„Choć język ludzki czasem przypomina psa co zerwał się z łańcucha…”

Spread the love

„Piszesz blog? O jaaa, to super, jeżeli ci to pomaga, to dobry pomysł. Podeślij adres, poczytam” – to była częsta reakcja znajomych, którzy dowiadywali się o moim sposobie radzenia sobie ze stratą ciąży. „Wiesz, nie podaję adresu znajomym, wolę, jak to czytają ludzie, których nie znam” – odpowiadałam w większości przypadków. „Aaa, ok, jak chcesz. A dlaczego? Bo tam kłamiesz?” – zapytała mnie jedna z koleżanek. „Nie” – powiedziałam – „Bo piszę tam prawdę.”

Tak, piszę blog. Aktualnie tematem jest głównie poronienie, strata dziecka, oraz przeżycia z okresu ciąży, której nie udało się szczęśliwie donosić. Zaczęłam go pisać po stracie, kiedy nie potrafiłam znaleźć sposobu, żeby poczuć się lepiej. I pomogło. Piszę regularnie, mam w głowie mnóstwo tematów, problemów, zagadnień. Cieszyłam się, kiedy odzywały się do mnie kobiety, które przeżyły podobną sytuację.  Była to wąska liczba odbiorców, bo i tematyka niezbyt przyjemna, ale w końcu mogłam wymienić poglądy z kimś, kto wie, co czuję. Niektóre opinie były pozytywne, niektóre negatywne, jak to bywa w sieci. I nagle przyszła wczorajsza niedziela. Po śniadaniu standardowo sprawdzam mail, facebook, szybka prasówka. Wchodzę na Mapę szczęścia, żeby zobaczyć, czy ktoś nowy się odezwał. No i odezwał się. Do godziny 11:00 blog odwiedziło ponad 30 tysięcy osób. O co chodzi? Co się dzieje? Po jakimś czasie zorientowałam się, że jeden z wpisów został podlinkowany na stronie głównej Onetu. To dlatego tak dużo wejść. To chyba sukces. Ucieszyłam się bardzo. Jednak tego, co się stało później, nie przewidziałam.

Internet to specyficzne miejsce, gdzie znajdziesz wszystko. W wielu wpisach mówiłam o tym, że ja robię sobie odwyk od wujka Google i od wyszukiwania wszelkich możliwych tragedii, które mogą mnie jeszcze dotknąć w ciąży. Oprócz nieskończonej ilości informacji, znajdziesz tam również opinie ludzi, najczęściej anonimowych. Ja postanowiłam dać możliwość wypowiadania się na moim blogu wszystkim, bez konieczności podawania maila, bez zatwierdzania komentarzy.  Jakiś czas temu pewna kobieta napisała mi, że w jej opinii jestem tylko smarkulą, która próbuje bawić się w rodzinę. Ustosunkowałam się do tego i nie starałam się tego komentarza ukrywać. Piszę anonimowo, nie udaję niczego, nie przekłamuję. Po to jest to miejsce. Stworzyłam je, żeby móc napisać wszystko, co we mnie siedzi, bez zastanawiania się, co ktoś o mnie pomyśli. Ja wiem, kim jestem, wiem też kim jest D., jaki związek tworzymy, jakie mamy poglądy, jakie środowisko nas otacza. Opinia osoby, która mnie nie zna, tego nie zmieni. Każdy ma prawo do swojego zdania. Ale skoro to zdanie wyraża, powinien ten szanować fakt, że takie prawo mają też inni.

Anonimowość w sieci daje wiele możliwości. To, co się stało na forum postu „Jestem jedną na trzy…” pokazało co dzieje się, gdy ktoś te możliwości wykorzystuje w zły sposób. Ludzie są okrutni. W pewnym momencie cała dyskusja sprowadzała się do tego, czy roniąc w pierwszym trymestrze tracisz dziecko, czy płód. Myślę, że większość kobiet nie ma wątpliwości, co straciła. Dlaczego więc niektórzy postawili sobie za cel, żeby udowodnić, że strata ciąży to nie strata? Jak wiele nieprzyjemnych i okrutnych sformułowań padło podczas tamtej dyskusji? Byłam w szoku. Nie chodzi o to, że nie rozumiem podejścia niektórych osób do ciąży, do poronienia, tylko o zawziętość w udowadnianiu innym, że nie mają racji. Co robić w takim przypadku? Nie reagować? Ale jak nie zareagować, kiedy ktoś umniejsza tak ogromnemu przeżyciu, jakim jest strata dziecka. Kiedy przeczytałam, że większość z udzielających się na forum kobiet to histeryczki i idiotki, które robią z igły widły, zatkało mnie na kilka minut. Nie mogłam od razu odpowiedzieć, bo szczęka opadła mi tak nisko, że uderzyła w laptop i przez chwilę blokowała klawiaturę. Coś strasznego. Tyle złości, zawiści i dodatkowo chęci udowodnienia, że wszyscy się mylą.

„Patrz, to niesamowite, jak duża ilość osób przeczytała moje słowa” – powiedziałam do D. wieczorem, podczas biegania. „Wiesz Ania, to dobrze, że dzięki temu dotarłaś do tak dużej liczby kobiet. Musisz się jednak liczyć z tym, że nie wszystkie się będą zgadzać z tym, co napisałaś. Nie chcę, żebyś się zniechęciła” – odpowiedział D. Zniechęcić się? Nie, raczej nie. Jestem dorosła, mam ukształtowane poglądy, a to co piszę, jest w pełni szczere, prawdziwe. Jeżeli ktoś tego nie akceptuje, nie musi czytać. Jeżeli chce podyskutować, proszę bardzo. Ale z szacunkiem. Większość z osób, która czytała moje wpisy, przeżyła to, co ja. Prawda jest taka, że są to tak traumatyczne wydarzenia, że każdy przeżywa je po swojemu. Nie ma instrukcji, co należy zrobić. Jedna kobieta przeżyje to mniej, druga bardziej. Zależy to od wielu czynników. Na pewno jednym z nich jest wiek ciąży, następnym charakter, wsparcie otoczenia, cała masa rzeczy. Bez względu na to, co czujesz, jak to przeżywasz, nie możesz dać sobie wmówić, że robisz to źle, że Twoje myślenie jest błędne. Bo niby skąd ktoś, kto nie jest Tobą, może to wiedzieć? Nikt nie ma prawa Cię oceniać. Jedyne, co jestem w stanie zrozumieć, to gdy Twoje otoczenie widzi, że długo nie dajesz sobie rady ze stratą, próbuje Cię z takiego dołka wyciągnąć. I czasem potrzeba do tego potrząśnięcia, takiego kopa w tyłek. Ale to tylko w niektórych przypadkach i przede wszystkim mają do tego prawo ludzie, którzy Cię znają, którzy wiedzą jaka jesteś. Albo może inaczej, wiedzą, jaka byłaś „przed”. Nie pozwólmy tzw. „internetowym trollom” na to, byśmy czuły się źle ze sposobem, w jakim myślimy. Ktoś pisze Ci, że przesadzasz? Że Twoje dziecko było tylko „płodem”? Że jesteś histeryczką? Egoistką? Nie reaguj na to, bo nie warto. Najczęściej piszą to anonimowe osoby, które mieszają się w nickach, podawanych informacjach oraz określaniu własnej płci (raz „byłem, raz „byłam”, w zależności od tego, kim dana osoba chce być w tej chwili.) Uwierzcie mi, jako administrator bloga widzę adresy IP, to po nich widać, jak niektóre osoby występują pod różnymi nazwami. Jest to tak żałosne, że aż nie warte zachodu.

Przeżyłam tragedię, radzę sobie z tym na własny sposób. Nosiłam w sobie dziecko i je straciłam. Naprawdę, wszystkie mamy poważniejsze problemy, niż to, czy ktoś się z tym zgadza, czy nie.

George R.R. Martin w swojej sadze napisał „Strach tnie głębiej niż miecze”. I to samo tyczy się słów. Ja używam słów, by wyrazić to, co czuję. Ze słów składam posty, które są dla mnie bardzo ważne. Piszę w pewien sposób anonimowo, nie używam imion, pseudonimów, nazw miejscowości. W ten sposób łatwiej jest mi być szczerą. Może kiedyś wejdzie tu ktoś, kto w danym wpisie odnajdzie siebie. Może mu się nie spodoba to, co napisałam. Nie ważne. Słowa są moim sposobem. Mimo anonimowości nie pozwalam sobie na obrażanie innych, na danie upustu swoim frustracjom. I nie pozwolę zepsuć sobie tego miejsca w Internecie, w którym znalazłam spokój.  Bardzo ważne są też dla mnie Wasze komentarze. To niesamowite, ile nas jest. To niesamowite, jak różne historie za nami stoją. Trolle internetowe są i będą. Ludzie bywają okrutni, kiedy da się im do dyspozycji komputer i nielimitowany dostęp do Internetu. Ranić ludzi zza ekranu laptopa jest łatwo. Dlatego też łatwo powinno nam być te słowa odrzucać. Bo tak jak jest w tytule, „Język ludzki czasem przypomina, psa co zerwał się z łańcucha ciemną nocą”. Pozdrawiam wszystkich odwiedzających Mapę Szczęścia 🙂

6 comments to “„Choć język ludzki czasem przypomina psa co zerwał się z łańcucha…””
  1. Zastanawiałam się właśnie, jaka będzie Twoja reakcja na te wszystkie chore komentarze, które przeczytałam pod opublikowanym poście na onecie. Sama na Twój blog trafiłam właśnie przez główną witrynę. Ciąża mnie jeszcze nie dotyczy, aczkolwiek mam nadzieję że w odpowiednim czasie się to zdarzy. Mimo tego, że nie posiadam dzieci, nie byłam w ciąży nie jestem w stanie zrozumieć tych chorych komentarzy. Jesteś dla mnie osoba niesamowicie dzielną, i wierzę mocno w to że uda Ci się mieć upragnionego dzidziusia 🙂 Trzymam mocno kciuki i gorąco pozdrawiam 🙂

    • Dziękuję. Miło mi, że tu wróciłaś 🙂 Ja w niedzielę w pewnym momencie miałam ochotę napisać tym osobom, że w sumie to są tylko zlepem komórek, więc niby dlaczego każą nazywać się ludźmi, ale się powstrzymałam, nie warto. Wszystkie kobiety, które przeżyły poronienie są dzielne, bo muszą być. Dziękuję za miłe słowa i również pozdrawiam 🙂

  2. Wydaje mi się, że dyskusje typu czy fasolka w 6 tyg jest płodem czy dzieckiem prowadzą osoby, które NIGDY nie były w ciąży….. Każda, normalna kobieta, która widzi na usg „Kropkę” od razu traktuje ją jako swoje ukochane dziecko, a nie płód, który za ileś tygodni rozwinie się i będzie dzieckiem… Mam nadzieję, że ten blog będzie dla Ciebie dobrym terapeutą, a onet niech go za często nie poleca, bo chyba nie działa to na plus.

    • Powiem Ci szczerze, że ja byłam w szoku, jak przeczytałam te komentarze. Ale co zrobisz, haters gonna hate, niektórzy mają potrzebę wyżycia się w sieci, tylko szkoda, że za cel obrali sobie kobiety, które i tak już dostały wystarczający kopniak. Z jednej strony pojawienie się wpisu na onecie narobiło dużo takiego zamieszania, z drugiej odezwało się do mnie dużo osób, które przeżyło to samo. Dowiedziałam się wielu rzeczy, mogłam wymienić doświadczenie. Ten kij ma 2 końce, jak każdy 🙂 pozdrawiam

  3. Czesc!
    Komentarze ktore sie pojawily pod tym linkiem ktory wstawili na onecie poprostu „olej”. Ten kij ma dwa konce bo procz takich troli ktorzy z cudzej tragedii znajda cel do dreczenia znalazlo Twojego bloga kilka osob takich jak ja ktorym temat o ktorym piszesz jest w jakims stopniu bliski. Ktore na swoim przykladzie beda starac sie cie pocieszac albo prowadzic wlasna terapie wyrzucajac swoje mysli. Wiem po sobie ze jak w gabinecie lekarza uslyszalam „wyrok” to wszelkie slowa pociechy z jego strony nie docieraly do mnie. Ale zostaly gdzies w pamieci i do dzis trzymam sie tej mysli ze widac tamto dzieciatko nie bylo zdrowe i zdolne do samodzielnego zycia. Moze lepiej ze stalo sie to w pierwszym trymestrze bo organizm sie latwiej zregeneruje. Ja bylam w latwiejszej sytuacji bo o mojej ciazy malo kto wiedzial ale odbilo mi sie to czkawka bo w polowie pazdziernika stracilam moje dzieciatko a na swieta cala rodzinka mi zyczyla powiekszenia rodziny-chcialam gryzc a z drugiej strony nie chcialam ich wspolczucia.
    A co do gotowosci do dziecka to czytajac twoj post smialam sie jak bym swoje wspomnienia czytala. Moj pierwszy syn urodzil sie 5 lat po slubie i to bynajmniej nie z powodu jakis problemow z zajsciem tylko chcialam sobie najpierw troche zycie poukladac. No i TROCHE poukladalam bo w pewnym momencie doszlam do wniosku ze jak bym chciala tak calkiem to moze na emeryturze bym miala czas w ciaze zajsc. Dzis syn ma 9 lat a ja mam dalej niewyremontowana lazienke bo sa pilniejsze wydatki np wyjazd cala rodzinka na wakacje 😉

    • Lubię ten post o gotowości do dziecka, bo doskonale nas przedstawia. My mamy do tego podobny stosunek, jakbyśmy chcieli tak WSZYSTKO zrealizować, to dziecka by nigdy nie było, bo zawsze jest jeszcze COŚ do zrobienia i poprawienia. Jesteśmy taką parą zakręconych ludzi, ale się kochamy. Jak ma się już kogoś takiego przy sobie, to jest dobry czas na dziecko 🙂 pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.