A patologia się mnoży…post z tysiącem znaków zapytania

Spread the love

Obecnie w moim najbliższym otoczeniu wiele par stara się o dziecko. Starania te trwają dłużej, niż wszyscy zakładaliśmy. Nam udało się szybko, niestety szybko też nasza radość się skończyła. Za szybko. Ile znamy takich par, które chcą, a nie mogą? Ile znamy takich par, które mogą, chociaż nie powinny? Czy można powiedzieć, że jest to niesprawiedliwe? Czy tak po prostu jest i powinniśmy się z tym pogodzić?

Nie chcę tu rozsądzać, kto zasługuje na dziecko bardziej, a kto mniej, bo nie mam do tego żadnego prawa. Nad tym, dlaczego zdrowe, szczęśliwe pary nie mogą zajść w ciążę, lub nie mogą tej ciąży donosić, zastanawiam się jednak cały czas. Ten wpis jest nie tyle o mnie, co o moich znajomych, którzy raz na miesiąc od dłuższego czasu przeżywają rozczarowanie. Czekają, chcą, robią wszystko, żeby to się stało, ale się nie dzieje. Ile znamy takich historii, że kobieta w ciąży piła, paliła, ćpała, a dziecko urodziło się (całe szczęście) zdrowe? A ile znamy przypadków, że w ciąży matka nawet nie stanęła obok osoby palącej papierosa, a i tak ciążę straciła? Dlaczego dzieci przychodzą do domów, w których są niechciane, a omijają te, do których co miesiąc dostają zaproszenie?

Tak jak już wcześniej wspomniałam, mi w ciążę udało się zajść bardzo szybko. Radość była niebywała. Cieszyliśmy się my, cieszyli się również znajomi. „Może w końcu ktoś przerwał tę złą passę” – mówili. „To jak do tej pory najlepsza wiadomość od dawna” – gratulowali. Kiedy martwiłam się przed ostatnią wizytą, że coś jest nie tak, przyjaciółka powtórzyła mi słowa jej męża: „To dziecko musi być zdrowe, bo tak naprawdę to jest nas wszystkich dziecko, razem je zrobiliśmy, D. był tylko przekaźnikiem. Nie ma innej opcji, musi być dobrze”. A jednak nie było. Ona nadal nie jest w ciąży, a ja już w niej nie jestem. A przecież nie zrobiłam w ciąży nic, co mogłoby zaszkodzić. Ile od tamtej pory widziałam palących ciężarnych? Chyba z setkę. Pierwsze pojawiły się już przed szpitalem, kiedy wracałam do domu po zabiegu. Później chyba ustalały sobie jakieś dyżury spacerów pod moim domem i w parku, w którym wyprowadzam psa. Niewątpliwie też śledziły mnie i D. podczas wyjść na miasto po zakupy, na obiad, na drinka. Były dosłownie wszędzie. Zawsze zwracałam na to uwagę, jednak teraz naprawdę jest istny wysyp. Pewnego razu, jadąc autem, zobaczyłam  na przystanku dziewczynę. W jednej ręce trzymała dziecko, około półtoraroczne, a w drugiej, do kompletu, papierosa. Popatrzyłam na nią z przerażeniem i powiedziałam do D.: „Błagam, powiedz mi, że ten brzuch to tłuszcz.” Nie, to nie był tłuszcz, tylko zaawansowana ciąża. Jakaś pani stojąca obok chyba próbowała coś tej dziewczynie powiedzieć, ale nie przynosiło to żadnego skutku. Co myśli w takim momencie kobieta, która z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu nie ma tego szczęścia, żeby sobie tak beztrosko chodzić w ciąży? Nawet sobie nie wyobrażacie, jak bardzo w tamtym momencie miałam ochotę tę dziewczynę uderzyć, przysłowiowo „palnąć w łeb”.

Idąc niedawno na spotkanie z koleżanką usłyszałam za plecami krzyki. Chodnikiem szła kobieta, około trzydziestki, z dwójką dzieci. Jedno siedziało jeszcze w wózku, drugie, około pięcioletnie, obok z lodem w ręce, desperacko starało się nadążyć za pędzącą matką. Nagle krzyki przerodziły się w istny wrzask. „Ja pie#%#$^le, ile razy ci mówiłam, żebyś trzymał tego pier@!$@nego loda daleko od wózka? No ile razy? Gówniarzu je@#any. Ja ci ku@$wa pokażę. Ja pier@$@lę, przestań ciągnąć ten wózek! Jeden beczy, drugi ciągnie, ja pier@##*^olę, co ja z wami mam?! Skaranie boskie!”. Skaranie boskie? Naprawdę? Pędzący za kobietą pięciolatek nie przejął się zbytnio sytuacją. „Mamo, a ten autobus, który stoi na przystanku, to on jedzie do babci?” – zapytał ze zniewalającą beztroską. „Jedzie, przecież wiesz, że jedzie. Tylko naokoło” – wow, potrafisz powiedzieć do dziecka zdanie, w którym nie ma przerywników? No, pełen szacunek. Kobieta skręciła ze swoimi skaraniami boskimi w wąską uliczkę.  Nie zrozumcie mnie źle. Ja nie jestem psychopatką, ani fanatyczką, która uważa, że do dziecka to trzeba tylko cukierkowo, i że matce nie mogą puścić nerwy. Ale „gówniarzu je#@%ny”? Po co ci były te dzieci kobieto? Wiesz, ile za takiego „gówniarza je@#$nego” dałaby moja koleżanka, która od 5 lat nie zachodzi w ciążę? Albo ile dałabym ja?

Ostatnio jedna z moich przyjaciółek poprosiła mnie, bym podwiozła ją do kliniki leczenia niepłodności. Szykowała się z mężem do drugiej już inseminacji i musiała iść na kontrolę cyklu i umówić zabieg. W poczekalni razem z nami siedziały jeszcze trzy inne pary. Co uderzyło mnie najbardziej, to średnia wieku osób, które czekały na wizytę. Wszyscy ci ludzie byli młodzi, około trzydziestki. Zawsze wydawało mi się, że te kliniki są odwiedzane najczęściej przez ludzi po czterdziestce, kiedy z biologicznych powodów zajście w ciążę może być trudniejsze. Wszyscy siedzieli zestresowani, niektórzy trzymali się za ręce. Nie przyglądali się pozostałym, raczej patrzyli na siebie. W pewnym momencie razem z przyjaciółką zaczęłyśmy rozmawiać. Pierwsze na tapecie wylądowały objawy ciąży. Przyjaciółka zastanawiała się, czy jak zabieg się uda, to będzie w stanie zauważyć jakąś różnicę przed zrobieniem testu. „Ja nie miałam żadnych objawów. A nie, właściwie to miałam, objawy nadchodzącego okresu. W życiu bym nie powiedziała, że jestem w ciąży. Jak test wyszedł pozytywnie, to byłam w szoku.” – powiedziałam. „Wiesz, jak już zajdę w ciążę, to chyba będę chodziła do dwóch ginekologów równolegle. Pierwsza to będzie moja obecna lekarka, która już mnie zna, ale niestety nie pracuje w szpitalu, w którym będę rodzić, więc jednocześnie będę chodzić do twojego chyba, bo on pracuje w szpitalu, to zawsze inaczej będzie na mnie patrzeć, jak trafię na porodówkę.” – kontynuowała przyjaciółka. „To chyba nie do końca dobre rozwiązanie” – odpowiedziałam – „Z moich wizyt w trakcie ciąży wiem, że trudno by ci to było pogodzić. Bo niby którego z tych lekarzy będziesz słuchać, jak ci przepiszą różne leki? No i jak chcesz robić usg? Po dwa razy? U każdego lekarza osobno? To chyba nie do końca dobrze dla dziecka.” – tłumaczyłam. W końcu przyjaciółka weszła do gabinetu, a ja zaczęłam czytać książkę. „Pani to ma szczęście.” – zagadała do mnie nagle jedna z kobiet siedzących w poczekalni. „Słucham?” – odpowiedziałam. „Szczęście ma pani, z tą ciążą, że pani zaszła. I co? Wszystko dobrze z dzieckiem? Zdrowe się urodziło?” Na chwilę mnie zatkało. No tak, o poronieniu nie rozmawiałyśmy. Mówiłyśmy tylko o ciąży w czasie przeszłym. „Tak, zdrowe, wszystko w porządku, dziękuję” – odpowiedziałam po paru sekundach. Bo co innego miałam powiedzieć kobiecie w takim miejscu? „Staraj się, staraj, ale to, że zajdziesz, jeszcze nie gwarantuje ci, że donosisz.”? Jak okrutna jest ta prawda? Wbiłam wzrok w książkę i do wyjścia mojej przyjaciółki z gabinetu zaciekle udawałam, że czytam.

Odwiedziny w klinice uświadomiły mi, jak ogromnym problemem w dzisiejszych czasach jest niepłodność młodych ludzi. Jak wielka jest też ich nadzieja. Wielu z nich zrobi wszystko, żeby mieć dziecko. Kobiety biegające od lekarza do lekarza, których przedramiona są tyle razy kłute, że mogłyby uchodzić za narkomanki. Mężczyźni czekający w kolejce na oddanie nasienia, po raz enty wchodzący z zażenowaną miną do pokoju „M”, i z jeszcze większym zażenowaniem z niego wychodzący. No i obrazek przeciwstawny – idzie dziewczyna na dyskotece do toalety, wychodzi z niej i już jest w ciąży. Ot tak, na stojąco, w kiblu, bez liczenia dni cyklu i mierzenia temperatury, bez trzymania nóg w górze. Myślicie, że chociaż zażywała kwas foliowy? Wyjdzie, poskacze, potańczy, popije, przez pierwsze trzy miesiące nawet się nie zorientuje, że okres gdzieś zniknął. Fajnie tak, bez okresu, nie? Można się bawić bez ograniczeń. Tylko co ten bebech tak rośnie?! I bach, za jakiś czas z brzucha wyskakuje dziecko. Młoda mama zalicza lekkie zdziwko, bo niby skąd to się wzięło? Dzięki wielkie, że ktoś wymyślił te całe „Okna życia”, bo inaczej gdzie by tego bachora zostawić? Tak, niestety smutna prawda.

Mnie problemy z zajściem w ciążę jak dotąd nie dotyczą, i mam nadzieję, że to się nie zmieni. Zobaczymy za jakiś czas, jak znowu wystartujemy. To, że mnie bezpośrednio nie dotyczą, nie znaczy jednak, że są mi obce. Patrząc na te wszystkie koleżanki, które do diety przemycają jak najwięcej produktów wzmagających płodność, syczące przez zęby na imprezach do swoich facetów: „Po co pijesz kolejnego drinka? Przecież niedługo owulacja”, i z nadzieją wyczekujące tego pięknego dnia, kiedy okres nie nadejdzie, nie mogę się nie zastanawiać nad sensem tego wszystkiego. Albo raczej bezsensem. Dlaczego tak jest? Dlaczego parze pijaków bez środków do życia, kompletnie nie dbających o swój aktualny dorobek w postaci piątki dzieci, tak łatwo zajść w ciążę? Dlaczego dzieci rodzą się w rodzinach, w których są niechciane? Dlaczego wyniszczonej alkoholiczce łatwiej donosić ciążę niż zdrowej, młodej, dbającej o siebie kobiecie? Czy to jest sprawiedliwe? Czy to są naiwne pytania? Czy z takim stanem rzeczy można się w ogóle pogodzić? Czy jest sposób, żeby to zmienić? Nigdy nie przestanę się nad tym zastanawiać. Za dużo jest takich przypadków wokół mnie. Pozostaje nam tylko mieć nadzieję, że do każdego z moich znajomych w końcu zawita szczęście i będą mogli udowodnić, jak bardzo na to zasługiwali i poczuć, jak bardzo warto było czekać.

,
29 comments to “A patologia się mnoży…post z tysiącem znaków zapytania”
  1. Dziecko jest blogosławienstwem. I kazdy czlowiek ma przed sova inna droge to dego blogoslawienstwa lub jego braku. Sztuczne zapladnianie, nie powstajace z milosci trojga kochajacych sie osob (maz, zona i Bog) nie ma sensu i jest jednym z kamieni dorzucanych do rozpadu malzenstwa. Nie kazdemu jest pisane dziecko i trzeba to zrozumiec i zaakceptowac. Niech sie dzieje wola nieba.

    • Kompletnie się z Tobą nie zgadzam. Jak można powiedzieć, że dzieci z in vitro nie powstają z miłości? Chyba nie będę się rozpisywać, chyba jestem w lekkim szoku po przeczytaniu tego komentarza

      • Skoro nie każde in vitro kończy się ciążą to może tu jest ten „palec Boży” więc dzieci z in vitro nie są poczęte bez miłości. Niejednokrotnie to te dzieci są o wiele bardziej chciano i kochane niż poczęte w naturalny sposób w ramach przygody z seksem.

        • Związek, ktory nie jest oparty na solidnych fundamentach i miłości, nie przetrwa procedury in vitro. Kazdy może mieć swoje zdanie ba remat ingerencję w zapłodnienie, ale pisanie że to dzieci nie poczęte z miłości to brak szacunku dla rodzin, które się na in vitro decydują i przede wszystkim dla tych dzieci

  2. Trafiłam do Ciebie przez zupełny przypadek dziś rano i tak sobie cały dzień podczytuje. Wpis po wpisie. To co przeżyłaś w pierwszej ciąży jest tak straszne, że aż nie wiem co powinnam napisać…

    My staramy się już 1,5 roku, oboje jesteśmy zdrowi, uprawiamy sport, zdrowo się odżywiamy i nic, tak więc pytania jak tak wielu osobą które o siebie dbają udaje się zaliczyć wpadkę na imprezie i urodzić zdrowe dziecko są u mnie na porządku dziennym.
    Też zauważyłam, że w klinice jest raczej więcej par koło 30 niż tych starszych. Sama mam 27 lat i trafiłam tam już kilka miesięcy temu.

    • Cześć 🙂 wiesz, ta moja koleżanka, z którą byłam wtedy w klinice, właśnie kończy 16 tydzień ciąży 🙂 mam nadzieję, że niedługo też już będziesz pisać o przebiegu swojej. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, nikt nie wie, na pewno to denerwuje i człowieka dopada taka bezradność, bo robi wszystko, żeby mieć dziecko, a okazuje się, że to nie takie proste, jak się wcześniej myślało. Trzymam kciuki za WAS!! 🙂

  3. Witaj
    Przeczytałam kilka Twoich wpisów i po pierwsze chcę Ci powiedzieć, że bardzo mi przykro że straciłaś dzieciątko, ale z drugiej strony mam nadzieję że kolejnym razem donosisz ciążę i urodzisz słodkiego, zdrowego bobaska. Co do niemożności zajścia w ciążę to ja uważam, że odpowiedzialny jest za to stres. Przykładem może być moja przyjaciółka, młoda dziewczyna od 30 starała się o dzidziusia z mężem- obydwoje w sile wieku, zdrowi i nic, 2 lata się leczyła niby, rozważali już invitro. I co?? Z dnia na dzień zmieniła pracę i już w pierwszym miesiącu tej nowej pracy zaszła w ciążę. Ich synek ma już 7 miesięcy. Z drugiej strony jestem ja- też zdrowa, silna. Mając 29 lat zakochałam się na zabój, tak jak w filmach i za 3 miesiące byłam w ciąży:) A dwa lata wcześniej leczyłam się na bezpłodność;p Teraz mając 33 mam trójkę dzieci i śmieję się, że my to już taka patologia jesteśmy bo kto to widział w tych czasach tyle dzieciaków mieć. A tak poważnie, czasami dzieci mnie doprowadzają do szału- jak opisaną „wyrażającą” się matkę, z tą różnicą że ja mam 2 dreptających obok mnie i trzecie w wózku(4, 2,5 i 10 miesięcy) ale w życiu bym tak nie powiedziała. Jak to jest przykład dla dziecka?
    Pozdrawiam serdecznie i życzę powodzenia:)

  4. Dużo razy się nad tym zastanawiałam, gdy przez dwa lata nie mogłam zajść w ciążę. Myślę, że wpływ na to ma chyba wiek – patologia zaczyna bardzo wcześnie, kiedy organizm jest mocno napędzony hormonami, one pomagają zajść w ciążę, ale też ją utrzymać. Poza tym też może być tak, że kobieta z takiej patologii poroni nawet i 10 razy, ale tego nie zauważy, ot okres się spóźnił. Po prostu na 15 ciąż urodzi 5 dzieci, a nam, patrzącym z boku wydaje się, że to dużo i że ona szczęściara…

    • Wiesz, to możliwe, ale ma piątkę, a niektórzy nie mogą mieć nawet jednego. I często są to naprawdę dużo starsze ode mnie (ja mam 28 lat) kobiety, które nigdy nawet nie myślały o tym, żeby zadbać o swoje zdrowie. I o zdrowie dziecka w ciąży. To boli. Z jednej strony nie my decydujemy, czy ktoś zasługuje na dziecko, czy nie, jednak mimo to często się nad tym zastanawiam, dlaczego tak jest. Ogólnie ciąża kiedyś wydawała się taka łatwa i naturalna. Kiedyś człowiek robił wszystko, żeby w nią nie zajść, teraz na odwrót. Życie jest przewrotne. pozdrawiam 🙂

  5. „syczące przez zęby na imprezach do swoich facetów: „Po co pijesz kolejnego drinka? Przecież niedługo owulacja” – jako kobieta zapytam, jak można traktować męża czy partnera jako wyłącznie byka rozpłodowego? Same byście się oburzały, jakby facet nie patrzył na Was, tylko „zaspokajał swoje potrzeby”, a jak traktujecie swoich ukochanych? Mężczyzna nie jest tylko „dawcą nasienia”, a seks powinien być przyjemnością, nie obowiązkiem.

    • Wiesz, nie oceniałabym tego tak. Ja w ciążę zaszłam bez problemu, nie musiałam przez kilka miesięcy ganiać po lekarzach, robić badań, mój facet też nie musiał. Tak, seks to przyjemność, masz rację. Nawet jak się starasz o dziecko, to nie jest produkcja. I u nas tak było i raczej się to nie zmieni. Ale nie wiem, jakbym się zachowywała, gdybym spędziła miesiące, a czasem nawet lata na badaniach, robieniu sobie zastrzyków w brzuch i tej całej nerwówce. Tak, może jest to w jakiś sposób chore, ale nie mniej chore niż to, że tak młodzi ludzie, teoretycznie bez problemów, nie mogą mieć dziecka. Więc może też bym się wściekała na D., że nie potrafi sobie odmówić drugiego drinka, jak wiem, że zaraz zabieg, albo zaraz kolejna szansa. Sama tak nie robię, kiedyś też to krytykowałam, ale teraz, po wizycie w klinice, jak zobaczyłam tych młodych ludzi, którzy tak bardzo chcą i tak bardzo nie mogą, nie oceniam tego w ten sposób. Jest to przykre, kiedy musisz układać życie pod kalendarzyk owulacji, ale to się dzieje i cieszmy się, jeżeli u nas to nie musi tak wyglądać. Pozdrawiam

      • Aniu, ja jestem jedną z tych ganiających po lekarzach. Faktem jest, że seks powinien być przyjemnością, a nie obowiązkiem. Faktem jest też, że nie zawsze dostajemy to czego chcemy. Wieloletnie starania to jest taki stres, że sporadyczne „syczenie” to jest akurat drobiazg. Zresztą to działa w dwie strony, każdemu w takiej sytuacji mogą czasem/często puścić nerwy. To co jest trudniejsze to poczucie izolacji, braku zrozumienia. Twój komentarz jest właśnie taką próbą zrozumienia.

        • Dziewczyna, z którą byłam w klinice, 2 dni temu miała transfer. Wszyscy trzymamy za nich kciuki. Jak zobaczyłam, ile bólu, strachu, nerwów i emocji budzą takie starania, mam wielki szacunek dla ludzi, którzy mimo, że nie wychodzi, starają się. Nabrałam innego podejścia do słów : „Masz być w domu, bo będę miała owulację”. Zaczęłam to rozumieć, a przestałam krytykować. Jeżeli ktoś naprawdę ma problem, każdy miesiąc starań jest ważny. Pozdrawiam i życzę powodzenia! Mam nadzieję, że Groszek już niedługo znajdzie do Was drogę 🙂

    • Witaj!

      Ja też myślałam, że robienie dzieci jest jak w amerykańskich filmach. Cyk, pryk, lalala.
      Niestety pragnienie dziecka, wyczekanego, zaplanowanego jest tak silne że, przynajmniej w naszym przypadku, nie zawsze przyjemny i gorący seks i robienie dzieci ma cokolwiek wspólnego. Dochodzi po prostu ten stres. Żeby się udało, żeby się udało. I to rozwala wszystko. Trzeba naprawdę być cierpliwą i pokorną. Syczenie przez zęby też przerabiałam, wszystko pod kalendarzyk. Łykanie różnych „ziołowych” preparatów aby sobie pomóc. Kontrolowanie tarczycy co 1-2 miesiące, szukanie sposobu na forach i wśród lekarzy co jeszcze mogę zrobić. I kiedy w końcu nam się udało, poczuliśmy to szczęście, nasze dziecko zmarło w 11 tygodniu. Tego się nie da opisać. Jak ogromny jest to żal, nawet żałość nad swoim losem.
      Kiedy jednak słyszę historie innych kobiet, czekających w kolejach do zabiegów, często za ostatnie pieniądze z konta wiem, że brakuje mi czasem pokory i że jeszcze troszkę widocznie musimy poczekać. I podziwiam teraz te wszystkie kobiety w poczekalniach, że są takimi siłaczkami.

  6. Też zadawałam sobie te pytania w połowie marca tego roku. Jestem też w klubie jednej z trzech. Do dziś nie znam na nie odpowiedzi. Tłumaczę sobie, że życie jest loterią, jeden wygra, drugi przegra. Wszystko było cudownie, napisałam egzamin radcowski i zaraz po szłam na wizytę kontrolną. Skończyłam właśnie 10 tydzień. I to był koniec, w trakcie usg usłyszałam od lekarki: „Nie widzę akcji serca, bardzo mi przykro”. Teraz to już trochę jak zły sen, bo 3 tygodnie po tych słowach mój dziadek dostał rozległego udaru, a po kolejnych 3 tygodniach w pracy wręczono mi wypowiedzenie. I wszystko w poniedziałek. Teraz staję na nogi, znalazłam nową pracę, dziadek powoli wraca do zdrowia. Jakimś cudem cieszę się życiem. I myślę, że mój Adaś, bo tak nazwałam moje Maleństwo, bardzo stara się tam na górze, żebym ja tutaj nie traciła uśmiechu z twarzy. A co życie przyniesie? Nie mam pojęcia, ale jestem gotowa na wszystko.

    • Współczuje. Ja dowiedziałam się o tym, że dziecko nie żyje w 12 tygodniu. Miesiąc po Tobie, dokładnie 20 kwietnia. Z dnia na dzień sobie to wszystko układam. Myślę, że będzie dobrze. Życzę dużo zdrowia i powodzenia 🙂

  7. Mnie wychodzi, że matka natura jest przekorną francą, która ma w głębokim poważaniu ludzkie plany, marzenia, chcenia i zaklęcia maści wszelakich oraz starania im towarzyszące. A właśnie chałwa, im bardziej ci na czymś zależy tym bardziej ci się osiągnięcie tego nie będzie udawało, a im bardziej ci się nie będzie udawało tym bardziej się będziesz nakręcać, że ci się nie udaje. Determinacja w dążeniu do celu jest dobra, ale od determinacji do desperacji droga nie jest aż tak daleka jak się wydaje, że jest, a od niej do depresji i nerwic jest blisko. Wiem, że brzmi to jak kazanie domorosłego psychologa, ale przetestowałam to na własnej skórze. Im bardziej się stresowałam i nakręcałam czymś tym mniej prawdopodobne stawało się to, że wszystko pójdzie po mojej myśli. W końcu się nauczyłam myśleć: zrobiłam wszystko co mogłam zrobić, a co ma być to będzie, a jeżeli nie będzie to nie będę wpadać w czarną depresję. Może nie jest mi to pisane, może nie dziś, nie w tym tygodniu, miesiącu czy nawet roku. Może nawet wcale. I zwykle właśnie wtedy mi się wszystko najlepiej udaje.

    • Witam, zgadzam się z tym co napisałaś w 100% to tak zwane prawo przyciągania. Złe myśli i nastawienie nakręcają złe wydarzenia. mi się to zawsze sprawdza. Czasem ciężko jest myśleć pozytywnie, jednak zawsze warto się postarać. Pozdrawiam 🙂

      • W kwestii ciąż też to się sprawdza zarówno tych chcianych, tych mniej chcianych i tych niechcianych wcale. Co jakiś czas można się natknąć na historię jak to para bezskutecznie starała się o dziecko i jak to na głowie nie stawali przez kilka lat, a i tak im nie wychodziło. A wychodziło im dopiero jak zrezygnowali i nastawili się czy to na życie bez dzieci czy na adopcję czy też jak im się udało dziecko adoptować. Oczywiście są też problemy natury medycznej, ale to co jest w głowie też ma znaczenie. Im bardziej ludzie się nastawiają na już teraz natychmiast tym większą presje wywierają na siebie i swoje organizmy, żeby się udało i tym bardziej się stresują jak im nie wychodzi. Relacje między głową, a organizmem są trochę zbliżone do rodzica i kilkulatka będących na zakupach w sklepie. Dziecko chce, dziecko chce bardzo, rodzic już nie koniecznie, a może i wcale. I im jedno chce tym mniej drugie ma ochotę na spełnienie tej zachcianki.

        • Mi ginekolog tłumaczył, jak wielką rolę w ciąży odgrywa głowa, to niesamowite. To samo tyczy się zajścia w ciążę. My obecnie jeszcze się nie staramy, jednak mam nadzieję, że jak już zaczniemy, to znowu będę potrafiła zdrowo do tego podejść. Pozdrawiam, Ania 🙂

  8. Ja jestem jedną z tych kobiet, które nie mogą się doczekać. Staramy się 1,5 roku i nic. Przeszłam trylion badań, mój mąż też, leczę się, codziennie zażywam lekarstwa i staram się cieszyć każdym nowo narodzonym dzieckiem znajomych. Ale jest mi trudno. Już nie mam siły mieć nadziei i wyczekiwać dwóch kresek. Staram się oddać to wszystko Bogu i zdać się na jego wolę – ufam, że on wie co dla mnie dobre.

    • Wiesz, nawet w komentarzach na tym blogu da się przeczytać o kobietach, które starały się latami i w końcu przyszło do nich szczęście. Nie poddawaj się. Wiem, że łatwo powiedzieć, ale co innego można zrobić. Pozdrawiam Cię serdecznie

      • Znam i modlę się 🙂 Ale tak jak ktoś napisał w komentarzach wyżej skupiam się teraz przede wszystkim na cieszeniu się dniem dzisiejszym. Najbardziej teraz potrzebuję spokoju ducha.

  9. Zaczytalam sie, zamyslilam… Tyle prawdy w tym wszystkim i takie to smutne i niesprawiedliwe. W moim srodowisku tez sa takie przypadki. Nie mamy ba to wplywu, los tak chce.
    Zycze duzo spokoju i szczescia. Pozdrawiam cieplo
    uposledzona.blogujaca.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.