„Oby było zdrowe”

Spread the love

„Wolicie chłopca, czy dziewczynkę?” Jest to bardzo częste pytanie padające po uzyskaniu przez otoczenie informacji o czyjejś ciąży. Mi również je zadawano. „Jest mi to obojętne, oby było zdrowe.” To jest najczęściej padająca na to pytanie odpowiedź. Czy tak naprawdę wszyscy rozumiemy znaczenie tych słów? Czy nie jest tak, że przez niektórych wypowiadane są one mechanicznie, bo przecież tak się mówi? Czy nie stały się one oklepanym zwrotem, rozmówką grzecznościową mogącą zdobić poradniki typu: „O czym rozmawiać z ciężarną?” Może tak naprawdę nie zastanawiamy się nad tym, dopóki nas to nie dotyczy? Może rozumiemy to tylko na 99%, mimo że jest jest to tak ważna sprawa, że zasługuje na tych % 100?

„Oby było zdrowe” wypowiadałam już wcześniej, przed własną ciążą. Mówiłam tak o ciążach koleżanek, znajomych, członków rodziny. Kiedy na moim teście pojawiły się dwie kreski, leżąc w łóżku zastanawiałam się, co się teraz dzieje we mnie, co tam właściwie jest? Wcześniej sporo interesowałam się tym, jak wygląda proces zapłodnienia i jak później rozwija się dziecko. Oglądałam wizualizacje, cudowne, niezwykłe. „To naprawdę cud życia!” – myślałam – „Niesamowite!” Dużo też czytałam na ten temat. „Wiesz, że w momencie zapłodnienia zostały określone już wszystkie cechy naszego dziecka?” – mówiłam do D. „Wszystkie!. Już na poziomie podziału komórkowego wiadomo, do kogo będzie podobne, czy będzie wysokie, czy niskie, czy będzie miało mój nos, twoje oczy, czy będzie lubić fizykę, czy historię. Niesamowite. No i przede wszystkim, wiadomo już, czy będzie zdrowe…” No właśnie, pamiętam dokładnie tę rozmowę. Pamiętam, że najpierw pomyślałam o cechach wyglądu, predyspozycjach. Dopiero po chwili pomyślałam o tym, że oprócz podobieństwa do któregokolwiek z nas określone jest już, czy to będzie w pełni sprawny, zdrowy człowiek. Stało się to w tajemnicy, bez naszej wiedzy i naszego wpływu. Czy kiedy zadziało się tak, że podział chromosomów zadecydował o tym, że to dziecko nie przeżyje, robiłam coś konkretnego? Byłam wtedy w pracy? Na spotkaniu? Może jadłam obiad, albo oglądałam z D. film? A może wyprowadzałam psa na spacer? Nie ważne. Istotne jest, że przez następne trzy miesiące, nieświadoma powtarzałam sobie i wszystkim – „Oby było zdrowe”. Tylko że od tej pory naprawdę rozumiałam, co te słowa znaczą, a teraz rozumiem to jeszcze bardziej.

Kiedy zaczęliśmy starania miałam pewien sen. Śniło mi się, że urodziłam dziecko, ale samego momentu porodu nie pamiętałam. Wszystko działo się na skale, byłam tam sama, a przede mną stały dwie metalowe tuby, jakby włazy, o średnicy i wysokości stołu kawowego. Nagle na jednej tubie zapaliła się zielona lampka. Wieko tuby otworzyło się. Okazało się, że jest to winda, którą przyjechało do mnie moje nowo narodzone dziecko. Wzięłam je na ręce i zobaczyłam, że jest chore. Ma rysy dziecka z zespołem Downa. Dziecko płakało, ale kiedy wzięłam je na ręce uspokoiło się. Nagle zrozumiałam o co w tym chodzi. Przysłali mi takie dziecko, ale jak chcę, to mogę je wymienić, odesłać i prześlą mi następne. Więc położyłam to dziecko na drugiej tubie, właz otworzył się i winda zabrała dziecko w beciku na dół. Poczułam ogromną rozpacz, strach, nie wiedziałam, co się dzieje. Dlaczego ja oddałam to dziecko? Przecież było moje! Dlaczego ja to zrobiłam?! Widziałam, jak lampka w pierwszej tubie pali się na zielono. To znak, że winda znowu jedzie do góry, zaraz się otworzy. Czego teraz chcę? Zdrowego dziecka? Czy tego, które oddałam? Nie potrafiłam odpowiedzieć sobie na to pytanie. W śnie płakałam, bardzo głośno. Czekanie trwało wieki. W końcu właz otworzył się, wzięłam do ręki zawiniątko, odchyliłam brzegi becika i zobaczyłam to samo dziecko, które wcześniej porzuciłam. Wzięłam je na ręce i odeszłam, spokojna. W mojej głowie kołatała się myśl: „Już cię mam, nigdy cię nie oddam, przecież jesteś mój”. Nagle obudziłam się, przerażona, zdezorientowana. Znacie to uczucie, kiedy z ulgą stwierdzacie, że to był tylko sen? Popatrzyłam na śpiącego D. Uczucie ulgi powoli ustępowało uczuciu trwogi. Sen był straszny, realny do bólu. Dlaczego ja oddałam dziecko za pierwszym razem? Świat dzieci chorych nie jest mi obcy. Moja mama jest fizjoterapeutką, całe lata pracowała w Domu Pomocy Społecznej dla chorych dzieci. Na wakacje braliśmy do domu jednego chłopca, którego rodzina się nim nie interesowała. Nie mógł się poruszać, mówić, był kompletnie sparaliżowany, cały czas chory przez nawiedzające go infekcje. Jednak rozumiał. Jak widział kogoś z nas zaczynał się śmiać. Miał piosenkę,  na dźwięk której zawsze się cieszył. Kiedy go coś zasmuciło, automatycznie robił usta „w podkówkę” i trzeba było go przytulić. To dziecko rozumiało tak dużo. Jak można było je porzucić i się nim nie interesować? Jestem w stanie zrozumieć, że nie każdy w domu ma warunki, żeby zająć się tak chorym dzieckiem, czasem lepszą opiekę ma ono w miejscach do tego przystosowanych. Ale taki totalny brak zainteresowania? Całkowite porzucenie? Mama mówiła, że kiedy jego rodzice przychodzili raz na miesiąc podpisywać dokumenty, nawet do niego nie zaglądali. Nie byłam w stanie tego zrozumieć. Więc dlaczego we śnie bez chwili namysłu zrobiłam to samo? Dzieci z zespołem Downa również spotykałam, odwiedzając mamę w pracy. Często przytulały się mocno, kiedy się nimi witałam. „Te dzieci kochają najbardziej” – powtarzała moja mama – „Bezwarunkowo”. Kiedy zasypiałam ponownie złapałam się za brzuch. Czy już jestem w ciąży? Czy moje dziecko będzie zdrowe? Czy wszystko z nim w porządku? Nie wyobrażałam sobie, że można martwić się o coś tak bardzo.

Siedząc u przyjaciółki rozmawiałyśmy o mojej ciąży. Mi i D. udało się bardzo szybko, sami nie mogliśmy w to uwierzyć, takie szczęście. „Wiesz, tak naprawdę założyliśmy, że starania potrwają przynajmniej pół roku, wydawało się nam to niemożliwe, że to tak szybko się stanie” – opowiadałam. Później zgodnie stwierdziłyśmy, że właśnie dlatego tak łatwo zaszłam w ciążę. Nie zastanawiałam nad tym i się na nic nie nastawiałam. „Jakie ja mam szczęście” – powtarzałam sobie. Ginekolog  przy drugiej wizycie wyznaczył termin na początek listopada. „Wiesz, cieszę się, że to listopad. W najbardziej zaawansowanej ciąży będę chodziła, jak już nie będzie upałów. Urodzi się dziecko, akurat pierwsze miesiące będzie zimno, ale jak już z dzieckiem będzie można więcej wychodzić, to już będzie wiosna. Termin idealny. A poza tym (i teraz uwaga, jeżeli masz słabe nerwy, to nie czytaj, bo nastąpi najmądrzejsza część mojego wywodu) cieszę się, że to nie będzie miesiąc później. Nigdy nie chciałam mieć terminu na grudzień. Istniało by wtedy duże prawdopodobieństwo, że dziecko urodzi się w Mikołajki albo w Wigilię. Wiesz, będzie miało urodziny i wszystkie dzieci w jego urodziny będą również dostawać prezenty i nie będzie czuło, że to szczególny dzień.” Koniec wywodu przyszłej matki. Bo to takie cholernie istotne. Mówiąc to zdawałam sobie sprawę z tego, że brzmi to strasznie, ale naprawdę tak myślałam, od dawna powtarzałam sobie, że nie chcę mieć terminu na grudzień. Na to moja przyjaciółka powiedziała, że ona nie chciałaby za to urodzić w styczniu, bo nie chce, żeby dziecko było spod znaku koziorożca. Rozmowa została podsumowana tym, że oczywiście najważniejsze jest, by dziecko było zdrowe, ale jak dodatkowo jeszcze nie urodzi się w grudniu, to już w ogóle idealnie. Więcej preferencji co do daty porodu nie miałam. Uprzedzając od razu pytanie, nie, jakby dziecko miało urodzić się w grudniu, to nie powiedziałabym mu, że źle, że przyszło na świat i tak, cieszyłabym się z niego tak samo. Jednak skoro termin był listopadowy i tak poważne w moim ówczesnym mniemaniu zagrożenie nie występowało, mogłam spać spokojnie. Próżność? Tak, ogromna. Rozmawiałam o tym z paroma koleżankami, matkami. Każda z nich powiedziała, że też miała takie myśli, dotyczące różnych spraw związanych z ciążą i dzieckiem. Martwiły się  na przykład o to, która z babć bardziej będzie zajmować się ich skarbem, albo żeby nie rodzić w niedzielę. Tylko one na szczęście nie miały okazji poczuć, jak głupie jest takie myślenie. Urodziły zdrowe, silne dzieci.

Podobną rozmowę w ciąży odbyłam jeszcze jeden raz, z D., leżąc w łóżku tydzień przed ostatnią kontrolną wizytą, na której się dowiedziałam, że serce przestało bić. „Wiesz, jakby to była dziewczynka, nie chciałabym, żeby była podobna do twojej siostry” – powiedziałam. „Ja jestem podobna do siostry mojego taty, to się więc zdarza, i nie chciałabym, żeby tak się stało w naszym przypadku”. „Nie martw się, to będzie chłopak” – powiedział D.  Otóż siostra D. ma się całkiem nieźle, ma śliczną, zdrową córkę, masę przyjaciół i raczej należy do ludzi szczęśliwych. Fakt, ma ciężką urodę, ale co z tego? Urodziła się zdrowa.

Rozmawiając o badaniach prenatalnych, zdecydowaliśmy z D., że zrobimy tylko podstawowe. Przezierność karkowa była dla nas wystarczająca. Sporo osób zresztą odradzało mi robienie dodatkowych badań. Wiekowo nie jestem w grupie ryzyka, w rodzinie nie było przypadków chorób genetycznych. „Wiesz, nie będziemy robić dodatkowych badań. Ja nie usunęłabym ciąży, nawet jakby dziecko było chore, po co więc się doszukiwać na siłę”. Z takim nastawieniem szliśmy na ostatnią wizytę w tej ciąży. „Idziemy zobaczyć nasze dziecko, z dwoma rączkami, dwoma nóżkami, i właściwą ilością chromosomów” – mówił D. z uśmiechem przed wyjściem z domu. Przed rozpoczęciem wizyty upewniłam się jeszcze raz: „Robimy tylko podstawowe?”. „Tak”- potwierdził D. Niestety, nie my zadecydowaliśmy o dalszym trwaniu tej ciąży. Kiedy lekarz szczegółowo badał dziecko na usg, myślałam, że mierzy długość ciemieniowo-siedzeniową. Nie wiedziałam, że stara  się on znaleźć tętno. Nie znalazł. „Wie pani, to jest naturalna selekcja, dziecko nie było wystarczająco silne, by się rozwijać, dlatego organizm sam zadecydował.” Po zabiegu słyszałam to jeszcze tysiąc razy. „Jakby miało być bardzo chore i cierpieć, to lepiej, że tak się stało.” Tak, tak się mówi. Wiem, że chore dzieci cierpią, wiem, że cierpią też ich rodzice. Na Facebooku codziennie widzimy mnóstwo apeli o zbiórki pieniędzy na operacje, przeszczepy, na ratowanie życia ich skarbów. Jeżeli organizm mojego dziecka nie był wystarczająco silny by przeżyć, to ja nie mogłam zrobić nic, żeby to zmienić. Jednak wybaczcie mi, ale gdy dzieje się coś takiego, to „Tak miało być”, czy „Tak będzie lepiej” nie jest żadnym pocieszeniem, mimo, że teoretycznie się to wie.

Tak, przez większość czasu w ciąży naprawdę rozumiałam znaczenie słów „Oby było zdrowe”. Było mi kompletnie obojętne, czy to będzie chłopak, czy dziewczynka, choć intuicja podpowiadała mi córkę. Incydentalnie wpadały mi do głowy dziwne pomysły, typu podobieństwo do krewnych, czy najlepszy miesiąc na poród. Ale wpadały. Teraz się tego wstydzę, widzę, jak głupie to było. Po stracie ciąży rozumiem „Oby było zdrowe” sto razy bardziej. Więc jeżeli czyta to któraś z młodych mam, która w ciąży jest pierwszy raz i martwi się o to, po kim dziecko będzie miało nos, po kim uszy, a po kim charakter, albo martwi się, czy nie przytyje za bardzo w ciąży, albo czy od karmienia nie zniszczą jej się piersi, to uwierzcie mi, to nie ma żadnego znaczenia, najmniejszego. Tak naprawdę nie ma pół powodu, żeby myśleć w ten sposób. Jedyne, na czym powinno nam zależeć to na tym, żeby było zdrowe, żeby miało szanse urodzić się w pełni sił, rozwijać i w przyszłości mieć własne, samodzielne życie, własne dzieci. Jak często myślałam o tym, że zdrowie dziecka to najważniejsza rzecz? Niezliczoną ilość razy. Jednak gdzieś po drodze zajmowały mnie te pozostałe rzeczy, te nieistotne. Jeżeli będę miała to szczęście, że ponownie zajdę w ciążę, nie pomyślę o nich ani przez sekundę, i jak mantrę będę powtarzała, „Oby było zdrowe”, tym razem w pełni świadomie, w 100% rozumiejąc wagę tego zdania.

,
6 comments on “„Oby było zdrowe”
  1. Dziękuję za ten wpis. Od początku jak zeszlam w ciążę tylko o tym myślę. Właśnie leżę w łóżku bo z zalecenia lekarza powinnam leżeć 80% dnia. Na ostatniej wizycie powiedział że jest znaczny postęp i na tym etapie rokuje dobrze. Mimo tego w każdej minucie modlę się żeby było zdrowe. Nie żeby była dziewczynka albo chłopczyk tylko żeby zwyczajnie było. Żeby na następnej wizycie serduszko nadal biło. I w sumie tylko myślenie o tym że chce tak bardzo mieć dzieciątko przy sobie trzyma mnie w dobrym stanie. Zazdroszczę innym mamom tej lekkości. A Twoje wpisy są trochę ukojeniem. Życzę wszystkiego co najlepsze Wam i mam nadzieję że doświadcze wkrótce radości macierzyństwa po drugiej stronie brzuszka.

  2. Udało nam się zajść w ciążę w pierwszym cyklu starań, choć nastawiałam się na trudności, bo jednak oboje mamy po 40 lat. Gdy test pokazał ciążę, długo to do mnie nie docierało. Pamiętam, że starałam się przez pierwsze trzy miesiące nie przywiązywać za bardzo do faktu, że będę mamą, bo mam w rodzinie przykłady, że nic nie jest pewne, że los może zadrwić.
    Na każdej wizycie u ginekologa to właśnie słuchanie tętna dzieciątka było istotne, byle żyło i daj Bóg zdrowo się rozwijało. Pamiętam strach, gdy zaczęłam krwawić, pamiętam potworną bezsilność, że może już być po, i zaklinanie rzeczywistości.
    Nie chciałam znać płci, nie miało to znaczenia, nie miałam preferencji, mówiłam że biorę co dają, niech tylko zdrowe będzie. To ostatnie powtarzałam miliony razy ludziom, dla których nie do pomyślenia było, że nie wiem co urodzę? Jak to nie wiem „co”? Dzieciątko, mój prywatny cud urodzę !
    Ile się nasłuchałam, że pewnie wiem ale nie chcę powiedzieć, bo przecież jak tu wyprawkę kupować bez tej wiedzy? Jak imię wybrać i w ogóle, jak żyć w tej nieświadomości?
    „Niech będzie zdrowe” i dostrzegałam taką lekką nutę lekceważenia, że to oczywiste, że nie trzeba nawet o tym wspominać, że naturalnie tego też mi wszyscy życzą, tylko nie wypowiadają, bo właśnie takie to oczywiste.
    We wrześniu zaczynamy starania o drugie dziecko, jesteśmy o dwa lata starsi, mam świadomość że może mnie spotkać wiele dobrego, jak i złego, więc znów z pokorą podejdę do tematu.
    Tobie, mamo Aniołka, również życzę dużo sił. Ból i strata będą już zawsze z Tobą, ale i miłość zostaje, a serce można podzielić na pół, na czworo, na ile będzie trzeba. Niech los da Ci tę szansę dzielenia.
    Trzymam kciuki.

    • Dziękuję 🙂 Właśnie wyprawki, kolor wystroju pokoju, prezenty, niestety często przesłaniają to, co najważniejsze. Ja chciałam znać płeć, jednak nie miałam na to ciśnienia, jakby nie było widać, to by mi to nie przeszkadzało. Naprawdę liczy się tylko zdrowie, nic innego. Pozdrawiam serdecznie,
      Ania

  3. Tak to właśnie jest, wypowiada się często te słowa mechanicznie… Oczywiście chcesz żeby Twoje dziecko było zdrowe ale jakoś nie bierzesz pod uwagę, że mogłoby być inaczej (bo skoro inni mają zdrowe dzieci to dlaczego akurat w Twoim przypadku mogłoby się coś stać). Będąc w ciąży też cały czas odpowiadałam : oby było zdrowe a w między czasie myśli szły mi w inną stronę – oby nie miało stóp po mężu, oby poszło na studia itd. Przykładów mogłabym dać wiele. Dziś z perspektywy czasu te mechaniczne zdanie jest mi bliższe niż kiedykolwiek bo gdy będę w ciąży po raz drugi nic nie będzie się dla mnie liczyło bardziej niż zdrowie. Te przyziemne sprawy, którymi zaprzątałam sobie głowę będąc w ciąży tracą w ogóle na znaczeniu. Mam Synka, urodzony w tym roku – ma Zespół Downa.

    • Witam, czytam Twojego bloga już od jakiegoś czasu i szczerze kibicuję Tymkowi, Tobie, no i oczywiście babci Tymka również. Ja straciłam swoje dziecko, teraz już nigdy nie wypowiem tych słów mechanicznie. Pozdrawiam Was serdecznie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.