Czy po teście ciążowym można się już cieszyć?

Spread the love

„Z tymi wczesnymi ciążami to jest tak, że czasem kobieta nawet nie wie, że w ciąży była, tylko myśli, że jej się okres spóźnił.” Z takim stwierdzeniem spotkałam się już nie raz. I na pewno jest to prawda. Jednak raczej nie dotyczy to kobiet, które świadomie starają się o dziecko i dzień okresu jest dla nich dniem sądnym. Przecież to logiczne, że jak okres się nie pojawi, to taka kobieta nie pomyśli „Hmmm, chyba mi się spóźni, poczekam jeszcze trochę”. Nie! Oczywiście że nie! Zdecydowana większość zrobi test ciążowy, w dzień okresu, albo dzień po. Niektóre nawet nie wytrzymają i tak jak ja, testują już wcześniej. Albo robią wyniki z krwi, bo takie mają zalecenia lekarzy. No i są, dwie kreski są. Beta HCG w krwi i moczu jest. I co teraz? Czy mogę się już cieszyć?

Kiedy w poprzedniej ciąży test pokazał dwie kreski, stałam w łazience przed lustrem i śmiałam się sama do siebie. Udało się nam łatwo, w pierwszym miesiącu starań. Zakładaliśmy, że potrwa to o wiele dłużej, dlatego też na ciążę za bardzo się nie nastawiałam. Mieliśmy jeszcze jechać na wakacje, miało być sto tysięcy innych rzeczy po drodze, a stała się ciąża. I ogromne szczęście. Kiedy już skończyłam się tak głośno uśmiechać w łazience, pobiegłam do salonu, gdzie przy laptopie spokojnie pracował sobie D. Nie wiedział o tym, że robiłam test. Przypuszczam, że nawet nie wiedział, że rano miałam dostać okres. My po prostu przestaliśmy się zabezpieczać i nie rozmawialiśmy o tym. „D.! Ja chyba jestem w ciąży!” – wykrzyczałam drżącym z podniecenia głosem. I teraz reakcja taty, który właśnie usłyszał radosną nowinę – wytrzeszczył oczy, szczęka opadła mu na klawiaturę laptopa i z pełnym zdziwieniem wydusił z siebie: „Pier@#$@lisz?”. Tak, są takie momenty, kiedy naprawdę nie znajdujesz słów, by opisać swą radość…

Cieszyliśmy się wtedy beztrosko. Oczywiście D. podszedł do sprawy z większym rozsądkiem. „Poczekamy na wizytę u lekarza”, „Spokojnie, to jeszcze nic pewnego”, „Luz Ania, luz”. Złościło mnie to wtedy. Cieszyłam się tak bardzo. Skakałam, śmiałam się, trzymałam się za brzuch i patrząc w okno zastanawiałam się, co się teraz we mnie dzieje. Co miałoby być nie tak? Udało się za pierwszym razem, co niby ma być nie tak? Dopiero w poczekalni u ginekologa czułam stres i lęk. Zależało mi tak bardzo. Po pierwszych dwóch wizytach, kiedy wszystko było idealnie, wylatywałam z gabinetu lekarskiego na skrzydłach. Po trzeciej, ostatniej, szłam po korytarzu do wyjścia patrząc w jeden punkt, na recepcji, skupiając swoją uwagę na jednym miejscu, żeby nie wybuchnąć płaczem już tam. I po tej wizycie właśnie zmieniło się to moje radosne patrzenie na ciążę.

Dwie kreski na teście, te wtorkowe, pudrowo-różowe, przywitałam uśmiechem. Już nie trzęsły mi się ręce, jak za pierwszym razem. Czułam coś zupełnie innego. Radość, ale też opanowanie, spokój. Poszłam do sypialni, do śpiącego D., pokazałam mu wynik. Spokojnie, bez krzyku i podniecenia. Popatrzył na test, popatrzył na mnie, uśmiechnął się. „Spokojnie Ania, teraz spokojnie”. Jedynie na schodach, przed wyjściem z kamienicy, pozwoliłam sobie na pełen uśmiech, taki prawdziwy, od ucha, do ucha. Taki, po którym ma się zakwasy na policzkach. W drodze do pracy nie mogliśmy rozmawiać o teście, bo nie jechaliśmy w aucie sami. Kiedy wysadziliśmy koleżankę na przystanku, wyciągnęłam z torebki test, żeby upewnić się, że mi się nie przewidziało. „Jesteś pewna, że to ciąża?” – zapytał D. „Tak, jestem, tylko bardzo wczesna, więc…”. „Rozumiem, spokojnie”.

Po przyjściu do pracy zadzwoniłam do przyjaciółki. Musiałam się z nią podzielić tą informacją. Zaczęła piszczeć przez telefon z radości. „Wiesz, to parę dni przed okresem,  bardzo wczesna”. Napisałam też do siostry. Wszystko na spokojnie, z podkreśleniem za każdym razem, że cieszę się, ale jeszcze nic nie wiadomo. W pracy o dziwo zajęłam się pracą, mimo że kiedyś wydawało mi się, że to nierealne po otrzymaniu takiej nowiny. W pierwszym dniu po zrobieniu testu w poprzedniej ciąży, spędziłam cały dzień w pracy czytając, co dzieje się w piątym tygodniu, na jakim etapie jest dziecko, kiedy iść do lekarza. Istne wariactwo. Teraz nawet o tym nie pomyślałam. Może dlatego, że te strony do 12 tygodnia znam już na pamięć? A może dlatego, że nie chcę cieszyć się tak pełną piersią, bo pamiętam, że w razie niepowodzenia tym gorzej później powrócić do oddychania.

Leżąc wieczorem na łóżku i czytając książkę złapałam się za brzuch. Mój pies patrzył na mnie swoimi wielkimi, wyłupiastymi oczami. D. nie było w domu. Wszędzie cisza. „Co ja robię?” – pomyślałam. Przecież to, że zaszłam w ciążę, to kolejny dar, jaki otrzymałam. Dlaczego mam się nim nie cieszyć? Bo mogę go stracić? Wiem, że mogę. Wiem, że każda ciąża może się skończyć w nieoczekiwanym dla nas momencie, w niewłaściwy sposób. Wiem to wszystko aż za dobrze. Ale czy z tego powodu mam nie czuć radości z cudu, który na mnie spadł?

Kiedy wrócił D., leżałam na łóżku trzymając się za brzuch. „Trochę kłują mnie jajniki” – powiedziałam. D. popatrzył na mnie, położył rękę na mojej ręce i powiedział: „Ania, masz w brzuchu teraz małego dzieciorka. Musisz być spokojna, żeby mógł sobie spokojnie tam zostać i się rozwijać. A ty…” – i tutaj pogroził brzuchowi palcem – „…zachowuj się tam”.

Tak, mam w brzuchu małego dzieciorka. Dzieciorek zaczął się dla mnie już od zobaczenia na teście dwóch kresek. Tak, jest to teraz mała galaretka, prawdopodobnie nawet nie widać by jeszcze było pęcherzyka ciążowego na USG. Ale to nie znaczy, że nie zasługuje na moją radość. Więc postanowiłam się cieszyć i doceniać to, co mam. Fakt, na spokojnie, bez rozgłaszania tego wszystkim dookoła (znajomi nie mają adresu bloga, więc się stąd nie dowiedzą), ale prawdziwie. Nie odbiorę sobie przyjemności cieszenia się z ciąży. Cieszę się nią, bo wiem, że gdyby nie daj Boże coś złego stało się tym razem, takie niecieszenie się wcale nie sprawiłoby, że poczuję się lepiej. Wyciągnęłam książkę o ciąży, którą dostałam od siostry w poprzedniej ciąży. Jest w niej miejsce na notatki, jednak jakoś nie miałam wtedy weny, żeby coś pisać. Myślałam, że zacznę po badaniach prenatalnych. I nie miałam takiej szansy. Z książki wypadły dwa zdjęcia USG, które schowałam tam przed światem. Popatrzyłam na tego mojego gumisiowego żelka, który ode mnie odszedł, pogłaskałam zdjęcie i przełożyłam je w inne miejsce. „Musisz mi wybaczyć” – pomyślałam – „Muszę teraz jak najlepiej zająć się dzieciorkiem, żeby już ze mną zostało”. I zaczęłam pisać. Długopisem. Przemyślenia na koniec pierwszego miesiąca ciąży – „Bardzo się cieszę i mam nadzieję, że ułożyłeś się bezpiecznie w moim brzuchu, tam gdzie trzeba, i zostaniesz we mnie aż do kwietnia”. Więc cieszę się. Bo niecieszenie nic nie zmieni. Bo mimo, że nadzieja przeplata się w mojej głowie z lękiem, to smutek nie sprawi, że będzie lepiej. Bo ja nie mam wpływu na to, co się w najbliższym czasie wydarzy, więc łapię każdą chwilę, która jest mi dana i za każdym razem, kiedy kładziemy się do łóżka już we troje, uśmiecham się.

19 comments on “Czy po teście ciążowym można się już cieszyć?
  1. Aniu! Nie zaglądałam do Ciebie jakiś czas, a tu taki news! Cieszę się, że Wam się tak szybko udało, no i oczywiście gratuluję! Wierzę, że tym razem będzie dobrze, musi być dobrze, choć rozumiem, że trochę stresu będzie na początku

  2. Można a nawet trzeba się cieszyć 🙂 Bo jak się nie cieszyć, kiedy doświadcza się własnego, prywatnego cudu?

    Z własnego doświadczenia powiem Ci, że na 12 tygodniu strach się wcale nie kończy 😉

    • tak podejrzewam 🙂 ale przeżyję swoje strachy, warto przez to przejść 🙂 czytam właśnie Twój blog. Macie naprawdę dzielnego synka. Krwi oddawać aktualnie nie mogę, druga opcja pomocy też odpada, ale od następnego miesiąca postaram się wspierać jak w pkt. 3 – nie mogę wiele, ale ziarnko do ziarnka…Trzymam mocno kciuki za małego zwycięzcę.

      • Wiktor to synek znajomych. Zamieszczam adres bloga pod swoimi wpisami, bo chociaż tyle mogę teraz dla niego zrobić. Im więcej osób będzie wiedziało tym więcej dobrego do niego trafi. Walczą i podziwiam ich walkę 🙂 Niestety póki co wspierać mogę tylko mentalnie stąd rozpowszechniam adres wszędzie gdzie mogę 😉

  3. Poroniłam w zeszłym tygodniu. Dziś przypadkiem trafiłam na Twojego bloga. Przeczytałam wszystkie wpisy, mając wrażenie, że to ja opisuję swoje odczucia i przeżycia. Wszystko było takie podobne – i tydzień ciąży, i ta koszmarna niewiedza, że noszę w sobie dzieciaczka, który już przestał się rozwijać, i doświadczenia ze szpitala, i przeróżne reakcje otoczenia… Fizycznie dochodzę do siebie, psychicznie czuję ogromny smutek, ale jednocześnie gotowość na kolejną próbę. Nie płaczę już co godzinę, choć Twój list do dziecka wycisnął ze mnie morze łez.
    Gratuluję Ci serdecznie i po cichu wierzę, że już niebawem będę mogła zaglądać tu, sama będąc w ciąży 🙂 Trzymam mocno kciuki, karty czlonkowskie klubu 2/3 na pewno na nas czekają 🙂

    • Przykro mi 🙁 Jeżeli tylko czujesz się gotowa, to znaczy, że warto się starać. Każda kobieta wie, co dla niej najlepsze. Ważne to mieć wsparcie partnera. Ja musiałam swoje odczekać, ale było warto. teraz jestem pełna obaw, ale też i radości. Poronienie to straszne przeżycie, tego się nie zapomni, ale z czasem będzie trochę lepiej. Trzymam kciuki za Ciebie, trzymaj się, Ania

  4. Cześć, jestem 2 dni po poronieniu. Potrzebowałam jakiejś otuchy i tak trafiłam na Twój tekst: „Poroniłam- o tym się nie mówi”, tak świetnie wyrażał to co czuję, że zaczęłam czytać inne posty. Aż dotarłam tutaj…ten wpis to światełko w moim tunelu. Dopiero co się w nim znalazłam i jest ciężko. Wiem, że wszystko może być tak jak sobie wymarzyłam ale potrzebuję czasu aby nie tylko wiedzieć ale też i wierzyć. Masz rację, trzeba się cieszyć, bo zamartwianie się nie sprawi, że będzie dobrze. Życzę Ci aby wszystko ułożyło się jak najpiękniej a ja powoli zaczynam iść swoim tunelem. Pozdrawiam serdecznie

    • Cześć. Bardzo mi przykro. Pamiętam, jak było u mnie 2 dni po poronieniu, trzeba to przeżyć po swojemu i dać sobie czas. Z dnia na dzień będzie coraz lepiej. Uwierzysz, może nie w tym tygodniu, może za miesiąc, dwa, ale uwierzysz i będzie dobrze 🙂 aż w końcu zobaczysz swoje 2 kreski i tak jak ja, będziesz się cieszyć swoim szczęściem 🙂 Mam nadzieję, że już do końca szczęśliwej ciąży 🙂

  5. Hej Aniu;) jestes szczesciara,ze nie musialas teraz wyczekiwac miesiacami na kolejna fasolke no i ze umiesz sie cieszyc od poczatku;) to bardzo wazne. Ja bylam w pierwszych tygodniach drugiej ciazy przerazona,dopiero po pewnym czasie troszke sie to uspokoilo. 3mam kciuki za was;)

    • Wiesz, prawda jest taka, że cieszę się, ale też boję, tak na zmianę. Tego chyba nie da się ominąć. Mam nadzieję, że jak minnie już 12 tygodni, to się trochę uspokoję. Staram się sobie czymś zajmować czas, żeby nie myśleć. Ale niestety, mimo że przez większość czasu myślę pozytywnie, czarne myśli też przychodzą. Mam nadzieję, że tym razem wszystko będzie dobrze 🙂

  6. Pewnie ze sie trzeba cieszyc bo wasz dzieciorek zasluguje na to zeby go kochac i wyczekiwac od samego poczatku! Wiesz ze zrobilas wszystko zeby mial pod twoim sercem bezpieczne mieszkanko i teraz bedziesz dbala o niego/nia najbardziej na swiecie wiec trzeba sie cieszyc bo twoj nastroj przeklada sie na warunki w jakich rozwija sie dzidzia.

  7. To piękne co napisałaś. Powinniśmy się cieszyć z kolejnych ciąż. Ostrożnie, ale radośnie. Bardzo Wam gratuluję. Trzymam za Was kciuki i wiem że teraz będzie wszystko pięknie. Mam nadzieję, że mnie też to spotka za chwilę. Buziaki. Ciesz się ile możesz!
    Justyna

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.