Przeżyj ze mną tę tragedię

Spread the love

Kiedy dzieje się coś złego, mówię o tym D. Kiedy D. mnie wkurzy, dzwonię do przyjaciółki, czasem do dwóch. Mogę też zawsze porozmawiać z siostrami. Po wyjściu od ginekologa pierwszy raz w życiu nie wiedziałam, do kogo się zwrócić z moim problemem. Do kogo zadzwonić, by usłyszeć coś właściwego – do siostry, mamy, przyjaciółki, a może do Boga?

Ustalmy jedną rzecz –  kiedy kobieta dowiaduje się o śmierci swojego dziecka nie można powiedzieć nic, ale to absolutnie nic, co sprawiłoby, że poczuje się lepiej.  „To był tylko sen”, „Ginekolog się pomylił”, albo „Spokojnie, to wszystko był żart” w zasadzie mogłyby pomóc, gdyby tylko to była prawda. Każdy, kto poczuł tę miłość, nawet gdy dziecko miało tylko kilka milimetrów, wie o czym mówię. Dlaczego przez te wszystkie tysiąclecia, kiedy rodzice tracili swoje dzieci, nikomu nie udało się wymyślić jednego sformułowania, które mogłoby im pomóc? Przecież „te wszystkie tysiąclecia” to szmat czasu, by wymyślić jedno zdanie. Latamy w kosmos do cholery! Podajcie mi jedno zdanie, proszę…

Mój związek z D. nigdy nie należał do tych przykładnych, słodkich, facebookowych. Przez pierwszy rok byliśmy razem chyba tylko na złość sobie, nie było tygodnia bez kłótni. Kiedy po dwóch latach zdecydowaliśmy wyremontować razem mieszkanie i wspólnie w nim zamieszkać, większość  znajomych łapała się za głowę i radziła zakup papierowych talerzy. Po jakimś czasie wszystko się uspokoiło, w końcu ile można ze sobą walczyć, skoro i tak nie potraficie się rozstać. Przez cały okres trwania naszego związku przerabialiśmy różne sytuacje, te dobre, jak i złe. Przeszliśmy przez zmiany pracy, odejścia bliskich, kapitalny remont , kryzys finansowy. Oprócz tego D. kilka razy był przeziębiony, co oczywiście przewyższa wszystkie pozostałe tragedie, które nas spotkały. W końcu nastała stabilizacja, taka prawdziwa. Zaczęłam widzieć w moim D. prawdziwego partnera, przyjaciela. Decyzja o staraniach o dziecko była prosta. „Jestem pewna, że to jest właściwa osoba, to właśnie on będzie ojcem, o jakim marzy każdy maluch” – myślałam. Kiedy dowiedzieliśmy się, że będziemy rodzicami, często obserwowałam D. kiedy spał i zastanawiałam się, jak to będzie. Przetrwaliśmy już wiele prób, czy z rodzicielstwem poradzimy sobie razem równie dobrze? Tego niestety dowiem się trochę później, ale jedno wiem na pewno. Nikt w tej tragedii nie pomógł mi bardziej. Strata dziecka pokazała mi, jakiego człowieka mam przy sobie, obok kogo co noc zasypiam. D. nie potrzebował magicznego zdania, żeby mnie pocieszyć. Właściwie to nie pamiętam, żeby mówił zbyt dużo, raczej po prostu był przy mnie. Tak naprawdę nikt nie zrozumie twojego bólu, jeżeli właśnie nie przeżył tego samego. Teraz już wiem, że kiedy zajdę w ciążę i będę patrzeć w łóżku na śpiącego D., nie będę się zastanawiać, czy będziemy razem dobrymi rodzicami, będę to wiedzieć.

Moja najlepsza przyjaciółka starała się jak mogła. Najpierw szukała jakiegoś wytłumaczenia dla tego, co się stało, później nie mówiła nic, tylko słuchała cierpliwie, w końcu zaczęła się zachowywać jak przed tym felernym poniedziałkiem. Jej telefony przestały zaczynać się od „I jak się czujesz?”, już nie wszystkie rozmowy dotyczyły mojej straty. O ile na początku, na etapie szukania wytłumaczenia, doprowadzała mnie do szału, to później jej przejście do normalności było najlepszym, co mogła zrobić. Przecież nie można więcej o tym powiedzieć, przecież nie wymyśli tego cudownego sformułowania, po którym zapomnę. Ważne, że jest, tak jak była wcześniej. Po szpitalu potrzebowałam ciszy i spokoju. Pierwszy raz w życiu ja, stworzenie stadne, chciałam być naprawdę sama. Każdy telefon i sms były męczące. No ale przecież nie można winić ludzi, że chcą ci pomóc, że chcą być przy tobie. Wszyscy chcieli mnie wesprzeć, każdy na swój sposób. Jedni pisali, drudzy dzwonili, proponowali spotkanie. Siostra wyciągnęła mnie na lody, druga siostra grała za mnie w ulubioną grę, bo wiedziała, że jeżeli ominę jeden dzień, to będę musiała zaczynać od początku. Mama jakby mogła, to wzięłaby cały ból na siebie, a że nie mogła, to była na każde moje skinienie. Zawsze wiedziałam, że otaczają mnie wspaniali ludzie, teraz jestem tego pewna. Każdy z nich przeżył ze mną tę tragedię, tak jak potrafił. Nasze dziecko będę miało wspaniałe ciocie i wujków.

Przez cały ten czas starałam się nie zapomnieć o D. Wszyscy skakali wokół mnie, czy ktoś jego zapytał, co czuje, lub czego potrzebuje? „On daje sobie radę jak umie” – powiedziała mi mama w szpitalu, kiedy D. pojechał na chwilę do domu. No właśnie, gdzie w całym poronieniu jest ojciec? Czy przeżywa to wszystko mniej? Czy to prawda, że więź ojca z dzieckiem tworzy się dopiero po narodzinach? Nie wiem. Nie będę pisać, co czuje D., bo nie mam zielonego pojęcia. Widzę, że jest inny, w stosunku do mnie, kiedy mówi, kiedy gdzieś razem idziemy, kiedy mnie przytula. Pamiętajmy, że ojciec traci dziecko tak samo jak matka i nikt nie ma prawa stawiać go w skali cierpienia niżej. Klub ojców, którzy stracili swoje dzieci również istnieje.

Nikt nigdy nie wymyśli cudownego pocieszenia dla osieroconego rodzica. Trzeba tę stratę po prostu przeżyć, przecierpieć. Ważne, by mieć przy sobie ludzi, którzy chcą pomóc, bez względu na to, w jaki sposób to robią. Ja wściekłam się przez ten czas nie jeden raz na osoby, które w mojej ocenie mówiły głupoty – „Podziwiam cię, ja bym tego nie przeżyła” (a co być zrobiła? Przeżyłabyś, to nie łatwe, ale przeżyłabyś), „Będzie dobrze” (no tak, czas się cofnie i moje dziecko będzie żyło, wtedy będzie dobrze) i najgorsze – „Kto jak kto, ale ty dasz sobie radę” ( no tak, bo jestem pieprzoną bohaterką). Dopiero po jakimś czasie przestałam się wściekać. Sama nie wiem, co bym powiedziała, gdyby to spotkało kogoś innego. Dopóki są przy nas ludzie, którzy chcą powiedzieć coś, żebyśmy poczuli się lepiej, jesteśmy szczęściarzami. Oznacza to, że w obliczu końca świata, który właśnie przeżywasz, masz obok siebie kogoś, kto pomoże ci iść dalej, kto nie zostawi cię, mimo iż jego świat się nie skończył i mógłby mieć to gdzieś. To dar, który ja doceniam i jestem naprawdę wdzięczna tym, którzy chcieli przeżyć ze mną tę tragedię.

2 comments on “Przeżyj ze mną tę tragedię
  1. W takich sytuacjach okazuje się jak wiele jesteśmy w stanie przejść, przezyc. Mi nikt nie pomógł wtedy tak jak moj J. To nieprawda, że mężczyźni nie przeżywają – przezywaja, tylko na początku muszą być silni kiedy ty jesteś bardzo słaba. Ale później wiesz, że nie tylko Cienie to dotyka. Nas to chyba wzmocniło, choć oczywiście wolałabym aby się nigdy nie wydarzyło.

    • Nas to chyba też wzmocniło. Takie sytuacje często pokazują, jaki człowiek jest naprawdę. Ja, tak jak pisała, jestem niezmiernie wdzięczna wszystkim, którzy mi pomogli. Jestem też wdzięczna wszystkim kobietom, które napisały mi na tym blogu wszystkie te miłe słowa. Pozdrawiam serdecznie,
      Ania

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.