Na jaki świat sprowadzamy dziecko

Spread the love

Czarny piątek, 26.06.2015 r. Ponad 50 zabitych w trzech zamachach. A to tylko jeden dzień. Terroryzm. Mimo, że wieści o nim nadal szokują, są jednak coraz mniejszym zaskoczeniem, słyszymy o nim chyba każdego tygodnia. Spójrzmy trochę bliżej – Ukraina. To, co się tam dzieje, jest nie do pomyślenia. Zagrożenie ze strony Rosji, realne czy nie, napędza spiralę strachu. Co jakiś czas temat wraca do rozmów polskich rodzin. Jeszcze bliżej – moja miejscowość. Mężczyzna śmiertelnie ranił swoją partnerkę, ponieważ chciała od niego odejść. Grupa nastolatków pobiła i okradła emeryta. To jest to. To jest świat, w którym żyjemy. Mimo całego jego piękna, on i jego mieszkańcy są okrutni. Czasem o tym myślę. Ja już tu jestem. Kocham moje życie, wbrew wszystkiemu, co dzieje się dookoła. Zazwyczaj czuję się bezpiecznie. Muszę jednak przyznać, że czasami martwię się o to, że chcę w takie miejsce sprowadzić dziecko.

Wychowałam się na wsi. Kiedy byłam mała, w wakacje całe dnie spędzaliśmy na zewnątrz. Wracając do domu w celu napicia się kompotu co parę godzin, meldowaliśmy rodzicom o kolejnych siniakach i biegliśmy dalej. Biegaliśmy całą ekipą po wiosce i wymyślaliśmy przeróżne głupoty. Mój starszy kuzyn specjalizował się w straszeniu dziewczyn porwaniami przez cyganów, złych panów lub przez lokalną obłąkaną kobietę, która (w jego wyobraźni) wykradała małe dzieci z wózków. Opowieści były straszne, ale każdy tak naprawdę lubił ich słuchać. Pamiętam jak raz, bawiąc się nad rzeką, w naszą stronę zaczął się zbliżać nieznajomy. Krzyczał coś do nas i machał rękami. Wszyscy z krzykiem zerwaliśmy się na równe nogi, a że mój dom był najbliżej, do kuchni, w której akurat mama gotowała obiad, wpadła banda dzieciaków krzyczących o goniącym nas zboczeńcu. Nam wydawało się to przerażające jedynie do momentu przekroczenia progu domu. Dom był azylem, bezpiecznym miejscem. Opowiadając o tym mamie, większość z nas już się śmiała. A bo ten wolno biegł, a tamta się potknęła, a ta śmiesznie piszczała. Moja mama jednak nie wydawała się być rozbawiona. Wyszła szybko przed dom zobaczyć, co się dzieje. Nikogo tam jednak nie było. Dobrze pamiętam wyraz jej twarzy. Ona była zatroskana, zmartwiona. Coś, co dla nas było ekscytującą przygodą, dla mojej mamy było niebezpieczeństwem. Sama nie znam jeszcze do końca uczucia strachu o własne dziecko, jednak myślę, że niedługo je poznam. Najgorsze jest to, że tak naprawdę nie ma sposobu, by to dziecko w pełni ochronić. Bo przecież nie zamknę się z nim w szklanej kuli, chroniąc przed całym złem, które nas otacza.

Wojna. Wojny są od zawsze. Co gorsze, to się nigdy nie zmieni. Nie ma czegoś takiego, jak pokój na całym świecie. To się po prostu nie opłaca. Na wojnie się zarabia. A ludzie, którzy przy tym cierpią, to jedynie pochodna. Mam to szczęście, że wojnę znam jedynie z opowieści dziadków i lekcji historii. No i oczywiście z wiadomości. Wojny dzieją się gdzieś tam, daleko. One mnie nie dotyczą. Ale przecież poronienie też mnie nie dotyczyło, dopóki nie nastąpiło. Nie jestem za nakręcaniem spirali strachu, nie wieszczę zajęcia Polski przez Rosję, staram się nie myśleć o tym, na co nie mam wpływu. Kiedy byłam młodsza i myślałam o tym, co by było, gdyby wybuchła u nas wojna, zawsze wyobrażałam sobie ten wszechobecny chaos, brak możliwości szybkiego skontaktowania się z rodziną, zagubienie, dezinformację. Martwiło mnie to, co się stanie z moimi zwierzętami, z kotem, ukochanych psem. Czy one zginą? Czy mama powie nam, by uciekać i nie pozwoli ich zabrać ze sobą? Teraz mam nieco inne myśli. Kiedy myślę o wojnie, nie zastanawiam się, jak bym przed nią uciekała, tylko jak ja i moi bliscy mielibyśmy z nią żyć. Oglądając wiadomości widzimy dzieci skrzywdzone przez wojnę. Nikt nie rodzi się zły, tylko staje się taki przez otoczenie i okoliczności, które nas kształtują. Takie mam zdanie. Niewinne dziecko, które wychowuje się w trakcie wojny…jaką będzie osobą? Czy mimo zabranego dzieciństwa ma ono szansę być szczęśliwym człowiekiem?

Wychodząc z optymistycznego założenia, że wojna osobiście nas nie dotknie, a Polska jest za biedna i ma za małą pomoc socjalną, by sprowadzili się tu grożący islamizacją obcokrajowcy, to czy nadal  moje dziecko będzie wychowywało się w świecie, gdzie pojechanie na zagraniczne wakacje grozi utratą głowy? I to wcale nie trzeba jeździć do krajów arabskich, wystarczy zapragnąć zobaczyć Wieżę Eiffla.  Cytując moją siostrę, która wzięła udział w religijnym sporze pod jednym z postów na Facebooku: „Nawet najszlachetniejsze poglądy są groźne w wykonaniu fanatyków”. Chcemy, by świat szedł w stronę miłości i tolerancji, jednak tolerancja i poprawność polityczna jest dobra, o ile jest stosowana przez ogół, a nie przez wybranych. Bo szybko ci stosujący te poglądy stają się ofiarami agresywnej części tych nietolerancyjnych, dla których jest tylko ich Bóg, tylko ich wiara i tylko ich racja. Świat byłby piękniejszy, gdyby stosowaną najważniejszą religię – miłość. Wtedy nie musiałabym zastanawiać się nad rzeczami, o których właśnie piszę.

„Słoneczko”. Mi ta nazwa kojarzy się z książką, którą czytała w dzieciństwie. A z czym Wam się kojarzy? Coraz częściej chyba z chorą grą seksualną, swego czasu tak popularną wśród nastolatków. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz usłyszałam o tej zabawie pomyślałam „Boże, nie chcę mieć córki”. Zakładam, że nie byłam w tym zbyt oryginalna.  Syna też strach mieć, bo przemoc, znęcanie się, bo wszystkie inne straszne rzeczy, które na niego czyhają. Tak się nie da funkcjonować.  Jednak nie raz przeszła mi przez głowę myśl, że to naprawdę strach mieć teraz dziecko. Mamy taki dostęp do informacji, że właściwie nie ma już rzeczy zakazanych. Mówcie co chcecie, nawet jeszcze kilkanaście lat temu wychowanie dzieci wyglądało zupełnie inaczej. My dłużej mieliśmy szansę na niewinność. Mam wrażenie, że obecnie ten czas się skraca.

To chyba najbardziej naiwny z moich tekstów. Bo co on zmienia? Co on wnosi? Wiadomo, że razem z D. będziemy się starali wychować nasze dziecko na dobrego człowieka. Czy nam się to uda? Przecież nikt tego nie wie. Wiadomo też, że nie zrezygnuję z bycia matką przez strach przed wojną, przez szerzenie się terroryzmu. Gdyby ludzie tak rozumowali, już dawno by nas tu nie było. Gdyby myśleli tak moi rodzice, nigdy bym się nie urodziła. A urodziłam się i żyję, szczęśliwie, w miarę możliwości. Nie zmienia to jednak faktu, że o wiele bardziej te sprawy będą mnie martwić, gdy już nie będę sama, gdy stworzę nowe życie, za które będę odpowiedzialna, które będę musiała chronić. Bo świat, w którym żyjemy, jest naprawdę okrutny i zły. Jest to miejsce pełne ognisk zapalnych, zagrożeń i konfliktów. My mamy z D. swój mały świat, jak każdy z nas. Naszą rolą jest, by on pozostał na tyle dobry i piękny, na ile się da. I o to będę dbała, by z troszkę mniejszym niepokojem ponownie postarać się o dziecko, o nowego człowieka, który będzie w tym naszym miejscu na Ziemi dorastał i funkcjonował.

6 comments to “Na jaki świat sprowadzamy dziecko”
  1. Dlaczego wychowujac dziecko na grzeczne, dobrze uczace sie i schludnie ubrane zaczynam sie zastanawiac czy nie robie mu krzywdy? Zastanawiam sie tez gdzie w tym wszystkim jestesmy my dorosli, jak to jest ze o problemach naszych dzieci dowiadujemy sie jako ostatni. Jak to jest , ze ci dorosli ktorzy doskonale widza ze cos jest nie tak zamiataja sprawe pod dywan?
    Z mojego podworka: mielismy w klasie takiego lobuziaka ktory bil dzieci i niestety dosc czesto to moj starszy obrywal. Nie byly to grozne pobicia ale dlaczego jedno dziecko ma poszturchiwac drugie? No i tu powinna byc rola kadry pedagogicznej ale co ma zrobic dziecko ktore szukajac pomocy slyszy nie skarz! Nikt nie chce dziecku obciachu robic i latac do nauczycieli o kazde szturchniecie ale moja miarka sie przebrala jak w trakcie lekcji zrzucil mojego syna z krzesla (siedzac w zupelnie innej czesci sali) i nauczycielka nie uznala za stosowne nic z tym zrobic mimo ze polala sie krew (co prawda tylko ze zdartego strupka na lokciu) nie zostalam poinformowana ani ja ani rodzice agresora i nauczycielka ograniczyla sie do wyslania dziecka do pielegniarki w celu opatrzenia rany. Wtedy wzielam sprawy w swoje rece i zadzwonilam do rodzicow tamtego dziecka i co uslyszalam? „Przeciez nic sie nie stalo!” No i znowu to dorosli, ktorzy powinni interweniowac zamietli sprawe pod dywan, skoro rodzice twierdza ze nic sie nie stalo to po co cos zmieniac. U nas to jednak nie byl koniec i na nastepny dzien zatrzeslam cala szkola wlacznie z dyrekcja i nie dalo sie juz udawac ze nic zlego sie nie dzieje. Rodzice tamtego chlopca zostali zobligowani do kontaktu z psychologiem i dzis juz nie ma z tym chlopcem wiekszego problemu. Dzieci nie sa zle ale to od nas doroslych zalezy na kogo wyrosna. Reagujmy a nie zamiatajmy spraw pod dywan to moze chociaz ten swiat na naszym podworku bedzie lepszy i bardziej przyjazny naszym dzieciom.

    • Masz zupełną rację, nasze podwórko to własnie świat, w którym wychowuje się nasze dziecko. Znieczulica na złe zachowania uczniów wobec siebie jest ogromna, cała Polska usłyszała ostatnio o wyśmiewanym nastolatku, który popełnił samobójstwo, i przyczynili się do tego rówieśnicy, horror. Dzieci faktycznie nie chcą się skarżyć, żeby nie wyjśc na mięczaków. Syn mojego kuzyna był notorycznie wysmiewany w klasie z powodu swojego nieskiego wzrostu. Jak się póxniej okazało dzieci go popychały, kopały, podstawiały nogi i przezywały. Dzieci były tak okrutne, że praktycznie nie miał szans na normalne relacje w klasie. W końcu postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i oddał kopniaka jednemu z tych wysokich. Pobił się z trójką dzieci na raz, zarobił parę siniaków i wylądował na dywaniku u dyrektora. Co najlepsze, mój kuzyn z zoną zostali wezwani do szskoły, bo rodzice tych wysokich poskarżyli się, że pobito ich dzieci…no i masz, trzech na jednego i oni nie mięli problemu, żeby poskarżyć się rodzicom, że dzieje im się krzywda. Paranoja.

      • Tez ostatnio przerobilam podobna sytuacje ze kolega szturchal mojego syna i nie reagowal na prosby zeby przestal. W koncu synowi wyrwalo sie „odpierdol sie” i tamten sie poplakal i polecial na skarge. I najbardziej dziwi mnie reakcja nauczycieli ze winny jest ten ktory jako ostatni zachowa sie agresywnie a nie ten ktory zaczal :-(.

        • No właśnie, chore.
          A tak z innej beczki – trzymaj za mnie jutro kciuki, bo mam wizytę u endokrynologa i trochę się denerwuję. Wyniki są nie takie, jakbym chciała, a poza tym ja naprawdę nie znoszę chodzić do lekarzy :/

          • Oczywiscie ze trzymam kciuki! Tez nie przepadam za lekarzami ale sie juz nauczylam ze moim lekarzem „najczestszego kontaktu” jest ginekolog i raz do roku mi funduje caly „przeglad techniczny”. I nie jest tak strasznie 😉

  2. Lubię czytać Twój blog, w większości podobają mi sie Twoje poglądy i podejscie do życia. Mam nadzieję, że mimo tego, że Ziemia naprawdę nie jest zbyt przyjaznym miejscem, jednak zdecydujesz się na potomka. Warto 🙂 będziesz fajną mamą, to widać. Będę śledzić Wasze starania z niecierpliwoscią

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.