Szpagat w środę, szpagat w sobotę, czyli „Panie doktorze, proszę mnie zapewnić”

Spread the love

„Dzień dobry, mam na imię Ania i o wizycie u ginekologa nie myślę już od dwóch dni” – tak zaczynałabym moje wizyty w grupie wsparcia, do której powinnam należeć. Albo jeszcze dobitniej – „Dzień dobry, mam na imię Ania i jestem anonimowym ginekologoholikiem”…

Moje podejście do wizyt u ginekologa mogę podzielić na trzy etapy, ten przed, w trakcie i po.  Etap przed – rutynowe kontrole, szybkie badanie, cytologia, usg piersi, średnio raz na rok. Nie czułam potrzeby, żeby ktoś inny niż D. zaglądał tam zbyt często. W listopadzie ubiegłego roku poszłam pierwszy raz na wizytę do mojego obecnego lekarza. Doskwierał mi częsty ból jajników, przynajmniej tak mi się wydawało, dopóki nie zostałam uświadomiona, że to raczej pęcherz. „Niedługo chcemy się starać o dziecko, chciałam się upewnić, że jestem gotowa” – poinformowałam z całą ekscytacją, jaka towarzyszyła świadomości, że to już niebawem zaczynamy. „Jest pani zdrowa i gotowa” – odpowiedział lekarz – „Z ginekologicznego punktu widzenia nie ma przeciwwskazań”. JEST, o to chodziło!  Etap w trakcie – wizyty w ciąży. Badanie, usg, ważenie, analiza badań, rozmowa z lekarzem, szczęście po wyjściu z gabinetu. Niestety takich wizyt były tylko dwie. Na każdą z nich nie mogłam się doczekać, do przychodni leciałam jak na skrzydłach, a po powrocie do domu analizowałam 100 razy każdą pochwałę dotyczącą naszego dziecka: „Tętno prawidłowe, jest tak, jak być powinno na tym etapie”, „Ma pani w brzuchu nową jakość, trzeba na siebie trochę bardziej uważać, bo teraz to się liczy najbardziej”, i moje ulubione „Oby tak dalej”. Który rodzic nie chciałby usłyszeć na wizycie kontrolnej takich słów od lekarza prowadzącego? Pamiętam jak po pierwszej wizycie, kiedy na usg widać było jedynie mały pęcherzyk, zapytałam lekarza, czy jak przyjdę za dwa tygodnie, to już będzie widać serce. „W prawidłowo rozwijającej się ciąży tak” – odpowiedział. Dlaczego nie mógł powiedzieć po prostu „Tak”? Dlaczego mnie nie zapewnił, że będzie dobrze? A do kogo mają później pretensje matki, u których jest źle?

Obecnie przechodzę przez etap po. Po usłyszeniu słów, których żaden rodzic nie chce usłyszeć, moje patrzenie na wizyty u ginekologa odwróciło się o 180°. Najpierw przyjęcie na oddział w szpitalu. Podczas rozmowy z położną jeszcze raz upewniłam się, że to mój ginekolog zrobi zabieg. To jest mój lekarz i niech lepiej nikt inny nawet  do mnie nie podchodzi, bo mogę kopnąć, mocno. Badanie kontrolne wykonała młoda pani doktor, niezbyt delikatnie (Przepraszam, czy pani włożyła mi tam rękę po łokieć?!”) I ten reflektor…Koszmar. W pomieszczeniu był jeszcze mój lekarz, pielęgniarka, położna i stażystka, stali wpatrzeni we mnie siedzącą na fotelu. Wszyscy kiwali potakująco głowami, wtedy się chyba po prostu mądrzej wygląda. Poprosiłam, żeby podczas usg na sali mógł być D., niech zobaczy nasze dziecko ostatni raz. Wiem, że mu na tym zależało, a mi dzięki jego obecności też jakoś łatwiej. Tego dnia na fotelu ginekologicznym siadałam jeszcze jakieś 5 razy. Najpierw aplikacja tabletki na poronienie, później sprawdzanie, czy poronienie nastąpiło, na koniec zabieg. W trakcie jednego dnia totalnie pozbyłam się skrępowania, jakie towarzyszyło mi na tym fotelu wcześniej. Było mi zupełnie obojętne, czy będę musiała usiąść na nim jeszcze raz, czy może trzy razy.  Nie obchodziło mnie nawet, kto na to wszystko patrzy. Jedyne czego chciałam, to żeby zamknęło się to w jednym dniu, żeby do północy było już po wszystkim.

Po wyjściu ze szpitala w głowie narastają pytania, setki pytań. Co teraz powinnam zrobić? Czy powinnam brać jakieś leki? Które badania należy wykonać? Czy w razie złych wyników TSH muszę iść do endokrynologa, czy ginekolog może przepisać mi tabletki? Ile po zabiegu trzeba czekać z seksem? Kiedy powinna przyjść następna miesiączka? No i oczywiście najważniejsze, pytania o przyszłą ciążę –  czy i kiedy mogę, no i dlaczego tak późno? Jak mam uzyskać odpowiedzi w miarę szybko? Przecież nie zadzwonię do lekarza się go podpytać, bo uzna mnie za wariatkę. Hmmm, i tak muszę się umówić na wizytę, żeby przedłużyć L4, wtedy zapytam. Ale to dopiero za tydzień…Cholera, mogłam zostać w szpitalu jeszcze jeden dzień, tam miałabym większe szanse na spotkanie. Nie dobrze, coraz więcej pytań, a do wizyty jeszcze tyle czasu. Najchętniej to bym zamieszkała z tym ginekologiem, mogłabym go budzić w środku nocy, jakby mi przyszło do głowy jakieś złote pytanie i na miejscu uzyskałabym złotą odpowiedź. Tylko co na to D. i żona ginekologa? No nic, czekam na wizytę.

Wczoraj wieczorem, ok. 21:30 wchodzę do gabinetu lekarskiego. „Ja po przedłużenie zwolnienia. Nie mam jeszcze wyników histopatologicznych, będą w środę, ale to nie szkodzi, bo jestem do pana umówiona jeszcze na piątek, właśnie ze względu na te wyniki i ogólnie chciałam o parę rzeczy zapytać, no i ogólnie się zbadać, ale dzisiaj to tylko po zwolnienie”. Matko najdroższa, Anka, przestań gadać, po co tyle gadasz? Pan ginekolog ledwie patrzy na oczy. Przyjął mnie tak późno tylko dlatego, że kończyło mi się L4 i obiecał, że je przedłuży. „Proszę się położyć na chwilę na kozetce, zrobimy usg przez brzuch”. Ok, niech będzie, zawsze to jakaś informacja przed piątkiem. „No niestety, muszę jednak panią zaprosić na fotel”. Ależ nie ma problemu panie doktorze! Wejście na fotel i zejście z niego mam opanowane do perfekcji, proszę pozwolić, że zaprezentuję. Hop, i jestem, czy nie robię tego najlepiej ze wszystkich? No i jest, szpagacik, proszę mnie badać. „Wszystko jest dobrze, jest bardzo dobrze, nie ma żadnych powikłań po zabiegu, plamień już też nie ma.” No i prawidłowo, komplikacje oznaczałyby dla nas dodatkowy czas czekania na kolejną ciążę. Jak dobrze, że jest dobrze. Tak naprawdę to miałam nadzieję usłyszeć : „Pani Aniu, w całej karierze nie widziałem takiego przypadku, wszystko jest już w pełni zregenerowane, właściwie to właśnie ma pani owulację, proszę iść do domu i działać”, ale jako że to słabo realne, to cieszyłam się, że jest po prostu dobrze. Po badaniu dowiaduję się, że w zasadzie nie muszę już przychodzić  na wizytę w piątek. Po odebraniu wyników histopatologicznych mogę złapać pana doktora gdzieś na oddziale w szpitalu i tam porozmawiamy. „Ale czy w szpitalu będzie czas, żeby mi pan odpowiedział na parę pytań?” No tak, to może być kłopot. W odpowiedzi słyszę, że jeżeli faktycznie ma to być dłuższa konsultacja, to zaprasza na umówioną wizytę, jeżeli jednak chcę analizy wyników i kilku krótkich informacji, to szkoda mojego czasu i pieniędzy, możemy załatwić to w szpitalu. Po powrocie do domu patrzę na moją listę pytań. Nie ma szans, piątkowa wizyta jest konieczna. Ja nie zubożeję, a głowa będzie spokojniejsza.

Czy ja zwariowałam? Czy to możliwe, że wizyty u ginekologa po zabiegu traktuję jako formę terapii? To chyba nie do końca o to chodzi. Internet, znajomi, książki, to wszystko są źródła informacji, z których mogę uzyskać odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Testowałam to w ciąży i parę dni po ciąży…bez sensu, w głowie miałam coraz większy bałagan. Ginekolog to specyficzna profesja. Decydując się na jego wybór musimy być w 100% pewne, że nam odpowiada, że mamy do niego pełne zaufanie. Dla mnie istotne było również, żeby akceptował go również D. U kogo mamy znaleźć odpowiedzi na te wszystkie pytania, które tłoczą nam się w głowie po takiej katastrofie? Oczywiście, że u niego. To on będzie prowadził naszą następną ciążę, on zna historię ostatniej. Czego jednak oczekuję? Jakich odpowiedzi? Co powiem? „Panie doktorze, proszę mnie zapewnić, że szybko zajdę w następną ciążę i ją szczęśliwie donoszę”? Albo ” Wiem, że wyniki histopatologiczne nie wykazały niczego groźnego, proszę mi więc wytłumaczyć, dlaczego straciłam dziecko”? Mam jeszcze parę innych kandydatów na pytanie roku, wierzcie mi na słowo. Co mógłby na te pytania odpowiedzieć lekarz? Przecież nie jest Bogiem. Przepraszam bardzo, czy ktoś wie, gdzie znajdę ginekologa, który jest Bogiem i wie wszystko? Bardzo go potrzebuję. No niestety, mój mimo braku tego boskiego pierwiastka wszechwiedzy i tak jest w porządku,  zostanę przy nim. W piątek następna wizyta. Wezmę swój notesik i będę zadawać pytania,  będę notować uzyskane informacje. Pytania będą racjonalne, tak jak racjonalne są wszystkie odpowiedzi, które do tej pory uzyskałam w tamtym gabinecie. Nie zrobię z siebie desperatki, która chce wiedzieć na 100%, że będzie dobrze. Wiem, że tego nikt nie wie.  Nic jednak nie poradzę, że na końcu języka i tak zawsze będzie niewypowiedziane: ” Panie doktorze, proszę mnie zapewnić”…

, ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.