D., mój podrobiony książę z bajki, a przyszły ojciec moich dzieci

Spread the love

Mówi się, że kobiety szukając partnera, wybierają podświadomie egzemplarze, które według nich mają mocne geny. Oglądałam kiedyś program, w którym naukowcy tłumaczyli, że w dni płodne podobają nam się mężczyźni o mocniejszych rysach, a po owulacji o łagodniejszych. Kiedy już wybierzemy partnera, a jego wygląd pozostaje niezmienny bez względu na to, w której fazie cyklu aktualnie jesteśmy, to podczas owulacji zwracamy w nim uwagę na wszystko, co świadczy o jego niesamowitej męskości. Jest to spowodowane tym, że tak naprawdę instynktownie szukamy dobrego materiału na ojca naszych dzieci. Ma być zdrowy, żeby dziecko było zdrowe, ma być silny, żeby nas bronić i zaradny, żeby z nim przeżyć w tym strasznym świecie. Z naturą nie wygrasz. Patrząc czasem na mojego D., zastanawiam się, czy moja podświadomość kierowała się tym samym. Mocne rysy ma, to mu trzeba przyznać. Wysportowany, więc wygląda zdrowo. Silny…no nie jest to facet, którego przestraszyłabyś się idąc ciemną ulicą. Nie ten wzrost, nie ta postura, ale co trzeba, to podnosi. Zaradny, tak, owszem, ale też niemiłosiernie, wprost nieprzyzwoicie  i przede wszystkim nieustannie nieogarnięty. Tak patrzę czasem na niego, na to co robi, czego nie robi, jak się zachowuje, i tak sobie myślę „Ty moja podświadomościo, coś ty mi wybrała?”

Mój książę z bajki jechał do mnie na białym rumaku. Droga była długa i kręta, ale że był on silny i nieustraszony, no i oczywiście bezwarunkowo we mnie zakochany, nie rezygnował. Bezsprzecznie przystojny, inteligenty, pracowity, dobrze wychowany, bogaty, istny ideał. Jechał i jechał, długie lata. W końcu na horyzoncie ujrzał mój dom. Ucieszył się niezmiernie. Przyspieszył konia, spragniony mego widoku, wyszczerzył zęby w książęcym uśmiechu, poprawił swoje gęste, zmierzwione włosy, sprawdził, czy ubranie się nie pomięło, wziął do ust miętówkę i…nagle zrobiło się ciemno. Nie wiem, jak było dokładnie, mogę mieć jedynie przypuszczenia. W krzakach przed moim domem czaił się D. Czekał na tego nieustraszonego, idealnego księcia, i jak ten już prawie do mnie dotarł, walnął go obuchem w łeb. Następnie zaciągnął go do lasu, zabrał mu ubranie, konia i miętówki i zapukał do mych drzwi. W ten oto sposób, mój podrabiany książę z bajki na stałe zagościł w moim życiu. Na pierwszy rzut oka łatwo było się nabrać, jednak są takie dni…

Zacznijmy od wspólnego mieszkania i podziału obowiązków domowych. Może na pierwszy rzut oka nie ma to nic wspólnego z tym, jakim ojcem będzie mój ukochany, ale dzięki temu łatwiej mi będzie pokazać, na jakie sytuacje musi się szykować nasze przyszłe dziecko. Gotowanie. D. umie gotować, ale robi to sporadycznie. Trzeba mu przyznać, że ma swoje popisowe dania, które są nie do podrobienia. Takich dań jest około cztery, plus kanapki, więc z głodu by nie umarł. W naszym domu jednak częściej gotuję ja. Powiedzmy, że mam do zaproponowania większą gamę potraw, które mi wychodzą. Tak więc D., raz na jakiś czas, zabiera się za obiad. Powiedzmy raz na miesiąc. Obiad jest oczywiście przepyszny. Muszę podkreślić, że mój wybranek przy gotowaniu od razu sprząta, więc po przygotowanym przez niego posiłku nie muszę przez trzy godziny czyścić kuchni. Obiad zjedzony, ja zadowolona, przychodzi następny dzień, po tym cudownym wydarzeniu i obiad gotuję ja. I wtedy się zaczyna. „Kochanie, nie mamy już mąki?” „Mamy, tylko teraz leży obok herbaty.” Aha, no dobra, nie wiem niby po co, to trochę daleko, ale ok. Lecimy dalej. „A gdzie są miski?” „W komodzie, bo mi tu przeszkadzały” (Dla niewtajemniczonych – miski, których używam codziennie do gotowania, z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu wylądowały w komodzie, która stoi w innym pomieszczeniu – logiczne.) Ale to takie drobiazgi. Kiedyś podczas gotowania D. wpadł na pomysł, żeby do pudełka, w którym zawsze stał cukier, wsypać sól. Tylko mi o tym zapomniał powiedzieć. Ale do brzegu. Zmierzam do tego, że za każdym razem, kiedy D. urzęduje w kuchni, czyli jakieś 12 razy w roku, mogę być pewna, że miejsce położenia naczyń, sztućców, przypraw, produktów itd., itp., zostanie zmienione. Za każdym razem, kiedy wkurzona, bo szukanie tych przedmiotów w trakcie gotowania zajmuje mi dwa razy więcej czasu, w odpowiedzi na moje marudzenie słyszę: „Ania, ja też używam tej kuchni, nie musi być w niej wszystko tak, jak tobie jest wygodnie. Pamiętaj, że ja też tu gotuję.” Tak, to zachowanie świadczy o tym, że wybrałam sobie prawdziwego samca alfa. Musi być po jego myśli, choćby te 12 razy w roku. Jeżeli chodzi o sprzątanie, to tutaj D. to istny przodownik pracy, jak już się do sprzątania zabierze. W naszym związku wygląda to tak: ja jestem większą bałaganiarą, jednak blaty i wszystkie inne powierzchnie lubię mieć czyste, D. bardziej odkłada rzeczy na miejsce, jednak ścieranie kurzy i czyszczenie kafelków to na co dzień nieznana dziedzina. Jakiś czas temu postanowiliśmy, że czwartki to nasz dzień sprzątania. Dzięki temu mamy spokój na weekend. Po pracy, kiedy około 18:30 kończymy jeść późny obiad, zabieramy się do porządków. Zazwyczaj wygląda to tak, że umawiamy się, że ja posprzątam i wszystko wyczyszczę, a on na koniec ogarnie podłogi. I to działa. Kiedy jednak przychodzą dni, że D. pomaga mi w całości, w domu dzieją się cuda. Ostatni raz, kiedy na to pozwoliłam, rozkręcił całą szafkę, umywalkę i kran w łazience. Przecież jak coś robić, to porządnie, a wydawało mu się, że coś jest nie tak z jakąś uszczelką. Po rozkręceniu kranu i umywalki stwierdził, że przy okazji dokładnie wyczyści szafkę, co do jednej śrubki. Dodam, że zakręcił przy tym wodę w całym mieszkaniu, miałam więc utrudnione zadanie, sprzątając w tym samym czasie kuchnię. Nie byłoby to jeszcze takie złe, gdyby nie fakt, że okazało się, że my wcale nie mamy w domu uszczelki na wymianę, więc skończyło się to wyprawą do sklepu. A wejście przez mojego D. do sklepu pełnego rurek, śrubek, uszczelek, młotków i tym podobnych, bynajmniej nie kończy się szybkim jego opuszczeniem. No bo przecież jak już w głowie włączył się majsterkowicz, to się tak łatwo nie wyłączy, szczególnie w takim miejscu. 40 minut później, z zakupioną uszczelką, bohater w swoim domu wraca i ratuje sytuację. Łazienka jest cała mokra, wygląda o wiele gorzej niż przed sprzątaniem, ale przynajmniej mamy nową uszczelkę i czystą szafkę. I tak za każdym razem. Nie żartuję. Czy ktoś się jeszcze dziwi, że wolę sprzątać sama? Już nie wspomnę, że tak poza tym czwartkiem, to w opinii mojego D., mieszkanie czyści się samo. Toaleta  i umywalka w łazience w tygodniu w ogóle się nie brudzą, albo nieświadomie w promocji kupiliśmy po prostu wersje samoczyszczące się, jak w Simsach. Pranie. D. umie używać pralki, jednak ma bezwzględny zakaz prania moich rzeczy. Nie muszę chyba tłumaczyć dlaczego i jak wyglądają niektóre moje białe bluzki po tym, jak się kiedyś do nich dorwał. Patrząc na to wszystko zastanawiam się, jak to wszystko będzie wyglądać, kiedy to tej ogromnej ilości obowiązków domowych, jakie ma mój D., dojdzie jeszcze dziecko? Całe szczęście, mój ukochany lubi spacery.

Wspólne spędzanie czasu. Lubimy to robić. Tak naprawdę to z D. mogę siedzieć w domu i się nudzić, a i tak jakoś tak się dobrze bawię. Nie jesteśmy jednak nadmiernymi domatorami. Wieczorne wyjścia zdarzają się często. Liczę się z tym, że kiedy znowu zajdę w ciążę i szczęśliwie urodzę dziecko, dla mnie na jakiś czas się one skończą. I wtedy dla mojego D. nastąpi istny raj na ziemi. Dlaczego? Bo on cierpi jakieś niewyobrażalne katusze, jeżeli nie jest ostatnim gościem, który opuszcza imprezę. Zazwyczaj jest tak, że odpuszczam i ja udaję się do domu, a on się bawi (a rano żałuje, bo cierpi), ale są imprezy daleko od domu, kiedy to jest zmuszony wracać ze mną (za co zazwyczaj rano mi dziękuje). Zastanawiam się, jak to będzie wyglądać, kiedy w domu nie będę czekać tylko ja. Czy imprezowy zwierzak przegra z troskliwym ojcem? Pomijając imprezy, staramy się aktywnie spędzać weekendy. D. jeździ na rowerze, zazwyczaj po lasach i górach. Od początku ciąży mówił, że jak tylko to będzie możliwe, kupuje sprzęt i dziecko będzie jeździć z nim. A ja za nimi wypluwając płuca. No ale ok. Problem polega na tym, że ten przyszły ojciec totalnie nie potrafi wybrać miejsca wyprawy, biorąc pod uwagę, z kim się na nią wybiera. Ja nie raz kończyłam wycieczki z płaczem i nadwyrężonym mięśniem, bo miało być prosto i przyjemnie, a było stromo i dłuuuuugo. Weźmy na przykład dzisiejszy wypad. Po śniadaniu usłyszałam, że pojedziemy się gdzieś przejść, na wzgórza jakieś tam. Ubrałam się więc, zapytałam, czy może być, wsiedliśmy w auto i w drogę. Miałam krótkie spodenki, koszulkę na ramiączkach i adidasy. Już po wejściu do ciemnego lasu zaczęłam podejrzewać, że trzeba było nałożyć coś długiego. Poparzenia i zadrapania to nic w porównaniu do zagrożenia złapania kleszcza, a raczej kilku kleszczy. Oprócz tego w lesie było ślisko, mokro i pod górkę ( w końcu wzgórza, nie?) Na dodatek, naokoło mojej głowy latało chyba wszystko, co tylko w tym lesie potrafiło bzyczeć. Wychowałam się na wsi, takiej prawdziwej. Ja z robalami to urządzałam sobie pogaduszki i grałam z nimi w gumę, serio, nie boję się ich, ale nie w takiej ilości. Kiedy szłam sobie pod górę, ślizgając się na mokrych kamieniach i odganiając od robactwa wszystkimi dostępnymi rękami usłyszałam, że trzeba było nie psikać włosów lakierem, bo jest słodki i dlatego tak do mnie lecą. Należy wspomnieć, że kiedy ja standardowo psikałam głowę lakierem, mój D. stał obok mnie, patrzył co robię i mył zęby. To pewnie ta szczoteczka w jego ustach przeszkodziła mu, by powiedzieć, że idziemy do lasu pełnego robactwa i lakier to raczej głupi pomysł. No ale nic, szłam wytrwale. Zdezerterowałam dopiero wtedy, kiedy koło mojej głowy zaczęło latać coś bardzo głośnego, wielkością przypominającego szerszenia. W takim razie miejsca na wycieczki po pojawieniu się dziecka będziemy musieli omawiać bardziej szczegółowo. Nie wspominając, że na obecnym etapie, kiedy jeszcze jesteśmy sami, jakikolwiek plan godzinowy dnia, labo gdzie dokładnie jedziemy i co dokładnie będziemy robić, w ogóle nie wchodzi w grę. Z maluchem to chyba tak łatwo nie przejdzie.

Jeżeli D. w głowie ułoży sobie plan, potrafi go zrealizować. Jeżeli jednak w trakcie realizacji zmienią się okoliczności, D., już tego nie zauważy i plan realizuje według pierwotnie założonego schematu. Mam nadzieję, że jakimś kosmicznym sposobem, po pojawieniu się tzw. „szkodnika”, D. włączy w głowie moduł „ogarnij”, bo inaczej krucho z nami będzie.  To jest chyba tak, że faktycznie, jak pojawia się dziecko, człowiek odkrywa w sobie siódmy zmysł. Nagle potrafi rozciągać czas, lepiej planować, widzi wszelkie ostre przedmioty, które mogłyby zagrozić potomstwu, zastanawia go zbyt długa cisza w pokoju obok i wie co zrobić, kiedy dziecko przetnie sobie skórę. Czy D. ma ukryty siódmy zmysł? Jeżeli tak, to bardzo głęboko. Na razie to i bez dziecka mam w domu kogoś, kto stale tłucze zostawione na blacie szklanki, (z racji braku koordynacji ruchowej), stale sobie coś przecina i sika krwią po całym mieszkaniu, a oprócz tego rzadko wyrabia się w czasie w ustalonym wcześniej planie.

Często patrzę na mojego podrabianego księcia z bajki. Wiem już, jak zachował się, gdy poroniłam. Wiem, że bez niego bym sobie nie poradziła. W sytuacjach kryzysowych widzisz, jaki tak naprawdę jest twój związek. A jakim będzie ojcem? Nieogarniętym. Ale za to poświęcającym dziecku uwagę, bo sam jej potrzebuje i wie, jakie to ważne. Będzie ojcem, którzy przekaże dziecku własne wartości, czyli że pieniądze i rzeczy materialne to nie wszystko, czyli że na stanowisku się bywa, a człowiekiem się jest, czyli że ludzie, którzy nas otaczają, to tak naprawdę najważniejsza wartość w naszym życiu. On pokaże dziecku, że być jest ważniejsze niż mieć, że nie ma co się wściekać o pierdoły, bo w życiu jest tyle pięknych rzeczy, że lepiej się skupić na nich. Wiem, że przekaże dziecku szacunek do matki, bo u nas w domu się nie krzyczy, tylko rozmawia. Będzie zabierał swojego syna, albo córkę, w wiele miejsc na świecie, bo wspomnienia są ważne, a zobaczonych rzeczy nikt nam już nie odbierze. Nasze dzieci dzięki niemu będą znały wartość pieniądza i będą wiedziały, że nic nam się w życiu nie należy, że na to co mamy musimy pracować. A że czasem zafarbuje przy praniu białe śpioszki na zielono, zapomni włożyć dziecku szynki do kanapki na drugie śniadanie i trzeba będzie do niego zawsze dzwonić i się upewniać, że nie zapomniał go skądś odebrać? To jest do przeżycia. Martwię się czasem o takie rzeczy, bo nerwów nie mam ze stali, a codziennie sytuacje, zważywszy na pęd, w jakim żyjemy, potrafią doprowadzić do szału i wyprowadzić z równowagi. Jednak koniec końców wiem, że moje małe książątka, które będę miała z tym podrabianym księciem, będą mogły być dumne, że mają takiego ojca. On nie zostawi ich, kiedy będą go potrzebowały. Jest w ciężkich chwilach ze mną i się w tym sprawdza. Jestem przekonana, że tak samo będzie, kiedy już zostanie ojcem. Będzie przy dziecku zawsze, kiedy będzie taka potrzeba. I to jest najważniejsze. Mogę więc spokojnie starać się ponownie zajść w ciążę, i całe szczęście moje obawy co do zachowania przyszłego ojca, pozostają w sferze nieposprzątanej do końca podłogi w łazience i źle zorganizowanej wycieczki niedzielnej. Może i mój ukochany jest takim trochę Piotrusiem Panem, który sam jak dziecko potrzebuje opieki. Jak dobrze jednak, że z takimi wadami da się żyć.

10 comments to “D., mój podrobiony książę z bajki, a przyszły ojciec moich dzieci”
  1. szczęściara. ja czasem myślę, że odpowiedzialnych facetów już nie ma. bynajmniej na moim byłym się bardzo przejechałam, bo po co interesować się w ogóle dzieckiem?
    Ale dziecko bardzo zmienia ludzi jak przychodzi na świat (no przynajmniej większość), więc na pewno u Ciebie wszytko sie ułoży.

    • współczuję, że Twój facet zawiódł 🙁 ja mam nadzieję, że mój ogarnie i problemy pozostaną na poziomie opisanym w tekście. Pozdrawiam i życzę siły i szczęścia dla Ciebie i synka.

  2. Haha, masz rację, kaźda z nas ma takiego podrabianego księcia. Mięli nas na rękach nosić i wielbić, a tu jeszcze my naokoło nich latamy i pilnujemy, żeby się nie zgubili 🙂 jeżeli faktycznie wiesz, że jest dobrym facetem i będzie dobrym ojcem, to takie sprawy są faktycznie mało ważne. A opowieść o księciu super, uśmiałam się 😀

  3. E tam przejmujesz sie na zapas. Moj mlodszy syn z racji posiadania 5,5roku starszego brata ktoremu nie umialam na kazdym kroku odmawiac bo mlodszy jest za maly zaliczal w wieku kilku tygodni wszelkie mozliwe imprezy. Zabranie ze soba kilku pampersow i blogoslawienstwo karmienia naturalnego dawalo nam niemal nieogranieczona swobode. Do dzis smiejemu sie ze majac 6 tygodni jadl w McDonaldzie (a ze byl sytrasznym wzdeciowcem to ja o takim jedzeniu nie moglam nawet pomyslec) a procz tego za restauracje sluzyla nam karetka obstawiajaca impreze, samochod modelarzy na pikniku lotniczym gdzie spedzilismy dwa dni od rana do wieczora. W starszym wieku do ekwipunku dokladalam sloiczek badz miseczke i zawsze znalazlo sie miejsce z mikrofalowka lub troche wrzatku zeby to podgrzac. Na szczescie moje dzieci nie potrzebowaly idealnej ciszy do spania a mlodszy od poczatku lubil byc miedzy ludzmi (w szatni pelnej rozkrzyczanych 7-9 latkow byl w pelni szczesliwy).
    Tak ze twoj D. wcale nie musi stac sie mistrzem planowania wystarczy, ze ty dolozysz do torby na wyprawe 2 dodatkowe pampersy i swiat nalezy do was.

    • hehe, mam nadzieję, że to przyjdzie z instynktem macierzyńskim, bo inaczej zginiemy 😉 D. przeczytał ten wpis, przyszedł do kuchni, usiadł przy stole i zapytał „naprawdę tak robię?” 😀 stwierdził, że przemyśli, bo co innego jak mu marudzę nad głową, a co innego jak to przeczytał. Na koniec powiedział, że w sumie to on nie jest nieogarnięty, tylko po prostu wyluzowany 😀 i jak się na niego wkurzać o pierdoły? no nie potrafię 🙂

      • Wiesz co w porownaniu z takimi tatusiami ktorzy doprowadzaja rodzine do tego ze ze strachem spoglada na zegarek kiedy wroci czy z takimi ktorzy nie dorosli do jakiejkolwiek odpowiedzialnosci to ja zdecydowanie wole takich podrabianych ksieciuniow. To nic ze sprzata metoda na wiewiorke czy obsusza gary w kuchni ale moje dziecko najpierw wolalo tate po imieniu a dopiero potem nauczylo sie slowa mama. Moze czasem zrobilabym przy dzieciakach cos inaczej ale czy to od razu oznacza lepiej ? Moje dzieciaki maja fantastycznego tate a to ze czasem spieramy sie o pierdoly to niestety fakt choc duzo odpuscilam po dluzszej wizycie w domu gdzie wlasnie ze strachem sie oczekiwalo powrotu „pana domu”. Wtedy docenilam jaka normalnosc jest fantastyczna!!!!
        A tak poza tym to bardzo mi sie podoba twoj tok rozmyslan jakim ojcem bedzie twoj D. a nie czy nim bedzie 😉

  4. <3 mój książe standardowo się nie przejmuje, za to ja zawodowo piszę czarne scenariusze. Nie ważne, że nie ma barierek na balkonie, że trzeba posprzątać. ..jak nie powiem'dzisiaj Ty robisz obiad' to może czekać do wieczora na jedzenie. ..ugotuje obiad jeżeli ja dostarczę produkty gotowe do użycia, zapomina… brudzi w łazience, ale jest najwspanialszym ojcem na świecie ! Jest opanowany, wyrozumiały, dobry… ma z książątkami świetną relację, mają swoje rytuały, ale przyznam szczerze, że musiałam mieć mega płodne dni, że mi tak w głowie zawrócił…ale ja też dojrzewam, myślę że przez moje comiesięczne PMS przy jego wadach wychodzimy na 0. Miłego tygodnia 😉

    • Nie macie barierek na balkonie? A na którym piętrze ten balkon? Właśnie to dokładnie o to mi chodzi, jak myślę o D., jako o tacie. Ja wiem, że on o pewnych rzeczach nie będzie myślał i pamiętał, ale najważniejsze jest dla mnie to, że wiem, że będzie dobrym, troskliwym i kochającym ojcem. Są sprawy ważne i ważniejsze 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.