Czy to dobry czas na dziecko?!

Spread the love

Niedokończony remont mieszkania, zawirowania finansowe, weekendowe imprezy, niezrealizowane plany wycieczkowe, brak umiejętności wspólnego planowania czegokolwiek oraz niespotykane zamiłowanie do spania, szczególnie rano, dłuuuugo. Tak, to my. Niedoszli i mam nadzieję przyszli RODZICE.

Nasze życie nas fascynuje, choć w sumie jest zupełnie zwyczajne. Cieszymy się z bzdur, wściekamy się na głupoty, spotykają nas dobre i złe rzeczy, tak jak wszystkich. W tej codzienności znajdujemy całą masę niezwykłości, które w naszym rozumieniu czynią nas wyjątkowymi. D. jest przyjazny dla wszystkich, ale jest też nieogarem, totalnym zamotańcem. Chodzi tylko po domu jak słoń w składzie porcelany i tłucze wszystko, co można by uznać za drogocenne, taki ma talent. Aktualnie prowadzi trzy interesy na raz, jest kompletnie zabiegany, ale raczej z tego powodu nie ubolewa. Ja za to mam stałą, stabilną pracę. Wiem dokładnie, którego dnia miesiąca dostanę wypłatę na konto i dzięki temu śpię spokojnie po nocach (i rankami również, dłuuuugo, jak tylko mam okazję). Jestem „spinarą”, często się denerwuję i dopiero przy D. uczę się spontaniczności. Nasz związek trwa cztery lata i tak jak już wcześniej wspomniałam, nigdy nie był przykładny. Jest raczej specyficzny. Niezbyt oryginalnie stwierdzę, że jest po prostu nasz. Jest nam dobrze, żyjemy sobie na luzie, z lekkimi zawirowaniami, ale raczej stabilnie. Często spotykamy się ze znajomymi. Uwielbiamy ogniska, grille, wypady nad wodę, wypady weekendowe i wszystkie tym podobne sprawy. W tygodniu zajęci pracą, w weekendy zajęci odpoczywaniem. Czy jesteśmy gotowi na dziecko? Czy to dobry czas?

Wracając ostatnio od koleżanki zadzwoniłam do D. zapytać, czy jest już w domu. Zostałam poinformowana, że właśnie przyjechał. W odpowiedzi poinformowałam, że będę za 10 minut. Wchodząc do bramy, na półpiętrze zobaczyłam naszego psa. Stał, patrzył na mnie i machał ogonem. Stwierdziłam, że D. usłyszał, że wchodzę do kamienicy i wypuścił go, żeby się przywitał. Ta teoria legła w gruzach gdy zobaczyłam, że drzwi do mieszkania są zamknięte, na klucz. Patrzę na psa, pies na mnie, ja na psa, pies na mnie, o co chodzi? Zapukałam. D. otworzył drzwi zadowolony z siebie jak zwykle. „Chyba o czymś zapomniałeś” – powiedziałam wskazując na naszego czworonoga. „Co? To ja go zostawiłem na klatce? Dziwne. Tak mi się właśnie wydawało, że coś za cicho w domu, hmmmm, dziwne”. No, dziwne, szczególnie dla psa, którego mina wskazywała, że spotkało go jakieś niebywałe nieszczęście, wygnanie, kara bez winy. To bardzo typowe dla mojego ukochanego. „Ale jak już będziemy mieć dziecko, to upewnij się zawsze jak wchodzisz do domu, że jest z tobą, ok?”.

Od kiedy zamieszkaliśmy razem, gdy zbliżają się święta snuję plany. A może by tak tym razem zaprosić wszystkich do nas? Jest miejsce, najwyżej goście przyniosą ze sobą parę krzeseł i damy radę. Znakomity pomysł! Zaprosimy moją mamę i siostry, mamę D., ogólnie wszystkich zaprosimy. Przygotuję kolację, sama. Od razu zaznaczam, że to będzie wspaniała kolacja, połączenie tradycji z nowoczesnością, niesamowita. No i ozdobię mieszkanie, oczywiście najpierw je posprzątam. Przygotuję też jedzenie na całe święta. Upiekę pasztety, zrobię przystawki. Ciasta kupię, nie umiem piec. Nie przesadzę z ilością, ale jakościowo pobiję wszystkie organizowane do tej pory kolacje wigilijne. Będziemy mogli razem posiedzieć, porozmawiać, odpocząć. A do tego wszystkiego puścimy kolędy. I w tym cudownym, utopijnym obrazku ja, jako pani domu, wyganiająca wszystkich z kuchni, bo w kuchni to ja muszę wszystko sama. Daniel rozłoży stół, moje siostry rozłożą biały obrus…Wróć, obrus, nie mamy białego obrusu, trzeba kupić. A nasz stół da się w ogóle rozłożyć? Muszę też policzyć talerze, żeby goście nie musieli po nie wracać, jak już przyjdą z tymi krzesłami, a zastawy zabraknie. Lista potraw do podania gotowa, tylko chyba mam za mało garnków. Będę musiała pożyczyć od mamy. A może zrobimy tak, że ja przygotuję część potraw, a resztę podzielę miedzy moją mamę, a mamę D. One się pewnie ucieszą, że będą mogły sobie coś porobić, a nie tak całkiem nic. Teraz popatrzę na ozdoby. Na choinkę wszystko jest, to teraz tylko serwetki, świece…no dobra, jest tylko jeden świecznik, to niech już będzie, świeca. A zresztą, co ja niby mam ozdabiać, będzie choinka, będzie dobrze. Szybki wgląd w kalendarz. Wigilia wypada w środę, ja do wtorku muszę pracować. Mogę zacząć sprzątać podczas weekendu. Nie, poprawka, w weekend odwiedzamy mojego chrześniaka i D. miał jakieś plany. To najwyżej zmieni plany. Albo poproszę siostrę, może wpadnie i pomoże mi posprzątać w Wigilię rano, jak jak będę robić te wszystkie potrawy, tzn. część potraw. To już raczej ją poproszę o posprzątanie, nie o pomoc. Boże, dzięki za Youtube, przynajmniej o kolędy nie muszę się martwić. No, to zaplanowane, dobrze, że wzięłam się za to wcześniej, w końcu to już za tydzień. !!? Dzwonię do mamy, muszę jej powiedzieć, ja spędzamy Wigilię w tym roku. „No cześć mamuś, wszystko dobrze? Słuchaj, tak sobie myślę, że w tym roku jeszcze przyjedziemy z D. do ciebie na Wigilię, a później pojedziemy do mamy D., tak żeby wszyscy byli zadowoleni, ok? Cieszysz się? No, to cudownie. Co mam zrobić? Rybę po grecku? No pewnie, żaden problem. Co? Przyjechać rano w Wigilię wam pomóc? Jasne, będę o której powiesz.” Załatwione. Po cudownie spędzonym wigilijnym wieczorze wracamy z D. do domu, otwieramy wino i siadamy przy oknie. Jest cicho, nic już dzisiaj nie musimy robić. Zasypiam w fotelu słuchając muzyki, pełen relaks.

Nasze mieszkanie jest spore, to w sumie cztery pokoje, łazienka, kuchnia, dwa balkony. Miejsca nie brakuje. Gorzej z funduszami na remont i chęciami ponownego otwarcia w domu placu budowy. Postanowiliśmy, że na początku wyremontujemy salon, sypialnię, kuchnię i łazienkę, tyle wystarczy dla dwóch osób. I tak też zrobiliśmy. W planie jest jeszcze gabinet D. i pokoik dla dziecka. W miarę upływu czasu od zakończenia pierwszej fazy remontu, coraz częściej zastanawialiśmy się nad jego wznowieniem. Pomysł odradzał się w naszych głowach raz na kwartał. Tym oto sposobem wiosną mówiliśmy, że zaczniemy latem, kiedy już nacieszymy się słońcem, latem plany przesuwały się na jesień, bo przecież szkoda pogody, jesienią w każdy weekend ładowaliśmy akumulatory przed zimą, a w zimie…kto w zimie robi remont? Przecież nawet okna nie otworzysz, bo zimno. No i mieszkaliśmy sobie, szczęśliwi, z dwoma niewyremontowanymi pokojami, czekającymi na lepsze czasy. Po powrocie od ginekologa z wizyty, na której widzieliśmy bijące serce, usiedliśmy w kuchni i zaczęliśmy planować. W tym roku wakacji nie będzie, trzeba przygotować pokój dla dziecka. Jak już ruszymy z jednym pomieszczeniem, to przy okazji załatwimy też gabinet. Tu zrobimy garderobę. Trzeba też w końcu kupić listwy przypodłogowe. W pokoju dziecka będzie wykładzina, mimo, że wszyscy odradzają, bo się łatwo brudzi, a ciężko czyści. Ale wykładzina jest przyjemna, jak dziecko będzie po niej raczkować, to będzie mu milej w rączki. I łóżeczko tu będzie stało, albo lepiej koło okna. Zaczniemy na przełomie lipca i sierpnia. Remont potrwa około trzech tygodni. Termin porodu mam na listopad, aż o tyle prace się nie przedłużą, miejmy nadzieję. Wszystko zaplanowane, pełna mobilizacja. I trrrach, nie ma dziecka. Odkładamy remont, przynajmniej do września, żeby zrobić wszystko na spokojnie, żeby sobie nie robić ciśnienia na kolejną ciążę. Już nie musimy szybko działać, nadal jesteśmy tylko we dwoje.

Idziemy do sklepu. Przed wyjściem szybkie sprawdzenie, czego nam brakuje. Z zakupów kuchennych mam standradową listę produktów, które kupuję raz na tydzień, zazwsze, i takie, które starczają na dłużej, więc kupuję je raz na jakiś czas. Dobrze, to oprócz stałej listy muszę kupić sól, nie, to cukru nie ma, sól jest. Bazylia się skończyła, świderki, ręczniki papierowe. Kurczę, czegoś jeszcze nie było. A wiem, mąki! D. od dwóch tygodni płacze o naleśniki, bez mąki jeszcze trochę sobie popłacze. No to ruszamy. Kupuję sól, nie nie, to miał być cukier, bazylia, świderki, jajka, ser, wędlina, warzywa, owoce, woda. Co tam jeszcze było na liście dodatkowej? Papier toaletowy? Chyba tak, i ręczniki kupię, na wszelki wypadek, bo nie wiem, czy to papieru nie ma, czy ręczników. I coś jeszcze ważnego. Już wiem! Bułka tarta! No to wszystko mam, możemy wracać. Rozpakowuję zakupy, w sumie to mam teraz trochę za dużo papieru toaletowego w łazience, ale jak to mówią, od przybytku głowa nie boli. Gorzej, jakby zabrakło. Idę do szafki z produktami suchymi, wykładam cukier na miejsce po cukrze, świderki tam gdzie zawsze kładę makaron i bułkę tartą…obok dwóch innych opakowań bułki tartej. Hmm, naleśników dzisiaj  jednak nie będzie. Brawo Ania, mistrzu planowania i organizacji.

„Może byśmy porobili coś aktywnego w ten weekend?” Pomysł dobry, aktywnemu spędzaniu czasu mówimy zdecydowane TAK. W piątek wieczorem wpada znajomy. Robimy drinki. Jeden, dwa, cztery. Idziemy na miasto? Pewnie, że idziemy. Tylko na krótko, bo rano musimy wcześnie wstać. W końcu aktywny weekend zaczyna się rano. No to jest rano, 4:30 wracamy do domu. Zasypiamy. Śpimy. Co to za hałas? Matko najdroższa, czy D. zawsze tak głosno oddycha? Trzeba wyprowadzić psa, bo patrzy błagalnie. Ok, okulary przeciwsłoneczne, kaptur, nie jest źle, niektórzy gorzej wyglądają. (Ooo, na przykład ten pan.) Człowiek jak się nie wyśpi, to zawsze tak jakoś mało twarzowo się reprezentuje. Ok, pies wyprowdzony, łyk wody, jeden, drugi, piąty, pół butelki, jeszcze na chwilę się położę. Budzimy się około 13:00, D. daje się namówić na McDonalda. W sensie, że przywiezie, nie żebym zamierzała się ruszyć z domu. Prysznic, włączamy film. W końcu się wyspałam, możemy oglądać. Dzwonią znajomi. Jedziemy dzisiaj do nich spać? W sumie to dlaczego nie? Tylko musimy odstawić psa do mamy D. Pół godziny i gotowe, jedziemy. U znajomych jemy kolację, włączamy kolejny film, jest fajnie. Może chodziać niedzielę spędzimy aktywnie, albo nie, zobaczymy.

Czy jesteśmy gotowi na dziecko? Czy kiedy ponownie zajdę w ciążę, będziemy potrafili dostatecznie się zmobilizować do przeorganizowania swojego życia? Czy to już jest ten czas? Czy nie zostawimy kiedyś dziecka w sklepie zastanawiając się, czy mieliśmy kupić mąkę, czy kolejną bułkę tartą? Czy zapamiętamy, że do naszej stałej listy trzeba dopisać pampersy i kaszkę? Czy finansowo jesteśmy dostatecznie stabilni? Czy starczy nam pieniędzy na dokończenie remontu w tym roku? Czy starczy nam środków, żeby naszemu dziecku niczego nie zabrakło? Czy uda nam się je dobrze wychować, przekazać odpowiednie wartości? Czy nauczymy się  lepiej planować i trzymać tych planów? Czy przywykniemy do tego, że nic już nie będzie takie proste? Czy wystarczy nam doby na nowe obowiązki, skoro już teraz często nie wyrabiamy na zakrętach? Czy ktoś zna odpowiedź na te pytania? Byłam już w ciąży. Wiem, jak zmieniło się moje myślenie i wiem, jak zmienił się w tym czasie D. W ciąży chodziłam trzy miesiące, to wystarczający czas, żeby oswoić się z tą myślą. No i oswoiliśmy się. To nic, że jesteśmy roztrzepani, nie do końca ogarniamy rzeczywistość i nie znaleźlibyśmy zatrudnienia w planowaniu i logistyce. To nic, że nasze mieszkanie jest niedomeblowane, a proste przesunięcie kanapy w inne miejsce jest przez nas dyskutowane sto razy, bo nikomu się nie chce tego zrobić. To nic. Kiedy znowu przyjdzie czas ciąży i przygotowań, damy sobie radę. Kiedy na świecie pojawi się nasze dziecko, będzie to oznaczać, że to był dobry moment. Bo nigdy nie ma właściwego czasu na zajście w ciążę. Zawsze jest coś jeszcze do zrobienia i nigdy się nie jest na 100% przygotowanym. Ale jak już to się stanie, pokażemy, do czego jesteśmy zdolni i jak bardzo potrafimy kochać i się starać. Tak, to my, niedoszli i mam nadzieję przyszli RODZICE.

7 comments on “Czy to dobry czas na dziecko?!
  1. Dobry moment na dziecko? Chyba nigdy nie ma takowego. Zawsze jest coś co można by było jeszcze zrobić, a to zmienić pracę na lepszą, a to zrobić remont, a to skończyć coś tam, a może jeszcze nie jesteśmy gotowi, setki powodów, że to jednak nieodpowiedni czas, ale prawda jest taka, że gdy zobaczy się te dwie kreseczki na teście świat wywraca się do góry nogami i wszystko składa się w całość i nagle, okazuje się, że lepszego momentu być nie mogło.
    Chyba nikt nigdy nie jest w 100% gotowy na dziecko. Co innego to rozmawianie o tym i decydowanie tak chce mieć, a co innego, gdy staje się to faktem i dziecko się pojawia. Myślę, że na taki komentarz jak czytamy powyżej może pozwolić sobie tylko osoba, która nie ma dziecka i nigdy w ciąży nie była i totalnie nie rozumie dylematów osób, które stają przed takim wielkim wyzwaniem jakim jest macierzyństwo i nie rozumie strachu jaki się na początku pojawia, mi to się wydaje całkiem naturalne.
    Pozdrawiam

  2. Wpis może być różnie odbierany, bo cały blog nie jest, że tak to okreslę, typowo smutno-poronny. W tekstach mimo takiej tematyki można doszukać się humoru i sarkazmu. Musisz się nastawić na krytykę niektórych mam, bo te blogi o utraconej ciąży są zazwyczaj utrzymywane w bardzo depresyjnym tonie, nie ma sie co temu też dziwić. Ten tekst nie jest o poronieniu, nie jest też o rozmyslaniu nad aborcją, jakby można było pomyśleć po wypowiedzi mojej poprzedniczki. Mi sie taki styl podoba. A z tym, ze jakby sie nad tym dłużej zastanowić, nie ma odpowiedniego czasu na dziecko zgadzam sie w 100% mamy z mężem córeczkę i to była planowana ciąża ale jak już zaszlam to też sie zastanawiałam, czy damy radę i czy to jednak nie za szybko. Jak dla mnie to dasz sobie radę. A postu nie czytajcie dosłownie, tu większość wpisów trzeba czytać między wierszami

    • Dziękuję za opinię 🙂 Czy nie jest typowo smutny? Pewne wpisy są. Są takie sprawy, z których nie da się żartować. Tak ja jest w opisie blogu, piszę tu nie tylko o poronieniu i stracie, ale również o innych sprawach, które często prześmiewam, więc nie wszystkie teksty będą depresyjne. Fakt, dużo tu sakrazmu, ale taki mam styl, taka jestem. Jeżeli o czymś myślę, albo coś robię, to opiszę to zgodnie z prawdą, bez dulszczyzny, bez ukrywania czegoś, żeby przypadkiem ludzie nie pomyśleli, że jestem zła albo jakaś durna. Pozdrawiam serdecznie i zapraszam do dalszej lektury.
      Ania

  3. czy jesteśmy gotowi na dziecko? a gdybyś swojego dziecka nie straciła? powiedziała byś mu – cześć mały sory ale nie wiem czy jestem na ciebie gotowa? jak dla mnie to jesteście smarkaczami którzy bawią się w rodzinę

    • Wiesz, to ciekawe, co napisałaś. Nie masz pojęcia, jak bardzo chciałam tego dziecka i nie masz prawa tego oceniać. Post traktuje o czymś zupełnie innym, o obawach młodych ludzi, dla których ciąża to zupełnie nowa sytuacja i kiedy już uda nam się ponownie, (mam nadzieję, że tym razem ze szczęśliwym zakończeniem), to do końca będę się zastanawiać, czy się sprawdzę w nowej roli, tak poważnej i odpowiedzialnej. To właściwie tyle, nie będę Cię obrażać, tak jak Ty mnie, bo tak jak Ci wcześniej pisałam, nie wyobrażam sobie, przez co przeszłaś, więc rozumiem, że patrzenie na świat też masz inne.
      Przy okazji prosiłabym Cię bardzo, że jeżeli komentujesz moje posty, to żebyś konsekwentnie używała jednej nazwy, żebym wiedziała, z kim rozmawiam. Pozdrawiam Cię ~atusia

    • Ja na miejscu autora skasowalabym ten komentarz bo jest mega chamski. Czytam tego bloga caly cza i nie zauwazylam ,zeby ania pisala o tym ze nie chce dziecka. Ja to zrozumialam tak ze jak czujsz ze chcesz miec dziecko to nie wazne ze w twoim zyciu nic nie jest na to przygotowane. Jak przyjdzie dziecko to damy sobie rade.

      • Cześć, ja nie kasuję komentarzy, każdy może tu napisać co chce i powiedzieć co myśli, komentarze nie są zatwierdzane i nie trzeba podawać maila, wolność słowa, bez cenzury 🙂 Niedługo mam zamiar napisać, jak głupie obawy miałam co do dziecka będąc w ciąży i przypuszczam, że to również może być odebrane, że jestem niedojrzała. Tak ja już kiedyś pisałam, nie mam zamiaru tu oszukiwać ani niczego przekłamywać. Jeżeli to co piszę kogoś wkurza lub obraża, po prostu nie powinien tu wchodzić. Pozdrawiam Cię serdecznie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.