„Ty leserze!”, czyli podejście do L4 po poronieniu

Spread the love

L4 po poronieniu. Najprawdopodobniej znalazłaś się tutaj, bo wpisałaś ten termin w Google. Ze statystyk na stronie wynika, że codziennie ten wpis czyta około dwudziestu kobiet. Dwadzieścia dziennie. Sto czterdzieści tygodniowo. Tyle nas jest…

Wpis nie zawiera porad prawnych, nie jest to merytoryczna informacja na temat zwolnienia po poronieniu. Są to moje przemyślenia i spostrzeżenia jako kobiety, która przez to przeszła.

Podobno kobietom po poronieniu, niezależnie od stopnia zaawansowania ciąży, przysługuje urlop macierzyński. Rozumiem, że może z niego skorzystać każda kobieta, która straciła dziecko, jeżeli tylko  sporządzony zostanie akt urodzenia. W tym celu należy poprosić w szpitalu o wystawienie takiego dokumentu. Niestety szpitale zazwyczaj nie informują o takiej możliwości, jeżeli kobieta poroniła wczesną ciążę. Nie chcąc wchodzić w prawne analizy powiem tylko tyle, że osobiście po  zabiegu nie byłabym w stanie załatwiać formalności związanych z takim aktem. Trzeba z takim dokumentem udać się do USC, nie wiem, jak jest z imieniem, czy trzeba je nadać. Można określić, jaka była płeć, nawet na podstawie przeczuć matki. Po załatwieniu wszystkich formalności można otrzymać płatny urlop macierzyński, trwający 8 tygodni. Ja nie chciałam sporządzać aktu urodzenia martwego dziecka, ani urządzać pochówku, mieć grobu. Nie wiem też, czy w moim przypadku osiem tygodni to nie byłoby za długo. Jest to indywidualna sprawa każdej kobiety i do szału doprowadzają mnie dyskusje, że należy się jak się poroni w drugim trymestrze, bo w pierwszym to jeszcze nie dziecko, a do szóstego tygodnia to już w ogóle galaretka. Ja straciłam dziecko w dwunastym tygodniu i nie zastanawiam się, czy cierpiałam bardziej od kobiet, które poroniły w szóstym. Nie myślę też o tym, o ile bardziej bolesne to jest dla mam, które straciły ciążę w ósmym miesiącu. Ja zajmuję się sobą. Zdecydowałam się na normalne zwolnienie L4, niezdolność do pracy, otrzymałam je  od mojego ginekologa. Oczywiście zwolnienie to nie ma kodu B, czyli jest płatne 80%.  Wiem też, że takie L4 wystawi każdy psychiatra i nie jest to powód do wstydu. Wykorzystuję teraz moje zwolnienie. Wykonałam wszystkie badania, odwiedziłam kilku lekarzy (w zasadzie to 1 raz rodzinnego i 2 razy ginekologa, zgodnie z moim uzależnieniem) i w chwili obecnej męczę dentystę. Chcę w ciągu tygodnia udać się do nefrologa z powodu nawracającego bólu nerek. Wiem, że po powrocie do normalnego trybu życia nie będzie na to wszystko czasu. Chcąc zrobić badania, będę musiała informować pracodawcę, dlaczego muszę przyjść później, lub wyjść wcześniej. Wolę to wszystko załatwić na spokojnie. Stresu, nerwów i pośpiechu miałam ostatnio pod dostatkiem.

Naprawdę irytuje mnie fakt, że ludzie z tym dyskutują. Jeżeli chodzi o ciążowe L4, to w mojej bezobjawowej ciąży czułam się rewelacyjnie. W okolicach 6-7 tygodnia zasypiałam o 21:00, jak nigdy, ale za to rano wstawałam rześka i wypoczęta, też jak nigdy. Do pracy dojeżdżam ponad 50 km w jedną stronę, autem. Pierwszy dzień po zrobieniu testu, wsiadając jak co rano za kierownicę, myślałam o tym, że nie jadę już sama i teraz muszę uważać o wiele bardziej. Po pierwszej kontroli ginekolog zapytał mnie, czy chcę zwolnienie. Uznałam, że jeszcze skończę wszystkie sprawy w pracy i dopiero wtedy poproszę o L4. No i tak sobie jeździłam. Czasem jechał ze mną D. Było to o tyle pomocne, że sporadycznie podczas porannej jazdy nękały mnie mdłości. Później zorientowałam się, że po prostu muszę zmienić przyzwyczajenia i śniadanie jeść w domu, a nie dopiero po przyjeździe do pracy. Powroty były gorsze, często nie mogłam się skoncentrować na drodze, czułam się zmęczona. Powiem szczerze, że w pracy też nie za bardzo mogłam się skupić. Najbardziej interesowała mnie tak naprawdę moja ciąża, dziecko i wszystko z nim związane. Zajmuję dość wysokie stanowisko i pozwalanie sobie na permanentną dezorientację  było:

  1. Nieuczciwe wobec pracodawcy.
  2. Nieodpowiedzialne, patrząc na ilość i wagę podpisywanych przeze mnie dokumentów.
  3. Niebezpieczne i głupie, biorąc pod uwagę ilość wypadków, jaka wydarza się tygodniowo na drodze, którą codziennie jeżdżę do pracy.

Udanie się na ciążowe L4 w moim przypadku nie było więc trudną decyzją. Szefowie pracują ze mną nie od dzisiaj i wiedzą, że do leni nie należę. Miałam też ten komfort psychiczny, że wiedziałam, że mam gdzie wracać. Zwolnienie miało zaczynać się po kontroli w 12 tygodniu. Po porodzie planowałam roczny urlop macierzyński. Zwolnienie oczywiście otrzymałam, jednak niestety nie z tego powodu, z którego chciałam.

Przed zabiegiem zostałam na chwilę sama z moim ginekologiem. „Będzie pani potrzebowała zwolnienie?” – zapytał. „Tak” – odpowiedziałam. Później nastąpiła krótka wymiana pytań w rodzaju – ile pani chce, a ile mogę, a ile pani chce, a ile dajecie, a ile pani potrzebuje, po czym z moich ust padło ” Ja bym chciała miesiąc”. „Hmmm, miesiąc to długo” – mój lekarz zmarszczył brwi. Ja nie uważałam, że to długo i nawet nie zamierzałam mu tego tłumaczyć. „Ze szpitala dostanie pani do weekendu majowego, później może pani do mnie przyjść, będziemy przedłużać.”

W pierwszy ranek po zabiegu o 8:30 do sali szpitalnej weszło około 15 osób, wszyscy w kitlach. Obchód. Wyglądało to dość strasznie, dlatego wszystkie panie leżące razem ze mną usiadły sztywno na łóżkach. Pierwszy był ordynator, za nim stał mój ginekolog, jeszcze jakiś innych 5 lekarzy, położne i pozostały personel medyczny. W pokoju razem ze mną były jeszcze 2 pacjentki, opis każdej z nich zajął obchodzącym ok. 40 sekund. Mi również nie poświęcono więcej czasu. „Pani jest już po zabiegu” – oświadczył mój lekarz. Ordynator popatrzył w kartę. „No to pani już wychodzi. Potrzebuje pani zwolnienie? Tak? Ile? Tydzień wystarczy? No to tydzień”. Wyszli. No to tydzień. Z racji, że tydzień kończył się 29 kwietnia, przyznano mi L4 do 30 kwietnia, po którym następował długi weekend majowy, co dawało mi kolejnych kilka dni wolnego. Co ja zrobię z tym czasem? Chyba będę leżeć do góry brzuchem, będę się wysypiać i cieszyć się, że nie muszę chodzić do pracy. Bo chyba o to chodzi w tym całym poporonnym L4, prawda? Przecież fizycznie nam nic nie dolega, dlaczego w ogóle przysługuje nam wolne? W moim przypadku po zabiegu miałam lekkie plamienia, lżejsze niż okres. Nic mnie nie bolało. Właściwie to czasem miesiączki znoszę gorzej, a z miesiączką do pracy chodzę bez żadnych dyskusji. Dostałam więc tydzień dodatkowego urlopu, jeeeej. I to jeszcze z kodem „B”, pełnopłatne, full wypas.

Tydzień. 7 dni. Po 7 dniach miałam jeszcze problemy, by wstając rano nie wybuchać płaczem. W nocy spałam niespokojnie, męczyły mnie koszmary. Nie miałam ochoty na zbyt częsty kontakt z ludźmi, spotkania towarzyskie ograniczyłam do wąskiego grona osób, by nie musieć ze wszystkimi rozmawiać o naszej stracie. Po tygodniu poszłam po pomoc na sesję, która bardzo mi pomogła. Po tygodniu postanowiłam wylać z siebie wszystko, co siedziało w środku i rozpoczęłam pisanie bloga. Tydzień uciekł gdzieś, jakby go nie było. Ósmego dnia po zabiegu rozglądnęłam się po mieszkaniu i zobaczyłam, w jakim jest stanie. D. praktycznie całe dnie spędzał w pracy. Po powrocie z pracy poświęcał czas mi i na ogarnianie kuchni i łazienki nie starczało mu czasu. Ósmy dzień był więc poświęcony praniu, myciu i doprowadzaniu mieszkania do stanu „sprzed”. Normalnie, będąc uczciwym i rzetelnym pracownikiem, ósmego dnia powinnam się już stawić w pracy, zakasać rękawy i działać, a nie zajmować się brudną bielizną. Zapewne istnieją kobiety, którym właśnie to by pomogło, praca, a nie siedzenie w domu. Ja jednak do takich nie należę. W mojej opinii każda z nas wie, ile czasu potrzebuje, i jeżeli ma do tego warunki, to powinna sobie ten czas dać.

Dziś mijają dokładnie trzy tygodnie od zabiegu. Trzy tygodnie temu o tej godzinie snułam się gdzieś po szpitalu modląc się o szybkie poronienie. Od tego czasu dużo się wydarzyło i dużo się napisało. Teraz mogę powiedzieć, że powoli jest mi lepiej. Sporządziłam sobie listę rzeczy, które koniecznie chcę zrobić w domu, zanim skończy się L4. Muszę posprzątać balkon, zrobić porządek w pościeli, przygotować pokój do remontu, poprzesadzać kwiatki. Nie zajmuję się już tylko i wyłącznie myśleniem o zabiegu, o stracie, o dziecku. Powoli (bardzo powoli) zaczynam racjonalniej myśleć o kolejnej ciąży. Już nie musi ona być teraz, zaraz. Powoli dochodzi do mnie, że ona przyjdzie, jak będę gotowa. Parę dni temu pierwszy raz od wyjścia ze szpitala odebrałam służbowego maila, żeby zobaczyć, co w trawie piszczy. Na nowo zaczyna mnie interesować, co teraz dzieje się w firmie. Wracając do pracy muszę być w pełni gotowa, skupiona. Nie będę traktowana ulgowo z powodu poronienia. Nie dość, że tego nie oczekuję, to jeszcze bym tego nie chciała. Cieszę się, że udałam się do ginekologa po przedłużenie zwolnienia (Dla przypomnienia, przedłużone zwolnienie nie ma już kategorii „B”, tak jak miało ją poszpitalne). Szybki powrót w moim przypadku dla nikogo nie byłby korzystny. Bezpośrednio po zabiegu sprawy związane z pracą wydawały mi się odległe i abstrakcyjne. Teraz zaczynam się cieszyć na myśl, że znowu tam pojadę. Dla mnie jest to ewidentny dowód na to, że podjęłam słuszną decyzję. Miałam taką możliwość, więc dałam sobie czas. Nie słuchaj więc, jak ktoś Ci mówi, że biorąc dłuższe L4 po poronieniu jesteś leniem, naciągarą i wykorzystujesz pracodawcę. To bzdura. Uważam, że poszpitalne L4 w takich przypadkach powinno wynosić przynajmniej dwa tygodnie, zazwyczaj jednak trwa krócej, o ile przyznają je w ogóle.

Na koniec zacytuję mojego szefa, złotego człowieka jak się okazało: „Ania, przychodzi taka chwila w życiu każdego z nas, kiedy praca nie jest naszym priorytetem. Teraz właśnie w twoim życiu jest ten moment i masz do niego prawo, nie śpiesz się, są rzeczy ważne i ważniejsze.” Nic dodać, nic ująć. Pozdrawiam wszystkie leserki i naciągaczki 😉

8 comments on “„Ty leserze!”, czyli podejście do L4 po poronieniu
  1. Ja chciałam podzielić się z Wami moją historią. Także poroniłam w 12 tc.

    Mnie również nikt nie poinformował o żadnym urlopie, wraz z mężem dowiedzieliśmy się o tym przez przypadek od rodziny, jeszcze jak leżałam w szpitalu. Zaczęliśmy szukać informacji na własną rękę. Dowiedzieliśmy się, że musimy określić płeć dziecka, a przed 16 tc szpital tego nie zrobi, że musimy zlecić badania na własną rękę w zewnętrznym laboratorium i nie mamy gwarancji co do tego, że wynik w ogóle wyjdzie. Musieliśmy dopominać się w szpitalu o próbki, dowiedzieć się w jaki sposób powinny być zabezpieczone by laboratorium zewnętrzne chciało w ogóle je przyjąć. Dopiero po określeniu płci będziemy mogli poprosić szpital o wydanie dokumentów, które możemy złożyć w USC, i że takie dokumenty też są nam potrzebne do ubezpieczenia, które sami opłacamy. Zastanawialiśmy się, czy w ogóle mamy na to siły i czy chcemy się tego podejmować. Stwierdziliśmy, że zawalczymy jedynie o ubezpieczenie. Na pochówek, organizowanie pogrzebu i upominanie się o zasiłek pogrzebowy z fakturami nie mamy już psychicznie sił, wiedząc już, że szpital o to zadba.

    Po wyjściu ze szpitala czekałam w domu na zwolnieniu na wyniki z patomorfologii. Kiedy dostałam informację, że są już gotowe do odbioru, nawet po części się ucieszyłam. Myślałam, że chociaż jeden etap mogę zamknąć za sobą. Niestety nie poznaliśmy przyczyny poronienia. Na wyniku od patomorfologa nic nie wyszło, lekarz określił puste jajo płodowe, choć kilka godzin przed wywołanym poronieniem miałam stwierdzoną obecność płodu, któremu serce przestało bić ok tygodnia wcześniej. Nie wiem czy coś poszło nie tak podczas badania, czy na innym etapie, choć postępowałam starannie, tak jak prosili mnie o to w szpitalu… Na wyniku było napisane coś po łacinie, lekarz ginekolog nie potrafił dokładnie tego przetłumaczyć, zalecił mi by zapytać w laboratorium patomorfologicznym, do którego i tak się wybierałam. Zaprowadzono mnie do lekarza patomorfologa, który wypisywał kartę i, który stwierdził dany wynik. Niestety, nawet informacja po łacinie nic nie wniosła. Wewnętrznie byłam trochę rozczarowana tą sytuacją, bo ciągle nie wiedziałam co poszło nie tak, czy to wada genetyczna, czy powikłania po grypie, którą przechodziłam na początku ciąży. Niestety przypadłość kobiet, które poroniły jest taka, że zawsze będą doszukiwały się własnej winy w tym wszystkim, nawet po części.

    Później lekarz zadał mi pytanie, czy chcę pobrać materiał i na co oraz czy chcę dokonać pochówku. Zdziwiłam się, bo rozmawiałam już na ten temat w szpitalu z położną, ale stwierdziłam, że jest to pewnie standardowa procedura, skoro to oni wydadzą mi wszystko co potrzebne, więc odpowiedziałam, że chcę określić płeć, ale pochówku nie chcę robić. I wtedy się zaczęło… Nagle lekarz zrobił się agresywny, zaczął uszczypliwie do mnie kierować słowa, że chcę iść na urlop. Stwierdziłam, że być może, nie wiedziałam w jakim jeszcze będę stanie, po czym on zaczął do mnie wykrzykiwać coś o tym, że religia umarła, że za pieniądze z jego podatków chcę siedzieć w domu, że tak to jest jak w dzisiejszych czasach jak za seks się płaci, że on mi nic więcej nie pomoże i mam szukać sobie frajera, który zrobi mi te badania (oraz wiele innych przykrych słów, których już nie przytoczę)… Zachowanie tej osoby było po prostu obrzydliwe. Byłam w szoku i przez łzy starałam się bronić jak tylko mogłam. Czułam, że ktoś rozdrapuje mi na nowo moje rany, które wcale nie zaczęły się goić. Lekarz ciągle szedł w zaparte, nie docierały do niego moje argumenty ani to, że nie ma najmniejszego prawa mnie oceniać lub wypowiadać się na ten temat, że to nie jest jego sprawa. W życiu nie spodziewałam się, że może spotkać mnie taka przykrość w obliczu takiej tragedii jaką była utrata naszego dziecka, na które z mężem tak czekaliśmy i którego tak bardzo pragnęliśmy. Przez kilka dni nie mogłam dojść do siebie po tych słowach.

    Obecnie czekamy na wynik i szykujemy skargę do szpitala.

    Jedyne co mogę powiedzieć, to to, że niestety wiele z nas może spotkać coś okropnego w obliczu zadufania i braku zrozumienia ze strony innych, nawet lekarzy, którzy zapomnieli o przyrzeczeniu lekarskim. MAMY PRAWO do żałoby, odpoczynku, pochówku lub rezygnacji z tego wszystkiego… wszystko zależy od tego na co mamy siły. Najważniejsze jest by wsłuchać się w siebie.

    Życzę Wam wszystkim dużo siły i zrozumienia wśród innych.

    • Cześć. Strasznie mi przykro. Straszne jest też to, jak Cię potraktowano. Nie rozumiem tego. Dlaczego tak bardzo nie szanuje się podejścia par do straconej ciąży? Dlaczego się ich nie informuje o możliwościach, o ich prawach. To i tak ciężki czas, przykro mi że dodatkowo spotkało Cię tak złe podejście lekarzy. Tyle się mówi o prawie kobiet, by rodziły po ludzku, może czas porozmawiać o tym, że mają prawo również po ludzku poronić.

  2. 7 grudnia wracam do pracy. Biuro i koledzy na mnie czekają. Jestem drugi tydzień na L4 i dochodzę do siebie. To czas dla mnie. Uważam że 3 tygodnie to dobry czas aby mieć czas na płacz, na wycie, na walenie pięściami w poduszkę. Ale również dla siebie samej, na porządki w domu, na chodzenie bez makijażu po mieście, na układanie planu na dalszy czas. Na wizytę u psychologa, psychiatry, ginekologa. Na czas żałoby i zadumy. Nie chciałam wracać do pracy za wcześnie aby nie wprowadzać ludzi w zakłopotanie i aby każde wypowiedziane zdanie nie stanęło w gardle jak gula i aby już łza nie leciała. Z kolei 8 tygodni macierzyńskiego też nie brałam bo znam siebie i wiem, że to za długo. Rozmowę z szefem po wyjściu ze szpitala odbyłam przez telefon i była to ciepła i przyjacielska rozmowa, za co mu osobiście podziękowałam jak zanosiłam nowe zwolnienie. W takich sytuacjach naprawdę można dowiedzieć się jakie się ma wsparcie nie tylko w najbliższych ale również w ludziach z pracy. To bardzo ważne aby mieć tego świadomość.

  3. U mnie niestety szef nie bardzo rozumie co to znaczy poronic i owszem L4 przyjął do wiadomości ale już w drugim tygodniu próbował mi nakazać prace z domu bo raport trzeba zrobić!!!!!!!

    • Cześć. No są szefowie i szefowie niestety. U mnie nie było problemu, ale jak widać niektórzy nie wiedzą, o co chodzi :/ Chore, są takie sytuacje, że każdy powinien odnaleźć w sobie odrobinę człowieka, niestety niektórzy nie potrafią

  4. W wielu przypadkach pomyślałabym o leserstwie moich współpracowników, będących na zwolnieniu. Ale kiedy nasza koleżanka poroniła, dla wszystkich było oczywiste, że do pracy jeszcze nie wróci. I świat się nie zawalił. Tak na marginesie, trzy dni temu urodziła śliczną córeczkę, z drugiej ciąży 🙂

    • Gratulacje dla koleżanki 🙂 na szczęście mój szef też ma takie podejście, i moi współpracownicy również. Ja jestem gotowa wrócić do pracy teraz, bo zauważyłam, że już sama z siebie zaczynam o niej w domu myśleć. Zajmuję kierownicze stanowisko i nie wyobrażam sobie tydzień po tak ciężkim dla mnie przeżyciu wrócić i dobrze wykonywać swoje obowiązki. Uważam, że trzeba mieć do tego po prostu uczciwe podejście. Wiadomo, że znajdą się osoby, które będą te zwolnienia naciągać. Ja po prostu potrzebowałam chwili, żeby dojść do siebie i wrócić do formy. Pozdrawiam.
      Ania

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.