Starania po stracie – do it right!

Spread the love

Na początku muszę zaznaczyć, że starania o dziecko po stracie zacznę dopiero wtedy, gdy już nie będę odczuwać strachu przed ciążą. A jeszcze odczuwam. Nie jest to strach taki, jaki pamiętam z początku roku, kiedy to zdecydowaliśmy się, że już czas. Wtedy odczuwałam taki dziwny niepokój. Był to nadzieja pomieszana z lękiem i ciekawością. Teraz czuję to inaczej. Chcę być w ciąży, czasem nawet wyobrażam sobie, jak to będzie, gdy znowu w niej będę. Jednak wiem też, że to nie jest jeszcze dla mnie dobry moment. Muszę poczekać.

W poprzednim tygodniu, idąc po korytarzu w pracy zdałam sobie sprawę, że zapewne ciężko widzącym mnie ludziom uwierzyć w moje poronienie, skoro paraduję po firmie z tak dużym brzuchem. Od ponad tygodnia, po zjedzeniu lub wypiciu czegokolwiek, nagle wyrasta mi na miejscu brzucha mała piłka, wielkością odpowiadająca piątemu miesiącowi ciąży. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że pierwszy raz mój organizm zachował się w taki sposób właśnie w ciąży. Wcześniej piłka tej wielkości nigdy się nie pojawiała. Oprócz tego cały dzień czuję się jak zombi, właściwie to jakbym mogła, zasnęłabym nawet teraz. Ziewam praktycznie bez przerwy, bez względu na wykonywaną właśnie czynność, a po 21:00 wręcz nie istnieję.  Moją żuchwę z kolei nawiedziły wielkie hormonalne wulkany, prawdziwe okazy. Do tego w nocy zaczął mnie budzić ból dolnej partii pleców, a właściwie plecy na dole – po bokach. Nie mogę się przewrócić na drugi bok, żeby nie bolało. Wiem, że to nie nerki, stawiam, że bardziej jest to ból przed okresem, który z moich wyliczeń powinien pojawić się za parę dni. Wszystkie opisane przeze mnie objawy, oprócz bólu pleców, towarzyszyły mi w poprzedniej ciąży. Innych objawów nie miałam. Tylko wydęty brzuch, senność, rozkojarzenie i okazałe wypryski. Jeszcze był ból piersi, ale ten od zabiegu jeszcze się nie pojawił, nawet przy poprzednim okresie. Tak więc długo nie myśląc, przed jutrzejszym weekendowym grillem, postanowiłam upewnić się, czy jakimś cudem nie jestem znowu w ciąży. Podobno po poronieniu łatwo zajść w ciążę, a ponieważ jedynym pewnym środkiem antykoncepcyjnym jest brak seksu, a tego nie stosowałam, to wolałam się upewnić. Kupiłam test, zapodałam na niego kilka kropel porannego moczu i czekałam. I wiecie co? To był chyba najlepszy sposób na sprawdzenie, czy sama siebie nie oszukuję mówiąc, że w tym miesiącu jeszcze nie jestem na siłach, by starać się o dziecko. Wpatrywałam się w ten test z żywą nadzieją, że druga kreska się nie pojawi. Wiem, że gdyby się pojawiła, wywołałaby większy strach, niż radość, a nie tak chcę pamiętać moment, kiedy dowiem się o ciąży. Po 5 minutach obszar kontrolny pozostawał czysty, biały, bez nawet cienia różowości. Te 5 minut były tak stresujące, że po ich upływie rozpłakałam się jak dziecko. Jeszcze jednak mam nie po kolei w głowie. Jeszcze nie czas, mimo że bezpośrednio po zabiegu myśl o kolejnych staraniach była jedyną rzeczą, która sprawiała, że czułam się lepiej. Wiem, że poronienie na stałe zagościło już w mojej głowie, nigdy tego nie zapomnę. I nigdy nie zapomnę o dziecku, które straciłam. Jednak nie chcę, by była to dominująca myśl w następnej ciąży. Chcę być gotowa, by cieszyć się oczekiwaniem.

Jeżeli chodzi o sprawy zdrowotne, jestem osobą dość zdyscyplinowaną. Jeżeli lekarz mówi leż, to leżę, nie idź, to nie idę, bierz leki o 17:00, biorę o 17:00. Kiedy lekarz powiedział, że mam się zająć swoją tarczycą, właśnie to robię. Czekam do końca czerwca, żeby powtórzyć wyniki, i bez względu na to, jaka będzie wartość, idę do poleconego przez koleżankę endokrynologa (o którego swoją drogą bardzo ciężko, bo hormony to ciężka sprawa jest). Nie chodzi o to, że histeryzuję. Uważam jednak, że skoro dla kobiet w moim wieku prawidłowe TSH nie przekracza 2, to skoro u mnie przekroczyło, to trzeba to sprawdzić. Dla spokoju głowy. Nie wiem, czy to podwyższone TSH było powodem poronienia. Jeżeli tak, to mogę mieć tylko żal do lekarzy, że go nie obniżyli. Jestem natomiast pewna, że jeżeli zdecyduję się, że chcę znowu być w ciąży, prawidłowe wyniki tych badań sprawią, że będę miała jeden powód mniej do niepokoju. Wolę pobiegać trochę do lekarza i wydać parę stów więcej, niż później żałować, że tego nie zrobiłam. Podobnie było z ubytkiem w zębie. Tak naprawdę wielu ludzi nie zdaje sobie sprawy z tego, jakiego bałaganu w organizmie może narobić nieleczony ząb. Gdy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, na pierwszej wizycie zapytałam ginekologa, czy mogę wybrać się do dentysty. Odpowiedź brzmiała: „Właściwie to nie ma przeciwwskazań, ale wie pani, jak to jest w pierwszym trymestrze.” Postanowiłam, że nie zaryzykuję. Ząb nie dokuczał mi w ogóle. Wiedziałam, że jest ubytek, ale mogłam czekać. Po zakończeniu ciąży postanowiłam jednak się za niego zabrać. Poszłam do dentysty, poprosiłam o znieczulenie i wiertło poszło w ruch. Dentystka nagle otworzyła oczy ze zdumienia. „Pani to nie bolało?” No nie, nie bolało. Przecież jakby bolało, to bym przyszła wcześniej. „Przedziwne, naprawdę, jak pani mogła tego nie czuć?” Okazało się, że mój mały ubytek był plamką na wierzchu, a prawdziwym problemem w środku. Wcześniej, kiedy jeszcze czytałam w ciąży fora, dowiedziałam się, że zepsuty ząb może dla rozwijającego się w brzuchu dziecka okazać się katastrofą. Nie sądzę, żeby jeden ubytek, nawet odrobinę większy niż przypuszczałam, mógł zaszkodzić mojemu dziecku. Przypuszczam, że dotyczy to raczej gorszych przypadków. Na szczęście jednak już nie będę musiała się nad tym w ciąży zastanawiać. Zrobiłam wszystko, żeby moje uzębienie nikomu nie miało szans zaszkodzić. Cieszę się również, że nie poszłam w ciąży do dentysty. Do tej pory zastanawiałabym się, czy to nie przez to straciłam dziecko. Pozostałe wyniki mam idealne. Kiedy więc doprowadzę swoją kłopotliwą tarczycę do porządku, będę spokojna, że to nie za wcześnie, że już mogę.

Ginekolog powiedział mi, że powinnam odczekać przynajmniej trzy cykle. Wydawało mi się to wiecznością. Cieszyłam się jednak, że nie trafiłam na lekarza, który kazałby czekać pół roku. Wiem, że moment rozpoczęcia ponownych starań jest indywidualny dla każdej pary. Ja jednak naprawdę cierpię na pewne zaburzenie, które nakazuje mi słuchania lekarzy. Szczególnie tych, do których mam zaufanie. W ten oto sposób, decydując się na przykład na starania po drugim cyklu, czyli właściwie to już, skazałabym się na istną masakrę w głowie. Wiem, że tak naprawdę sama ze sobą bym się wewnętrznie kłóciła. No i oczywiście w razie ciąży bałabym się sto razy bardziej, że może faktycznie wskazany termin oczekiwań z czegoś ważnego wynika i ta ciąża z góry skazana jest na porażkę. Tak bym myślała, na pewno, znam siebie. Cieszyłabym się, ale bałabym się jeszcze bardziej. Wiem, że kobiety czasem nawet nie czekają na pierwszy okres po zabiegu, zachodzą w ciążę i rodzą zdrowe dzieci. Wiem też, że niektóre pary czekają rok, a kolejna ciąża znowu ma nieszczęśliwe zakończenie. Nie ma reguły. Jednak dla spokoju ducha odczekam jeszcze miesiąc, o ile nie dłużej. Przecież czas tak szybko leci, że zanim się obejrzymy, już będzie koniec roku.

Cykl miesiączkowy. Jak już pisałam wcześniej, mam jakieś przedziwne objawy nadchodzącego okresu. To znaczy wydaje mi się, że to co mi się dzieje, to są objawy nadchodzącej miesiączki. Bo niby co innego? Te trzy cykle, o których mówił mi lekarz to czas, żebym zobaczyła, że wszystko wróciło w miarę do normy. Po trzech cyklach będę już w stanie określić, czy miesiączki mam regularne, czy nie są jakieś mega bolesne, lub czy nie występują przy nich jakieś niepokojące sygnały. Kolejna sprawa, która nie może zaprzątać mi głowy, gdy już będę chciała rozpocząć starania.

Kondycja i styl życia. No tu to ekspertem nie jestem. Należę raczej do leni kanapowych, niż do aktywnych sportowców, którzy przynajmniej trzy razy w tygodniu naturalnie podwyższają sobie poziom endorfin podczas uprawiania sportu. Kiedyś postanowiłam się z jedną koleżanką sportowo uaktywnić. Dwa razy w tygodniu chodziłyśmy na basen. I ćwiczyłyśmy…jadaczki. Za każdym razem po przepłynięciu kawałka, udawałyśmy się do solanki i odpoczywałyśmy już do końca pobytu, kłapiąc przy tym o wszystkich możliwych sprawach. Przecież każdemu należy się relaks. A po basenie do McDonalna. Tak, naprawdę, uwierzcie mi, to był stały schemat. Ale przynajmniej robiłyśmy to regularnie. Dobry początek. Później miałam przerwę. Okres wiosny, lata i wczesnej jesieni należał oczywiście do tych aktywniejszych. Czasem jakiś rower, więcej spacerów, czasem jakaś wycieczka w góry, pływanie w morzu. Ale to wszystko za mało. Generalnie moje ciało nie było przeze mnie rozpieszczane. Nie należę do grubasków, ale chudzinką też nie jestem, zdecydowanie. Jeżeli chodzi o żywność, to oczywiście fast foody jak najbardziej. Nie jakoś wybitnie często, ale jednak. Dużo gotuję w domu, właściwie to codziennie, ale jak była okazja, to w ciągu dnia zawsze sobie zapodałam jakiegoś tosta, albo tortillę…mniam. Na szczęście chociaż do słodyczy mnie nie ciągnie. Ze wszystkich ciast to ja i D. najbardziej lubimy schabowy. Po poronieniu postanowiłam zadbać o to, żeby dziecku było we mnie lepiej. Biegam. Wcześniej bardziej regularnie, codziennie, po powrocie do pracy rzadziej, ale zawsze to coś. Udaje mi się to tak dwa, trzy razy w tygodniu. W ciąży odrzuciło mnie od fast foodów i nadal się tego trzymam. Naprawdę patrzę na to, co jem. Chcę oczyścić organizm. Papierosów już nie palę, nawet do alkoholu, którego też już prawie nie piję, bo się po nim po prostu źle czuję. Ogólnie widzę, że stan mojego ciała i zdrowia się poprawia. Skóra jest ładniejsza (pomijając przedokresowe, hormonalne niespodzianki), lepiej mi się oddycha, nie łapię zadyszki wchodząc po schodach. Jeżeli mogę w jakiś sposób przygotować ciało na przyjście mojego dziecka, to robię to w ten właśnie sposób. Mam nadzieję, że to pomoże.

Nadstawienie do życia i do świata. Tu wracam już do tego, co było przed poronieniem. W codziennościach dostrzegam coraz więcej pozytywów, coraz więcej rzeczy mnie cieszy i zajmuje. Nie myślę już tylko o stracie. Zaczynam być znowu szczęśliwa. Muszę być. Przecież jakie dziecko będzie chciało przyjść do takiej zapłakanej mamy. Niech wie, że jestem super 😉

D.! To chyba najważniejszy aspekt przyszłych starań. Mój D. Przyszłe starania rozpoczną się dopiero wtedy, gdy on będzie równie gotowy, co ja. Kiedy po otrzymaniu negatywnego wyniku testu ciążowego zapytałam go, czy cieszy się, że jeszcze nie jestem w ciąży powiedział, że gdybym była i widziałby, że ja się cieszę, to by się cieszył, jednak gdy widzi, że się jeszcze boję, to cieszy się, że nie jestem. Po otrzymaniu takiej odpowiedzi myślę, że raczej będzie gotowy. Nie chcę jednak wywierać na nim presji. Dla niego najważniejsze jest, żeby nasze starania nie przerodziły się w produkcję. Nie chcemy żeby seks, który jest dla nas bardzo ważny, wiązał się jedynie z „robieniem dziecka”. Myślę, że raczej nam to nie grozi. Nie jestem jednak w stanie stwierdzić, co dzieje się w głowie kobiety, która się kocha z partnerem regularnie, a w ciążę nie zachodzi, mimo że chce. Mam nadzieję, że nasze dziecko nam tego oszczędzi i szybko do nas przyjdzie.

Wymieniłam chyba główne sprawy, jakie zaprzątają mi głowę przed kolejnymi staraniami. Kiedy przestaniemy się zabezpieczać? Nie mam pojęcia. Kiedy przyjdzie ten moment, chyba będę wiedzieć. Nie biorę udziału w żadnym wyścigu. Muszę być po prostu gotowa. Pozdrawiam wszystkie starające się po stracie kobiety i życzę powodzenia.

4 comments to “Starania po stracie – do it right!”
  1. Jak to milo sie dowiedziec ze nie tylko ja przy okresie mam wszystkie objawy ciazy z bolem piersi i mdlosciami wlacznie. Za to w ciazy objawow zero procz tego ze pilam wiadrami ;-). Co do zasypiania na stojaco to potrafie zawsze ale w ciazy faktycznie bylo to czestsze albo poprostu mialam wymowke i moglam z premedytacja poleniuchowac.
    A co do obawy o kolejna ciaze to niestety w duzej mierze ci tak juz zostanie. Masz racje porob spokojnie badania, odczekaj te 3 cykle zebys czula ze masz czyste sumienie ze zrobilas wszystko zeby tym razem sie udalo. Nastawienie jest czasem wazniejsze niz wyniki badan!
    I nie obwiniaj sie, nie szukaj dziury w calym-skoro nie ma oczywistej przyczyny ze serduszko przestalo bic to zapewne zlozylo sie na to kilka rzeczy ktore pojedynczo by byly niegrozne. A moze poprostu to serduszko bylo chore i dlatego przestalo bic i moze lepiej ze tak wczesnie niz mialabys patrzec na cierpienie swojego dziecka… Tego my aniolkowe mamy nigdy sie nie dowiemy i moze i lepiej bo co by nam ta wiedza dala. Na wiekszosc czynnikow nie mamy wplywu a chyba wystarczajaco cierpimy zeby sie jeszcze obwiniac.
    A ty zawijaj swojego D. na jakis urlopik zrelaksujcie sie i…majowe dzieci tez sa fajne choc pazdziernikowe lepiej na poczatku z pogoda wspolpracuja. (obie wersje mam przepracowane;-)

    • Haha, no weźmiemy się na urlop, ale to dopiero we wrześniu. Dopiero wróciłam do pracy, po dwóch miesiącach chcę trochę popracować, żeby sobie o mnie przypomnieli, a później chyba Chorwacja, może sami, może już w trójkę, czas pokaże 🙂

  2. Aniu… cholernie miło czytać, że wracasz do sił, że układacie sobie Wasz świat na nowo. No i jestem pod mega wrażeniem, że mimo powrotu do pracy i tak śmigasz po ulicach swego miasta. Mnie się ostatnio tyłka nie chce ruszyć, żeby pranie wywiesić, paznokcie pomalować… a o ruszaniu się to w ogóle nie ma mowy. Może dlatego jak kroczę po korytarzu, to piętro niżej tynki lecą, ale co tam.. rozwijam się dietowo, złapię wiatr w żagle i ruszę tyłek.
    Doskonale Cię rozumiem, z tymi myślami, badania, szczęka itd… te hormony… pewnie, jak mają w jakikolwiek sposób zwiększać Twój strach… masz rację, postaraj się obniżyć. zawsze to kolejny problem z głowy 😉 po co masz się potem zadręczać.
    A tak na marginesie….to cudowne lato do nas puka, prawda ? trzymaj się orzeźwiająco 😉

    • Tak, cudowne. I w sumie w tym wszystkim chyba naprawdę trafiłam na dobrą porę roku, bo łatwiej dochodzić do siebie, gdy za oknem takie słońce. W lato po prostu łatwiej się cieszyć życiem 🙂 pozdrawiam i miłego weekendu!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.