Historia pewnych testów ciążowych

Spread the love

Test ciążowy. Domowy sposób na odkrycie własnego cudu. Najlepiej zrobić go dzień po spodziewanej miesiączce, najwcześniej. Co więcej, należy go też dopiero wtedy kupić, bo wcześniejszy zakup grozi niebezpieczeństwem wcześniejszego użycia. No, chyba że masz poukładane w głowie, a nie tak jak ja, poprzewracane.

Pierwszy test ciążowy zrobiłam już w poprzednią sobotę. Mimo, że resztki rozumu, jakie mi zostały, głośno krzyczały „Nie rób tego! Jest za wcześnie!”, postanowiłam nasikać gdzie trzeba i czekać na cud. I czekałam, a gdy po pięciu minutach obszar kontrolny pozostawał nieubłaganie biały, z lekkim politowaniem dla własnej głupoty odłożyłam test do pudełka. Tak, do pudelka, ponieważ nauczona doświadczeniem najlepszej przyjaciółki wiedziałam, że druga kreska może pokazać się nawet po 15 minutach. Po upływie czasu, który dałam testowi, żeby się ogarnął, ponownie ujrzałam biel i stwierdziłam, że jak tak ma wyglądać to moje niewariowanie, to zwariuję. Schowałam test, żeby D. nie widział, że mi odbiło i zajęłam się weekendem. Wieczorem, idąc wyrzucić śmieci, przypomniałam sobie o teście, który teraz mógł już bezpiecznie wylądować w koszu, bez ryzyka zobaczenia go przez tego jedynego normalnego członka rodziny i…hmmm, chyba się ubrudził, nie był tak do końca biały. Nie był też różowy. Pojawił się na nim cień, cień nadziei.

Tak, wiem, że wynik uzyskany po upływie określonego czasu jest niewiarygodny. Ale wyrzucałam też w swoim życiu kilka testów po tzw. „czasie” i cienia na nich nie było. Stwierdziłam, że coś tam jest, ale nie wiem co. Nie chciałam lecieć na badanie krwi, nie chciałam od razu robić drugiego testu. Co ma być, to będzie. Przecież od zrobienia kolejnego testu nie będę bardziej w ciąży, jeżeli w niej jestem. Wszystko na spokojnie. Na szczęście prowadzę aktualnie tryb życia, który nie zaszkodziłby dziecku. Papierosy rzuciłam przed poprzednią ciążą, wróciłam do nich na chwilę po jej zakończeniu, ale zaraz stwierdziłam, że to bez sensu, nie chcę drugi raz rzucać, jeżeli znowu by mi się udało. Od alkoholu potrafię się powstrzymać, narkotyki też tylko w małych ilościach i to tylko co drugi dzień (żart), więc spoko, czy jestem w ciąży, czy też nie, test zrobię w piątek. Wtedy jest ostatni termin dostania okresu, bo u mnie to tak co drugi cykl, raz 28, raz 31 dni i teraz wypadał ten dłuższy. I trzymałam się mocno tego postanowienia, do wtorku. We wtorek rano wybiegłam z łóżka jak tylko zadzwonił budzik. Nawet nie musiałam włączać drzemki, niespotykane. Nasikałam, nakropiłam, odczekałam i…po pół minuty się pojawiła. Tak, to nie był już cień, nie był to zarys, była to różowa kreska w miejscu, gdzie chciałam, żeby była. Blada, bo blada, ale była. Pudrowy róż to piękny kolor. Najpiękniejszy.

„Chyba naprawdę jestem w ciąży, tylko bardzo wczesnej” – powiedziałam do leżącego na łóżku D. pokazując mu mój szczęśliwie zdany test. Uśmiechnął się. Uśmiechnął się tak pięknie…”Tylko spokojnie Ania, musimy teraz być spokojni”. Wychodząc z domu do pracy do moich ust przykleił się bezczelny, radosny banan. Schodząc po schodach zaśmiałam się w głos. „Czy mogę się już cieszyć? Czy to nie za wcześnie?” – myślałam w samochodzie – „Przecież okres dopiero za parę dni, taką ciążę mogę równie dobrze wysikać” – myślałam. Nie, to głupie myślenie. Dlaczego mam zakładać, że będzie źle? Jestem w ciąży, jakkolwiek niewiarygodnie to dla mnie brzmi.

Kolejny test zrobiłam wczoraj, żeby zobaczyć, czy kolejna kreska będzie mocniejsza i w sumie to też po to, żeby upewnić się, że w jakiś sposób nie zniknęła. I pojawiła się, i była mocniejsza. Piękna, cudowna, różowa. Pokazałam ją D., uśmiechnął się po raz drugi. I trzeci. Jest, naprawdę jest. Nadal jest. A okresu nie ma. I niech prez najbliższe dziewięć miesięcy już nie będzie. A właściwie to osiem.

Jestem szczęściwa. Trzy testy ciążowe dodały mi skrzydeł, a właściwie to dwa i pół, bo pierwszy był bardzo dyskusyjny. Ale był. I tak oto siedzę i piszę Wam, jaki cud mnie spotkał. Kolejny i mam nadzieję już tym razem nieprzerwany do właściwego końca. Ja Ania, ja w ciąży…ja Mama.

20 comments on “Historia pewnych testów ciążowych
  1. Wszystko zależy od testu. ja robiłam 3 różnych firm. W jednym w 5 minucie pojawiła się druga leciusieńka kreseczka. na pozostałych po ok 8-10 min. Nie byłam pewna czy to ciąża czy nie, więc zrobiłam badanie krwi. No i byłam.
    Polecam Wam dziewczyny od razu robić badanie krwi. 3 testy z apteki 35 zł i badanie krwi 35 zł a wynik 100% pewny.
    Pozdrawiam!

    • Tez zdecydowalam sie na badanie z krwi bo moj ujemny test ciazowy juz dzis do szkoly chodzi wiec juz pozniej na loterie z testami nie liczylam.

    • Ja akurat nie chciałam iść na krew, bo się bałam, że wariuję, że sobie wkręcam i za bardzo mi zależy. To była pierwsza próba po poronieniu, więc nie chciałam zachować choć pozory spokoju. Fakt, testy są zawodne, tak naprawdę ciążę w 100% potwierdza ginekolog, ale te właśnie testy są chyba najprostszym sposobem, by zobaczyć, czy może jednak coś tam się zadziało 🙂

  2. Jestem tu, bo była tu Iza z krótkiego bloga i o tym napisała… przeczytałam prawie jednym tchem i znalazłam tu siebie, dużo siebie.

    Miałam to nieszczęście, że straciłam dwoje dzieci – w 8/9 tygodniu i 9/10 tygodniu. Mój organizm nie chciał poronić, chociaż też go bardzo prosiłam. Wczoraj zaczęłam 22 tydzień ciąży, to będzie synek – mój malusi ukochany syneczek. Cieszę się, że mogę się przywitać w takiej optymistycznej chwili i już zaczynam trzymać mocno kciuki, żeby ten blog był blogiem kobiety czekającej na swoje dziecko, bo starania idą Wam nadzwyczaj szybko 😉 u mnie czekanie na tą ciążę zajęło przeszło 2 lata…

    Pozdrawiamy – synuś właśnie zasadził mi kopniaka 😉

    • Też mam taką nadzieję 🙂 Izę czytam i podziwiam już od jakiegoś czasu.
      22 tydzień, to już ponad połowa, wspaniale! 🙂 to są pewnie najsłodsze kopniaki po słońcem 🙂 Życzę dużo zdrowia dla Ciebie i synka i dziękuję za odwiedziny na mapie szczęścia. Dla mnie to od poronienia bardzo ważne miejsce i takie też pozostanie przez całą ciążę, o której będę mogła tu spokojnie, mam nadzieję, pisać 🙂 pozdrawiam

      • Przypomniałaś mi komentarzem, że miałam jeszcze napisać o TSH.
        W 2 pierwszych ciążach nie miałam tego badania – obydwaj moi ginekolodzy (do pierwszego przestałam chodzić, kiedy w dniu, w którym powiedział mi, że nie ma akcji serca stwierdził również „proszę nie płakać, to nie koniec świata” itp.), zlecają badania po zakończonym 10tc. Jeśli do tego czasu się dotrwa… Pech chciał, że drugim razem usłyszałam „nie widzę akcji serca” od tego samego lekarza, co za pierwszym razem tylko w szpitalu na izbie przyjęć – po poronieniu przestawiło mi się w głowie – to trwa do tej pory – i każdy najmniejszy przebłysk czegoś powodował panikę i jazdę na pogotowie…
        Wracając do TSH… Kiedy w dniu urodzin męża zrobiłam test ciążowy – zupełnie tak o – i zobaczyłam cień cienia drugiej kreski, jeszcze przed pracą poleciałam do laboratorium i zrobiłam bHCG, TSH i kilka innych badań. Poziom TSH, który zobaczyłam wieczorem w internecie mnie zmroził – 3,838… Pierwszy pomysł – jadę do ciotki, która jest pediatrą, niech coś z tym zrobi. Przyjmowała akurat w szpitalu, w którym miałam pierwszy zabieg. Akurat był też na dyżurze ten sam lekarz. Bez żadnego wahania i zastanawiania się wypisał receptę na eurhyrox 25 i jodid 100.
        Kilka dni później pojechałam do endokrynologa – w końcu specjalista od hormonów. Pani zapytała o przeciwciała – tak, mam – pokazałam kartkę z wynikiem – ok, w porządku. W takim razie jak już pani bierze ten euthyrox to nie będziemy go wycofywać, ale przy takim TSH nic bym nie robiła (!!!) o zgrozo… Powiedziałam jej, że ginekolodzy uważają, że ciężarne i starające się dziecko to poziom TSH max 2.5 – nie powiedziała nic. Po kilku tygodniach pojechałam do niej na kontrolę – popatrzyła na wynik, powiedziała „utrzymujemy dawkę” i podziękowała. Zanim do niej dojechałam, jakiś pajac wjechał mi w tyłek :/ Czwartkowa kontrola – to samo co ostatnio „utrzymujemy dawkę”. W drodze powrotnej wyrzucono pod moje koła kociaka z auta, którego uratowałam. Ale moje nerwy i to co w związku z tym przeżyłam – masakra… Każda z wizyt kontrolnych nie trwała dłużej niż 3 minuty i kosztowała 100 zł, mnóstwo nerwów związanych z samym wyjazdem + zatankowanie auta…
        Jak widzę swoje wyniki to sama umiem sobie powiedzieć, że dawkę należy utrzymać – tej pani już podziękuję…
        Opisałam to, żeby Cię uczulić na TSH, jest szalenie ważne, szczególnie teraz… Rosnący poziom bHCG ma wpływ na TSH, nie daj się odesłać na „drzewo” 🙂

        Jeszcze raz pozdrawiamy i trzymamy kciuki, będę zaglądać i czekać na dobre wieści 🙂

        • No właśnie mój ginekolog jak zobaczył w ciąży mój wynik 3,98 to zalecił konsultację endokrynologiczną. A „ceniony” endokrynolog, do którego poszłam powiedział, żebym nie histeryzowała, tylko zaczęła w kuchni używać soli jodowanej. No i odesłał mnie z kwitkiem. Wizyta trwała 4 minuty, kosztowała 150 zł. Mogłaby zapłacić nawet 500, gdyby właściwie się mną wtedy zaopiekował. Teraz jestem pod stałą opieką innej endokrynolog, ona naprawdę przejęła się moimi wynikami, pierwsza wizyta trwała prawie godzinę, wszystko mi wytłumaczyła. Euthyrox biorę, tylko dawkę 75 po 1/2 tabletki. Teraz przy ciąży włączyłam jeszcze do tego właśnie jodid100, tak jak zaleciła. Mam nadzieję, że tarczyca już mi nie będzie szkodzić. W poniedziałek pójdę na wyniki i wtedy będę wiedziała. Dziękuję za radę 🙂

  3. Jestem z Tobą od samego początku, straciłam ciążę w 12t, w tym czasie kiedy zaczęłaś pisać.
    Właściwie Twój blog sprawił, że udało mi się nie zwariować i wyjść z dołka po poronieniu.
    Każdy wpis jest jak balsam, teraz również staramy się o dziecko, a ja walczę z testem ciążowym, który leży w szufladzie.
    Cieszę się, że wydarzył się CUD i całym sercem jestem przy Tobie. Na pewno wszystko będzie dobrze czego Tobie i sobie życzę.
    Dziękuję, że jesteś.

    • To bardzo ważne dla mnie czytać takie komentarze, aż się wzruszyłam, jak to przeczytałam, naprawdę.Blog mi pomógł poukładać emocje, a jeżeli pomógł też innym kobietom, które doświadczyły tego samego, to tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że założenie go to była dobra decyzja.
      Ja walkę z testem ciążowym przegrałam, więc rozumiem, jak trudno jest się powstrzymać. Będzie dobrze, i u Ciebie i u mnie – musi być!

  4. To mój pierwszy komentarz tutaj, ale trafiłam na Twojego bloga przez onet i przeczytałam wszystkie wpisy, wiele razy uroniłam łzę czytając, ale ten wpis wywołał u mnie potok łez. Tak bardzo ciesze się, że ci sie udało i z całego serca gratuluję!! Trzymam kciuki za ciebie i Twojego maluszka 😉

  5. Trzymam kciuki i mam szczera wiare ze tym razem bedzie wszystko ok. Teraz cie czeka wycieczka do ginekologa i endokrynologa zeby twoja tarczyca w polaczeniu z hormonami ciazowymi nie platala figli. A reszta sie sama ulozy. Zapytaj lekarzy czy w twoim przypadku nie podali by luteiny bo i ja i kolezanka od blizniakow ja dostawalysmy po martwej poprzedniej ciazy choc nie przejmuj sie jesli lekarze uznaja ten lek za zbedny bo kazdy organizm jest inny.
    Bardzo sie ciesze razem z wami 🙂

    • 😀 Asia uwierzysz? Jednak sobie nie wkręcałam, że jakoś dziwnie się czuję. Cieszę się, ostrożnie, ale prawdziwie. W poniedziałek idę na TSH z krwi i jestem umówiona z moją endokrynolog, że do niej zadzwonię i podam wyniki i obierzemy jakiś kierunek działania. Do ginekologa zapisałam się na 28 sierpnia. Na mojej ostatniej wizycie u niego powiedział mi, że jeżeli zajdę w ciążę, to najlepiej zaczekać 2 tygodnie z wizytą, wtedy będzie już więcej widać. Z tą luteiną to właśnie mam zamiar go o to poprosić, dla spokojniejszej głowy, szczególnie że nie znam przyczyny straty. Mam nadzieję, że zostaniesz ze mną na czas ciąży i będziesz mnie uspokajać, jak zawsze 🙂

      • Ja z racji tego ze po wczesniejszych przejsciach mam tylko zbyt male wydzielanie hormonow z jajnikow bralam luteine w drugiej fazie cyklu i po zajsciu mialam brac nadal wiec mialam przerwy tyle co czekalam na wyniki z krwi. A potem przez 3 miesiace. Mialam jej dosc bo to zostawia posmak kredy w ustach (kolezanka to samo mowila) ale warto bylo 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.