Strach się czai w internetach, czyli „Wygoogluję to sobie”

Spread the love

„Wygoogluję to sobie”. Świetny pomysł, prawda? W goolgach jest wszystko. Wpisując tam najdziwniejsze zapytanie, w trzy sekundy otrzymasz odpowiedź. Uwielbiam wujka google, niejednokrotnie ratował mi życie. Jeżeli jednak chodzi o ciążę, stratę ciąży i myślenie o przyszłych staraniach – Boże broń przed Internetem!

Zacznijmy od najprostszego przykładu – przeziębienie w ciąży. Google wskazało mi mnóstwo potrzebnych informacji na temat domowych sposobów radzenia sobie z katarem i bólem gardła w ciąży. No to sposoby już mam, ale przecież to mi nie wystarczy. Wpisuję hasło: „Konsekwencje przeziębienia w ciąży”. Otwieram pierwszy artykuł i…mam czego chciałam. „W stanie błogosławionym kobieta ma obniżoną odporność immunologiczną i jest bardziej podatna na wszelkiego rodzaju infekcje. Przeziębienie, czy też grypa w ciąży, mogą być bardzo niebezpieczne niż nam się wydaje, dlatego aby uniknąć powikłań, nie wolno bagatelizować pierwszych objawów rozwijającej się infekcji.” Tak jak myślałam, to nie jest tak, że jest bezpieczne i drobne przeziębienie nic nie szkodzi, jak mówią wszyscy. Przecież to było logiczne. Szukam dalej. „(…)mogą skutkować wystąpieniem wad wrodzonych maluszka”. Coraz lepiej, lecę z następnym akapitem. „Niektóre środki farmaceutyczne (w tym ziołowe i homeopatyczne) mogą trwale uszkodzić płód. Przenikając przez łożysko docierają do rozwijającego się organizmu i mogą stać się przyczyną zakłócenia jego rozwoju, pracy serca, wątroby, układu krwiotwórczego czy też nerkowego.” Panika, mój katar i ból gardła to nie jest zwykłe przeziębienie, to mordercy! Naprawdę, dobrze, że jest Internet, od razu mi lepiej jak wiem, czym to grozi. Po drodze czytam jeszcze wypowiedzi na forach pod artykułami. Nieco mnie uspokajają, ale po czterech wypowiedziach, że dziewczyny były przeziębione całą ciążę, a dziecko urodziło się zdrowe, pojawia się piąta, która informuje, że właśnie wady wrodzone i zakłócenia rozwoju. No nic, idę do lekarza, doktor google tym razem mnie zawiódł.

Następny przystanek – TSH. O mojej tarczycy i problemowo bezproblemowych wynikach pisałam już parę razy. Po odebraniu pierwszych wyników, kiedy poziom wynosił 3,98, co mnie nieco zaniepokoiło, z Internetu dowiedziałam się, że z takim wynikiem w ogóle nie powinnam zajść w ciążę. Drogi Internecie, oświadczam, że trzy testy ciążowe i ginekolog twierdzą, że jednak zaszłam.  Po wyjaśnieniu tej kwestii przystąpiłam do analizy wyników. Znalazłam strony, na których można zadać pytanie specjaliście, jednak tak jak pisałam, u mnie nikt problemu nie stwierdzał. „Niedobór jodu” – diagnoza potwierdzona wielokrotnie. Później standardowo fora internetowe – każdy pisze co innego. Przeglądając setki wypowiedzi i opinii  internautek zestresowałam się tak bardzo, że nie pomógł nawet telefon do przyjaciółki. Ostatecznie znalazłam jedną wypowiedź, że tak naprawdę hormony w ciąży to rzecz nieodgadniona i postanowiłam się tego trzymać (jednocześnie trzymając się z przerażeniem za brzuch).

„Brak objawów w ciąży”. Wyświetla się tysiąc stron o różnej zawartości. Znajduję dużo informacji na temat objawów ciąży, jakie mogą się pojawiać w kolejnych jej etapach, ale oczywiście każdy organizm jest inny i nie ma się czym martwić, jeżeli się nie pojawiły. W końcu google zadziałało uspokajająco. Artykuły artykułami, ale przecież nikt nie pomoże ciężarnej kobiecie lepiej, niż inna ciężarna kobieta. No to czytamy fora. Generalnie kobiety z bezobjawowymi ciążami uspokajają inne kobiety z bezobjawowymi ciążami, że to nic złego, a kobiety z mocnymi objawami piszą, że zazdroszczą braku objawów. No i jest, nie mogło być tak pięknie. „Nie miałam objawów i się cieszyłam, ale później się okazało, że ciąża obumarła i poziom hormonów był niski, dlatego nie było objawów”, „Im silniejsze objawy, tym silniejsza ciąża.” Później jeszcze kilka wypowiedzi na temat zaniku objawów ciąży i tragicznych tego skutkach. No i już, już to przeczytałam. Co się raz zobaczyło, tego się już nie odzobaczy. Przeczytane, postraszone, załatwione.

Dla jasności, wszystkie te informacje zostały przeze mnie wyszukane przed kontrolą u lekarza, na której serce naszego dziecka biło w cudownie prawidłowy sposób. Po tej kontroli dałam sobie spokój z szukaniem wrażeń w sieci. No, może miałam tam jakieś małe incydentalne spotkania z wyszukiwarkami internetowymi, ale to naprawdę sporadycznie i z większą rozwagą.

Ciąża obumarła, łyżeczkowanie i powrót do domu ze szpitala. Leżę w łóżku z laptopem na kolanach i piszę. „Ciąża po zabiegu łyżeczkowania”. Wyskakują głównie fora, na których dziewczyny wymieniają się ze sobą informacjami, której udało się zajść po jakim czasie. Na tamtym etapie dla mnie najlepiej brzmiała wersja: „Zaszłam po dwóch tygodniach po zabiegu”. Ooooo, to jest pomysł. To może my też. D. patrzy na mnie z politowaniem. No tak, głupi pomysł. Dobrze, że przeczytałam o tylu pozytywnych przykładach kolejnych, zdrowych ciąż po poronieniu. Szkoda, że przeczytałam drugie tyle informacji na temat kolejnych poronień.

Czy robić badania przed kolejną ciążą? Lekarz zalecił sprawdzić TSH i ewentualnie toksoplazmozę. Internet radzi o wiele więcej. Znalazłam całą masę badań, które powinnam wykonać, tonę prawdopodobnch schorzeń, które mi dolegają, i które mogły spowodować poronienie. Trafiłam nawet na blog, którym byłam zachwycona, bo działał na mnie uspokajająco, do momentu, kiedy pojawił się post o wszystkich możliwych chorobach świata, które trzeba sprawdzić. W połowie czytania zorientowałam się o czym jest wpis i wyłączyłam okienko jak dziecko, które zasłania oczy gdy zobaczy coś strasznego. Po co ja to czytam? Ja naprawdę nie bagatelizuję problemu, zdaję sobie sprawę, że przy poronieniach nawracających należy zrobić badania, należy wszystko sprawdzić, by zabezpieczyć kolejną ciążę. Tylko że ja poroniłam raz, jeden raz, mam nadzieję, że ostatni. Nie będę gotowa na kolejną ciążę, jak będę bombardować swoją głowę takimi informacjami.

Googluję dużo rzeczy. Czytam o polityce, pogodzie, sprawdzam gdzie można tanio pojechać, szukam filmów, czytam recenzje. Rzeczy związanych z ciążą już nie googluję. Nie chodzi o to, że jestem księżniczką, która siedzi w wysokiej wieży swojego złotego zamku, macha haftowaną chusteczką do D. księcia z bajki i nie dopuszcza do siebie, że w życiu dzieją się straszne rzeczy. Ja wiem, że się dzieją. Wiem, że są złe wyniki, które mogą wpływać na ciążę. Wiem, teraz już nawet bardzo, że zajście w ciążę nie oznacza od razu urodzenia dziecka. Wiem, że zajście w jedną ciążę nie daje gwarancji zajścia w następną. Wiem. Tylko skoro to już wiem, to po co mam jeszcze dodatkowo to sobie potwierdzać i o tym czytać. Może to idiotyczne, ale ja stworzyłam sobie blog. Jest to jedyne miejsce w całym Internecie, gdzie mogę znaleźć sformułowania, które mnie uspokajają. Zgadzam się tu z każdą postawioną we wpisach tezą. W ciąży prawdopodobnie będę zaglądać na www.parenting.pl, tak jak zaglądałam w poprzedniej. Przy pierwszym plamieniu nie przeczytałam tam w pierwszym zdaniu, że to może być ciąża obumarła, a że po prostu narządy są bardziej ukrwione i małe plamienia nie muszą oznaczać najgorszego. Wujka google żegnam w tym temacie, co za wujek tak straszy kobietę ciężarną?! Tak jak już wcześniej pisałam, oszczędzę dzięki temu stresu sobie, dziecku i D., który do tej pory wytrwale słuchał o wszystkich lękach, które wyłowiłam z sieci. Takie to moje majowe postanowienie noworoczne.

2 comments to “Strach się czai w internetach, czyli „Wygoogluję to sobie””
  1. Po co nam lekarze? Przecież wszystko możemy sobie wygooglować i samemu się wyleczyć. Na You Tubie zapewne jest już filmik instruktażowy, jak odebrać poród. No więc w czym problem?

    Prawda?;)

    Zapraszam do siebie: http://redmind.pl/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.