał do mnie z wyrazem politowania na twarzy. „Chodź do sypialni” – powiedział. „Nie” – w końcu foch zobowiązuje. „No to się posuń. Nie możesz się teraz tak zachowywać, dzieciorek nie może się denerwować, masz w brzuchu naszego szkodnika, musisz być spokojna…posuń się, potrzymam cię za brzuch”. I położył się, i potrzymał. A ja leżąc tak koło mojego podrabianego księcia z bajki stwierdziłam, że to wszystko naprawdę było głupie. I jego zachowanie, i moje. Bo ja nie mogę być teraz bez niego. Ogólnie nie mogę być, a teraz to już szczególnie. Będziemy mieli dzieciorka i ono musi wiedzieć, że mimo, że czasem się pokłócimy, co do jednego jesteśmy zgodni – chcemy go z całego serca. I wspieramy się w tym.

Wszystkie rozmowy ciążowe, troska mamy, sióstr i przyjaciółek – to wszystko jest bardzo potrzebne. Cieszę się, że mam osoby, którym na mnie zależy i które dobrze mi życzą. To aż miło popatrzeć, jak ktoś autentycznie cieszy się z twojego szczęścia. I wspiera cię. Kiedy przeczytałam te wszystkie pozytywne słowa, które napisaliście w komentarzach i wiadomościach, zachciało mi się płakać. Naprawdę. Tyle pozytywnej energii!!! Dziękuję! to pomaga mi myśleć pozytywnie i sprawia, że wierzę w tę ciążę coraz bardziej. Bo wsparcie to podstawa, więc cieszę się nim i doceniam, bo bez niego byłoby mi bardzo ciężko. Może jestem słaba, skoro nie potrafię sobie sama poradzić ze swoimi lękami. Może to źle, że kiedy spotyka mnie coś dobrego, muszę podzielić się tą wiadomością z ludźmi, którzy mnie otaczają. Nie wiem, tak już mam. I nie będę zmieniać, bo skoro to działa i nikogo przy tym nie rani, to dlaczego miałabym się nad tym zastanawiać?

Ciąża to szczególny czas, kiedy cieszysz się i dobrze, kiedy otoczenie cieszy się razem z tobą. Bo to piękny czas. A kiedy dzieje się źle, dobrze mieć naokoło siebie ludzi, którzy pomogą ci wstać. Niestety miałam już okazję przekonać się, jak zachowują się ludzie, kiedy życie się wali. Niestety, bo wolałaby, żeby się nie zawaliło, ale w tym wszystkim mam ogromne szczęście, bo wiem, jakie wspaniałe osoby mam wokół siebie. Takie prawdziwe anioły, które pożyczają ci swoje sprawne skrzydła, gdy twoje chwilowo się połamały. I będę powtarzać to z uporem mianiaka – DZIĘKUJĘ!

10 comments to “Wsparcie to podstawa”
  1. Aniu, trafiłam tu do Ciebie, bo jak każda kobieta po poronieniu, szukałam informacji w sieci. Twoje wpisy były dla mnie lekarstwem, trochę pomogło mi to zrozumieć co się ze mną dzieje. Przeszłam z Twoim blogiem przez wszystkie etapy mojej żałoby. Dziękuję, że pisałaś o tym wszystkim, że ubierałaś w słowa wszystko to co działo się w mojej głowie. Po dłuższej przerwie zajrzałam tu do Ciebie i przeczytałam te radosne wieści. Cieszę się z całego serca 🙂 tak szczerze, normalnie, bez najmniejszego cienia zazdrości 🙂 trzymam za Was mocno kciuki i dużo zdrówka Wam życzę 🙂

    • Przykro mi, że pomogłam Ci akurat w takich okolicznościach, ale jeżeli naprawdę to pomogło, to mi miło. Dziękuję 🙂 Jutro idę na pierwszą wizytę, denerwuję się. Chciałam czekać jak najdłuzej, żeby już było widać serce, ale teraz, im bliżej wizyty, tym bardziej żałuję, że nie poszłam już wczesniej. Przez to, że jeszcze nie widziałam nawet pęcherzyka, zaczynam się zastanawiać, czy coś tam w ogóle jest? I czy to moje dziecko? No nic, pozostaje mi jedynie wytrzymać do jutra, wieczorem wszystko się wyjaśni 🙂

  2. Twoj dzieciorek ma jeszcze taka przyszywana ciotke ktora troche z troska a do tego z cala moca pozytywnej energii mysli o was. Ja do konca pierwszego trymestru staralam sie jak najmniej ludzi wtajemniczac ale szukalam bycia miedzy ludzmi zeby nie byc sam na sam ze swoimi myslami.
    Dziadkow poinformowalam w formie prezentu pod choinke a poczatkiem grudnia powiedzialam starszemu wowczas 5letniemu synowi. I uwierzysz ze moj syneczek poplakal sie ze szczescia! Powiedzielismy mu ze to jeszcze tajemnica (zeby nie zepsul dziadkom niespodzianki) i pozniej dowiedzialam sie w przedszkolu ze mowil ze ma tajemnice ale sie nie wygadal 😉

  3. Witaj Aniu,
    nie wiem jak zacząć żeby było po ludzku.
    Czytam Twojego bloga od początku. Trafiłam do Ciebie, bo sama straciłam dziecko w styczniu tego roku i czytając w maju Twoje wpisy, pocieszałam się, że nie tylko mnie to spotkało. Że jest wiele kobiet przeżywających taką samą tragedię a mimo to ich historie kończą się happy endem. Że moje myśli nie kwalifikują mnie do „wariatkowa”. Z Tobą się śmiałam i płakałam, bo pisałaś tak trochę jakby o mnie. Z niecierpliwością czekałam na kolejne wpisy aż do tego z 15.08. Wróciłam po 2 tyg z wakacji i jak tylko usiadłam wygodnie przed laptopem zaczęłam czytać.
    Było pięknie do momentu gdy nie doszłam do CUDU. Rozpłakałam jak bóbr. Mąż nie mógł mnie uspokoić. Z jednej strony cieszyłam się, że Wam się udało, z drugiej płakałam, bo lada dzień to ja miałam urodzić swoje zdrowe dziecko a nie dalej się starać i biegać po lekarzach, szpitalach i laboratoriach szukając przyczyny braku ciąży a z trzeciej ogarnęła mnie taka zazdrość, że tak łatwo Wam poszło. Obraziłam się na Ciebie. TAK Obraziłam jak mała dziewczynka. Na cały długi tydzień. Nie czytałam nic co wpisałaś. aż do dziś. Obudziłam się przestraszona z myślą, że nie wiem co u Ciebie się dzieje? Czy wszystko w porządku? Jak się czujesz? Poczułam się tak głupio, ze aż musiałam Ci to napisać. Doczytałam wszystkie wpisy z wielkim bananem na gębie.Trzymam za Ciebie i dzieciorka bardzo mocno kciuki. Obiecuję już się nie obrażać. Będę zaglądać i czytać o pierwszych mdłościach, o kopniakach i o Twoich nastrojach. Tym razem będzie wszystko dobrze. Zobaczysz. Wierzę w to z całego serca.
    Marta – wciąż czekająca na swoje dwa blade cienia cienia.
    PS. Foch na D. był mistrzostwem świata 🙂 Dobrze mieć przy sobie takiego księcia.

    • Cześć 🙂 wiesz, rozumiem o jakie uczucie Ci chodzi. Ja się poryczałam jak bóbr na wieść o ciąży mojej najlepszej przyjaciółki, a to naprawdę bliska mi osoba. Cieszyłam się, bo wiedziałam, że na ciążę czekała całe 9 miesięcy, ale tak bardzo przypominało mi to,że mi się nie udało, że mojego dziecka już nie ma. Jak w ogóle inni mogą zachodzić w ciążę, skoro ja w mojej już nie jestem? Ale przeszło mi to szybko. Nie potrafiłam nie cieszyć cię z jej szczęścia. Teraz ona mnie bardzo wspiera w moich lękach, których mam całą głowę. Ciężkie te początki, boję się cieszyć, naprawdę. Teraz czekam na wizytę u lekarza, jestem umówiona na środę, i bardzo się tego boję, to straszne. Boję się tam iść, żeby nie usłyszeć czegoś złego. chciałabym mieć już to za sobą. Trzymam mocno kciuki za Ciebie, żeby już na dniach na teście biały obszar przestał być biały 🙂

    • Nie przejmuj sie „brzydkimi” myslami bo chyba kazda z nas ma. Ja przerobilam to w pracy jak dowiedzialam sie ze kolezanka jest w ciazy. Pierwsze wpadlam do kibla zeby sie wyryczec a potem zadawalam sobie glupie pytania czemu ona a nie ja. Skoro ona taka mloda i dziecko z wpadki. Ale to byl tylko pierwszy odruch dzis widzac ciezarna bardzo gorliwie zycze szczescia bo wiem jak bardzo boli jego brak.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.