Bogowie

Spread the love
"Takich obietnic może dotrzymać tylko Bóg… a nie widziałem Go ostatnio ze skalpelem w ręku! Nigdy nie obiecuj rodzinie chorego, że operacja się uda!" Chirurdzy, sezon 1.

Jestem zdrowa. Przynajmniej tak mi się wydaje. Przed ciążą moje doświadczenia ze służbą zdrowia ograniczały się praktycznie do badań okresowych w pracy i dwóch wizyt na SOR z powodu urazu barku oraz urazu szyi. Wszystko było kolorowo, miałam to szczęście, że w większości trafiałam na lekarzy, który wydawali się być żywo zainteresowani moim przypadkiem. Właściwie to do tej pory za wiele od służby zdrowia nie oczekiwałam. Przez ostatnie 10 lat miałam jeden typowy przypadek lekarza oszusta, jeden raz brałam antybiotyk i raz potrzebowałam skierowania do laryngologa. Na tym koniec. Po zajściu w ciążę i po jej stracie, częstotliwość kontaktów ze służbą zdrowia znacznie wzrosła. Co więcej, wzrosły też moje oczekiwania. Już nie patrzę na wizyty lekarskie jak na coś rutynowego. Chcę, żeby lekarze traktowali mnie poważnie. Tu nie chodzi przecież tylko o mnie i o moje chore gardło. Tu chodzi o nowe życie.

Dotychczas moim najgorszym doświadczeniem, jeżeli chodzi o lekarzy, była pewna pani ginekolog, lecząca mnie uparcie ponad 4 lata temu na zapalenie przydatków, którego najprawdopodobniej nigdy nie miałam. Na pierwszej wizycie pani doktor oświadczyła mi, że mam ostry stan zapalny, tyłozgięcie macicy i najprawdopodobniej będę miała ogromne problemy z zajściem w ciążę. Później wizyty co dwa, trzy tygodnie, bez względu na to, czy miałam okres, czy nie, no i ciągłe wieści, że ostatnio już było lepiej, ale znowu coś zaniedbałam i nadal trzeba leczyć. Pani doktor władowała we mnie hormony, po których spuchłam i czułam się okrutnie. Oprócz tego codziennie brałam preparaty, które miały tą moją niekończącą się przypadłość wyleczyć, jednak nie dawały oczekiwanego rezultatu. Po jakimś czasie, kiedy z wizyty na wizytę mój stan nie ulegał zmianie, a pani doktor nie potrafiła odpowiadać na pojawiające się pytania inaczej, niż w sposób sugerujący mi, żebym lepiej nie marudziła, bo jak tego nie wyleczę, to nigdy nie zajdę w ciąży, poszłam na kontrolę do innego lekarza. Jakież było moje zdziwienie gdy dowiedziałam się, że jeżeli kiedykolwiek w ogóle miałam zapalenie przydatków, to już dawno nie ma po nim śladu. Jeszcze bardziej zaskoczona byłam, gdy na pewnym portalu przeczytałam, że schorzenie, którym straszyła mnie moja ginekolog, to jej ulubiona choroba i jest diagnozowane u praktycznie każdej pacjentki, która trafi do jej gabinetu. Na forum oceniającym tego lekarza, przeczytałam wypowiadzi na temat długości i sposobu leczenia. Ta sama przypadłość u 90% kobiet – zapalenie przydatków i tyłozgięcie macicy, no niesamowite. Te same leki, te same dawki, te same sposoby no i ciągłe straszenie niepłodnością. Miałam wtedy 24 lata i wierzyłam tej pani bezwarunkowo. Straszona wizją zamknięcia sobie drogi do macierzyństwa przez zaniedbanie schorzenia, codziennie naświetlałam brzuch lampą na podczerwień i używałam plastrów borowinowych. Codziennie o tej samej godzinie przyjmowałam zalecaną dawkę hormonów, a to wszystko tylko dlatego, że pani doktor znalazła u mnie przewlekłą chorobę, na której mogła przewlekle zarabiać. Wykorzystując swój tytuł, moją niewiedzę i zaufanie, opowiadała mi o grożącej niepłodności. Jak tak można? W tej sytuacji dla mnie kluczowy jest jeden fakt – totalny brak etyki. Idąc do lekarza oczekujemy pomocy, a nie wykorzystania niewiedzy. Wiadomo, że nie dałabym się nabrać, gdybym ukończyła studia medyczne, jednak nie posiadam takiego dyplomu. Co więcej, zbyt dużej wiedzy też nie posiadam. Muszę ufać, że diagnoza postawiona przez lekarza jest trafna, a leczenie odpowiednio dobrane. To naprawdę frustrujące, że nasze zdrowie, coś tak ważnego i jedynego, musimy powierzać lekarzom na tzw. „czuja”, nie mając pewności, że nie wykorzystają swojej pozycji i nam nie zaszkodzą. W późniejszym czasie spotkałam jeszcze parę kobiet, kore trafiły na tego lekarza. Schemat się powtarzał, każda słyszała to samo. Dlaczego tej pani udaje się nabrać tak dużą ilość osób? Ponieważ w większości przypadków, gdy kobieta słyszy od swojego ginekologa, że jeżeli nie posłucha, to nigdy nie zostanie mamą, to nie dyskutuje, tylko robi wszystko, żeby tak się nie stało.

Kiedy pierwszy raz poszłam do mojego obecnego ginekologa, zrobił na mnie dość dziwne wrażenie. Patrzył na mnie tak, jakby zadawane przeze mnie pytania były tak oczywiste, że w ogóle jak można tego nie wiedzieć. W zasadzie był sympatyczny, odpowiadał cierpliwie, jednak czułam się jak na niedoinformowane dziecko. Kiedy zaszłam w ciążę postanowiłam, że to on będzie ją prowadził. Na wizytach kontrolnych spokojnie informował mnie o wszystkich istotnych sprawach. Na niektóre pytania nadal odpowiadał z miną typu „naprawdę tego nie wiesz?”, ale koniec końców z gabinetu wychodziłam w pełni zaspokojona, jakkolwiek to brzmi w odniesieniu do faktu, że mówimy tu o ginekologu. Kiedy powiedział mi o braku tętna dziecka, również był spokojny. Mówił o tym, że to częste, tłumaczył jakie mogą być tego przyczyny, no i że nie musi to wpływać na kolejną ciążę. W szpitalu spokojnie informował mnie o tym, co będzie robił, ile to może potrwać, jakie mogą być tego konsekwencje. Później spokojnie, w ciszy, wykonał zabieg łyżeczkowania, a później ze stoickim spokojem znosił moje dość częste wizyty w jego gabinecie. Tak, ze strony mojego ginekologa zostałam obdarzona pełnym spokojem. Mam wrażenie, że również zrozumieniem i empatią. Mogę powiedzieć, że potraktował mnie z powagą, od początku do końca. Zachowywał się stosownie do sytuacji, niezależnie od tego, czy pokazywał mi bijące serce mojego dziecka, czy mówił mi o tym, że bić przestało. To ważne, żeby mieć takiego lekarza. Przy doborze ginekologa, który ma prowadzić naszą ciążę, musimy kierować się przede wszystkim tym, jakie robi na nas wrażenie, jak się przy nim czujemy i czy darzymy go pełnym zaufaniem. Bo przecież nie jesteśmy ginekologami. Nie wiemy, czy to, co on mówi, jest prawdą. Nie wiemy, czy przepisywane leki pomogą, czy kolejne badania nie zaszkodzą. Musimy ufać, że nasz lekarz w porę zauważy nieprawidłowości, jeżeli takie się pojawią i będzie potrafił na nie właściwie zareagować. Decydując się na wybór ginekologa musimy pamiętać, że tak naprawdę powierzamy w jego ręce życie nasze i naszego dziecka. Musimy być pewne, że ten człowiek zrobi wszystko co w jego mocy, żeby było dobrze. Musimy też pamiętać, że są sytuacje, w których nic zrobić się nie da.

Patrząc z drugiej strony, często zastanawiam się, jak silną psychikę musi mieć taki lekarz. W poczekalni przed wizytą, na której dowiedziałam się o braku tętna dziecka, w kolejce za mną siedziała kobieta z dość pokaźnym ciążowym brzuchem. Co za tym idzie, 5 minut po tym, jak lekarz ze smutną miną mówił mi o tym, że straciłam swoje dziecko, informował tamtą panią, że wszystko jest w porządku i cieszył się z nią jej cudownym skarbem.  Mój zabieg łyżeczkowania w szpitalu był wykonywany między dwoma cesarskimi cięciami. To znaczy, że na przemian lekarz uczestniczył w czymś tak pięknym, jak poród, z czymś tak okrutnym, jak poronienie. I każdemu z pacjentów okazywał przy tym właściwe emocje. I tak w kółko. Co więcej, po wyłyżeczkowaniu kilku kobiet dziennie, wraca do domu i zajmuje się swoją rodziną, odcina się od tego wszystkiego, co go otacza. Tak przynajmniej myślę, bo jak inaczej wykonywać ten zawód? Nie można być nieczułym, jednak nie można też identyfikować się z każdym przypadkiem. To tyczy się wszystkich – ginekologów, pediatrów, chirurgów. Ci ludzie oglądają codziennie nasze prywatne tragedie. Może to sprawia, że wydają się być obojętni? Ale czy da się tak zupełnie odciąć? Moja ciocia, która była pediatrą mówiła, że na trzytygodniowym urlopie, tak naprawdę odpoczywała jedynie przez tydzień. Przez pierwsze siedem dni zastanawiała się jeszcze, jak się czują dzieci, które zostawiła w szpitalu, czy Jaś przestał wymiotować, a Małgosi spadła temperatura. W drugim tygodniu był faktyczny odpoczynek, mózg się resetował. Na kilka dni przed powrotem, myśli o pacjentach wracały. I tak co roku. Myślę, że to nieuniknione. Nie wiem, czy potrafiłabym tak funkcjonować. To za ciężkie. Nasi lekarze to są zwykli ludzie, którzy posiedli wiedzę, przez którą patrzymy na nich, jak na istoty nadludzkie. Fakt, niektórzy z nich tak właśnie się zachowują. A nie powinni. Bo jak później taki lekarz-Bóg wytłumaczy pacjentowi, że już nic się nie da zrobić. Przecież prawdziwy Bóg by zrobił. Idąc dalej, jak taki Bóg w białym kitlu wytłumaczy pomyłkę lekarską lub przeoczenie. Przecież Bóg się nie myli, prawda? A lekarze owszem, niestety, jak każdy człowiek. Tyle, że ich pomyłki mogą mieć najstraszniejsze konsekwencje. Jeżeli ja pomylę się w swojej pracy, w najgorszym wypadku ją stracę, jeżeli pomyli się lekarz, jakiś człowiek może stracić życie.

Na swojej drodze spotkałam już boski rodzaj lekarza. Młody, nieomylny, dumny z tego, do czego doszedł. Z pozoru sympatyczny, ale jednak zarozumiały. Kiedy zapisał mi w ciąży na gardło tabletki, których jak się później okazało w ciąży brać się nie powinno, miałam ochotę wrócić do jego gabinetu i go znokautować. Nie dość, że nawet mnie nie zbadał, to jeszcze zapisał mi lek, którego nie powinien, mając wiedzę, że spodziewam się dziecka. Nie wspominając już o tym, że lek ten został przez niego wyszukany w smartfonie, w jakiejś tabeli, którą wnikliwie analizował. Siedział przez całą wizytę na swoim skórzanym fotelu i trzymał dłonie w „piramidkę”. Co śmieszniejsze, w poprzednim tygodniu zapisałam się do lekarza, ponieważ chciałam skierowanie do alergologa. Oprócz tego chciałam zapytać, jakie środki mogę brać do czasu umówienia się na konsultację alergologiczną, skoro niedługo będę się starać o dziecko. Wyobraźcie sobie, jak bardzo ucieszyłam się, gdy wchodząc do gabinetu zobaczyłam pana od nieszczęsnych tabletek. Stwierdziłam, że nie będę poruszać tego tematu, szkoda dyskutować. Powiedziałam tylko, że proszę o skierowanie do poradni alergologicznej, ponieważ kilka razy w ciągu dnia mam ataki kichania i wodnistego kataru. O rodzaje tabletek na alergię, które można brać w ciąży w ogóle nie zapytałam, bo jakoś nie potrafiłam się kolejny raz zdobyć na zaufanie do tego człowieka. Podczas wizyty rozpoczęła się dość ciekawa rozmowa. Na pytanie, kiedy objawy są najbardziej nasilone, powtórzyłam, że w ciągu dnia, na przykład rano, kiedy jadę do pracy, na co pan doktor odpowiedział, że może mam jakieś nowe zwierzę w domu, albo długo niezmienianą pościel, bo skoro objawy występują w nocy, to na pewno uczula mnie coś w domu. No i masz, niepodważalny dowód na to, jak bardzo ten lekarz skupia się na pacjentach. Ja to nazwisko już zapamiętałam, już więcej do niego pójdę, choćby w całym mieście nie było innego lekarza. Tylko wytłumaczcie mi, jak to się dzieje, że tacy ludzie przyjmują w publicznych ośrodkach? Przecież każdy może na niego trafić. Jeżeli jesteś lekarzem i nie jesteś pewien co można, a czego nie można, to nie udzielaj pacjentowi porad znalezionych przez aplikację w smartfonie. W moim przypadku były to tylko tabletki na gardło, których i tak nie wykupiłam, co jednak jeśli będzie chodziło o antybiotyk?

Kolejny przystanek – endokrynolog. Na konsultacji z cenionym profesorem podczas ciąży dowiedziałam się, że wszystko jest prawidłowo. „TSH w wysokości 3,98 to nie problem i przyjmuj dziecko jod.” Pan doktor pomacał moje gardło, co przypuszczalnie służyło sprawdzeniu, czy tarczyca nie jest powiększona i podzielił się ze mną informacją, że przyjmuje również w mieście, w którym pracuję i mogę tam umawiać się z nim na wizyty. Za tą niezwykle wnikliwą analizę mojego przypadku, która trwała około 4,5 minuty, zapłaciłam 150 złotych. I następny proszę. Nie podważam kompetencji tego lekarza, w końcu profesorem nie zostaje każdy. Ten pan publikuje, jest chwalony przez wielu pacjentów, jednak mnie najzwyczajniej w świecie zlekceważył. Dzwoniłam jeszcze do jednej pani endokrynolog. Umówiłam się z nią na wizytę i poprosiłam, żeby powiedziała mi, jakie wyniki mam ze sobą przynieść. Pani doktor poinformowała mnie, że nie mam ze sobą nic przynosić, porozmawiamy na miejscu, a wizyta kosztuje 150 złotych. Później w Internecie przeczytałam, że na pierwszej wizycie u tej pani, która trwa zazwyczaj około 5 minut, pacjent dowiaduje się jedynie, jakie badania ma wykonać na następną wizytę. Czyli prościej mówiąc, informacja o którą prosiłam przez telefon, u tej pani kosztuje 150 złotych. Ja rozumiem, że za czyjąś wiedzę się płaci i nikt nie będzie mnie leczył za darmo, ale błagam, trochę umiaru ludzie, trochę umiaru. Po długich poszukiwaniach, w końcu trafiłam na endokrynolog, która nie zlekceważyła mojego przypadku. Rozmowa telefoniczna z tą panią, podczas której umawiałam się na pierwszą wizytę, trwała o wiele dłużej, niż spotkanie z panem profesorem. Dowiedziałam się przede wszystkim, jakie badania mam wykonać, co wziąć na wizytę i oczywiście zapytała, jakie były moje dotychczasowe wyniki. Pani doktor powiedziała, że tak wahające się TSH należy leczyć, że mam przestać brać jod, żeby mieć obraz tarczycy bez wspomagania, i że trzeba przyszykować się na koszt pierwszej wizyty 200 złotych, jednak będzie ona trwała około godziny i zostanie na miejscu w tej cenie zrobione USG. Po skończeniu rozmowy poczułam ulgę. Nareszcie ktoś ze mną porozmawiał. W końcu rozmowa nie skończyła się na tym, że mam nie panikować, bo nie przekraczam norm. Uważam się za osobę w miarę inteligentą i naprawdę sama potrafię odczytać, że mieszczę się w widełkach, ale co z tego, skoro do przekroczenia górnej granicy brakuje mi jedynie 0,2? Nareszcie nie czułam się jak wariatka, doszukująca się niepotrzebnie problemu. Bo gdzie mam szukać odpowiedzi, jak nie u specjalistów? Dlaczego idąc do lekarza muszę się tłumaczyć, że nie histeryzuję, po prostu wyniki są niepokojące i chcę zostać należycie przebadana? Tajemna wiedza, jaką posiadają lekarze, daje im tę przewagę, że tak naprawdę mogą traktować nas z góry, lekceważąco, i tak jesteśmy uzależnieni od tego, w jaki sposób się nami zajmą.

O przeróżnych zachowaniach służby zdrowia na całym świecie krążą legendy. Patrząc na lekarzy na obchodzie w szpitalu po zabiegu widziałam, jak się oni zachowują. Od niektórych wręcz bije ta boskość, ta butność. Niektórzy są jednak zwyczajni, sympatyczni. Nie trzeba być zarozumiałym, jeżeli jest się dobrym fachowcem. Nie trzeba traktować pacjenta z góry, jak robaka, tylko dlatego, że wie się więcej. Nie można kazać komuś stosować jakiegoś leczenia, jeżeli nie ma się co do niego pewności. Nie można nie udzielać pacjentom informacji tylko dlatego, że z punktu widzenia lekarza są one mało istotne. Tu chodzi o nasze ciało, o nasze życie. Lekarz nie może dać nam gwarancji, że wszystko będzie dobrze, to może zrobić jedynie Bóg. Powinien jednak dać nam poczucie bezpieczeństwa. Nie mamy wyboru, musimy oddawać w ich ręce nasze zdrowie. Szczęście ma ten pacjent, który trafi do lekarza z powołania, do specjalisty, który nie zatracił się w swojej wielkości i mądrości, który nie zapomniał, po co zostaje się lekarzem, jaka jest ich misja. Po pierwsze nie szkodzić. Wybierając kogoś, kto ma nas leczyć, chcemy być pewni jego kompetencji. Sprawdzamy je np. w Internecie, czytając opinie innych pacjentów. Ja dodatkowo oceniam jednak jeszcze jedno, podejście do pacjenta. Należy bowiem pamiętać, że co by się nie działo, lekarz może nas skrzywdzić również przez swoje podejście do przypadku. Dlatego zawsze powtarzam jedno –  ja nie potrzebuję lekarza Boga, potrzebuję lekarza człowieka.

4 comments to “Bogowie”
  1. Mialam to szczescie ze trafilam na ginekologa-czlowieka, ktory jak nie bylo tetna kiedy juz powinno siie pojawic nie wydawal wyroku tylko kazal powtorzyc badanie za pare dni zeby miec pewnosc. Kiedy po zabiegu w szpitalu przez 3 miesiace krwawilam i to obficie nie bylo problemu ze nie mial juz wolnych terminow bywalo i tak ze bylam u niego 2 razy w tygodniu. A kiedy doszedl do wniosku ze nie wie dlaczego krwawie bo wszelkie badania sa w normie to nie usilowal udawac madrzejszego niz byl tylko wypisal skierowanie na konsultacje w szpitalu.
    Potem prowadzil ciaze z moim mlodszym i tez bez zadnego problemu wypisal skierowanie na usg w klinice jak byly jakiekolwiek watpliwosci. Nie byl jakos szczegolnie wylewny ale wszelkie na pytania dostawalam jasne odpowiedzi. Kiedy wahalam sie czy zaryzykowac amniopunkcje rzeczowo wyjasnil jak duze jest ryzyko choroby u mojego dziecka i nie zajal stanowiska ale pomogl podjac decyzje.
    Czulam sie u niego komfortowo, z racji tego co razem przeszlismy (przede wszystkim po poronieniu) nie bylam jedna z wielu anonimowych pacjentek ktore przy kazdej wizycie musza lekarzowi streszczac co i jak az na jednej z wizyt pan doktor przekazal mi ze dyrekcja podjela decyzje ze nie wolno im prowadzic ciaz wysokiego ryzyka bo od tego jest klinika. Napisalam odwolanie od tej decyzji gdzie zaznaczalam ze mimo ze pan doktor prowadzi moja ciaze to na usg jestem przez niego kierowana do kliniki odpisano mi urzedowe ble ble ble i kazano spadac do kliniki. Na nastepnej wizycie przekazalam doktorowi ta odpowiedz i odnioslam wrazenie ze on tez chcialby doprowadzic moja ciaze do szczesliwego konca. Mimo wszystko umowilam sie na kolejna wizyte ale juz na nia nie dotarlam zadzwonilam tylko zeby ja odwolac i zeby przekazano doktorowi ze male mamuciatko postanowilo wyjsc 2 tygodnie wczesniej ;-).
    Tym sposobem ciaze mi prowadzil lekarz-czlowiek ale za urzedniczym biurkiem siedzial jakis kretyn ktory nie umial zrozumiec ze spokoj i zaufanie do lekarza to jest cos bardziej potrzebne niz najlepsza klinika.

  2. Bardzo dobrze ujęłaś oczekiwania pacjentów! wchodząc do gabinetu oczekujemy zobaczyć tam człowieka 🙂
    Kiedyś miałam problem z barkiem. Lekarz zlecił mi prześwietlenie i usg. Z wynikiem poszłam do innego ortopedy, gdyż tego który mnie skierował miało nie być dłuższy czas. Nowy ortopedia stwierdził, że nic nie widzi w wynikach badań. Nawet do mnie nie wstał, żeby sprawdzić jak ruchomość ręki, a tak naprawdę nie mogłam nią ruszać. Zapytałam „więc dlaczego mnie boli?” on na to ” przecież to ciebie boli a nie mnie, to dlaczego ja mam wiedzieć”. 1 od kiedy jesteśmy na „TY” 2 chyba jesteś lekarzem! Jednak byłam w takim szoku i tak wymęczona bólem, że wyszłam z płaczem z gabinetu (zdarzyło mi się to pierwszy i ostatni raz w życiu). Sprawdziłam go później w necie i to jego tekst na każdą okazję kiedy nie wie co zrobić :/

    • Wiesz, ja kiedyś ogólnie czułam dość duży stres przed każdą wizytą u lekarza, bo miałam wrażenie, że niektórzy z góry patrzą na mnie jak na symulantkę. Z mówieniem na „ty” też się spotkałam, m.in. u endokrynologa, który mówił mi również per „dziecko” i ogólnie mnie olał. Straszne to jest, ponieważ do lekarza idziemy z nadzieją, że potraktuje nas i nasz problem poważnie. Jeżeli chodzsi o ciążę, to rozumiem, że lakrze muszą zachowywać zdrowy rozsądek, bo młode mamy często zamartwiają się na zapas i pytają o rzeczy opczywiste (wiem na własnym przykładzie), jednak jest to tak szczególny okres i chodzi o coś tak ważnego, o małego człowieka, że naprawdę mogliby niektórzy wykazywać się wiekszym zrozumieniem.
      Ja często korzystam z portalu http://www.znanylekarz.pl i w większości przypadków opinie pacjentów pokrywają się z moimi doświadczeniami. Teraz przed pójsciem do specjalisty zawsze o nim czytam, przynajmniej wiem, na co mogę być gotowa.

      • Ja też nigdy nie byłam stała bywalczynią lekarskich gabinetów jak już z czymś szłam to liczyłam na poważne podejście, ale jak widać jest różnie. Od spotkania z tym ortopedą też zawsze sprawdzam lekarzy i w tej=n sposób znalazłam moją ginekolog, z której jestem naprawdę zadowolona. Naprawdę warto sprawdzić lekarza zanim się do niego pójdzie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.