Starania i przygotowania do szczęścia

Spread the love

– Może już czas zacząć się starać o dziecko? Widzisz, wszyscy się starają tak długo i nic, to nie jest wcale takie łatwe mieć dziecko.

– Poczekaj, zobaczymy, czy podpiszę tę umowę, jak już będę pewny, że wyjdziemy na prostą, to zaczniemy się starać.

Tak było w styczniu. Miesiąc później, w lutym, kiedy D. podpisał umowę i faktycznie wszystko zaczęło zmierzać ku dobremu, bez zbędnego rozmawiania o tym, przestaliśmy się w jakikolwiek sposób zabezpieczać. Nawet chyba nieszczególnie liczyłam, kiedy wypadają dni płodne. Połowa cyklu, mniej więcej 2 tygodnie, gdzieś była ta świadomość, że to może być ten czas. To były najfajniejsze seksy w moim życiu. Jak bardzo inaczej kocha się ze swoim facetem, jak się wie, że może wyjść z tego coś tak pięknego jak dziecko. Nie nastawiałam się na ciążę, żeby się nie rozczarować, jednak zawsze z tyłu głowy była nadzieja.

W ciągu 2 tygodni doszukuję się u siebie objawów. Hmmm, piersi bolą, ale to przed okresem, czasem pobolewa jajnik, w sumie tak jak zawsze, nastrój jakiś taki dziwny, nieeeee, to przedmiesiączkowe wkur@#%@^nie. Cholera, niby się nie nastawiam, a jednak szukam i czekam.

Naokoło wszystkie najbliższe nam pary starały się intensywnie od kilku miesięcy. Znamy też przypadki, gdzie nie wychodzi od kilku lat. „Jak będzie, to będzie” – tak sobie powtarzaliśmy. Przyszedł pewien wtorek pod koniec lutego. Wieczorem odwiedziny u koleżanki, która właśnie się dowiedziała, że nie jest w ciąży. Odbyłyśmy ponad godzinną rozmowę o tym, jakie to niesprawiedliwe, że tak się chce, a nie można. Jak to jest, dziewczyny idą na dyskotekę i nawet nie wiedzą, kiedy zachodzą, na stojąco, pijane. Później piją, palą, często biorą narkotyki, skaczą, biegają, uprawiają sporty i ciach, nagle się dowiadują, że są w 3 albo 4 miesiącu. Dlaczego dla nas nie jest to takie proste? Jak to jest, że patologia mnoży się jak króliki, dzieci przychodzą na świat do domów bez warunków, bez miłości, a nasze domy czekają…

Wracając do domu pomyślałam, że może histeryzuję. Przecież my dopiero zaczęliśmy. Ciężko jest się starać o dziecko, mając naokoło siebie tyle przykładów niepowodzeń. O jest, znajomy ból w podbrzuszu, to już okres. W torebce leżą 3 testy ciążowe, na zapas, a cholerny brzuch boli i zaraz się zacznie. Wracam do domu, nie ma okresu, dzwonię do przyjaciółki porozmawiać. Z racji, że okresowo jesteśmy zsynchronizowane, każda przeżywa właśnie żal po niedoszłej ciąży. Po rozmowie idę do toalety, jest ok. 21:00. Mam 3 testy, zrobię sobie jeden, wieczorem i tak nie ma szans, ale okresu nie ma, a ciekawość rośnie. No i sikam, aplikuję 3 krople na test. Po niespełna 0,5 minuty nie wierzę, czy to drugi pasek? To drugie różowe obok tej kreski co zawsze to zwida, czy drugi pasek? To na pewno druga różowa kreska, szok, nie wierzę. Patrzę w lustro i się śmieję. To już? To ciąża? Biegnę podekscytowana do D. „Chyba jestem w ciąży” – krzyczę – „Popatrz, czy to druga kreska? Czy to ciąża?”. D. jest w szoku, zmieszany, zdziwiony, właściwie to ciężko odczytać, co mu tak naprawdę jest. „Tak, no jest, ale spokojnie, to dopiero jeden test, nie ekscytuj się tak”. Czuję się dziwnie. Myślałam, że to będzie inaczej, widziałam nas skaczących po pokoju i cieszących się, a tu „nie ekscytuj się…”? Dzwonię do przyjaciółki, krzyczę, cieszę się, właściwie to cała się trzęsę. W nocy praktycznie nie śpię, jestem taka szczęśliwa. Rano powtórny test, jest druga kreska, jest ciąża! W pracy nie mogę się skupić, właściwie to tylko obliczam, który to tydzień i czytam w Internecie informacje, co teraz się we mnie dzieje. Dzwonię umówić się do ginekologa, poczekam tydzień do wizyty, to powinien być wtedy 6 tydzień i już będzie sporo widać. Jestem szczęśliwa!

Następny tydzień mija pod znakiem oczekiwań na lekarza. Gdzieś po drodze robię jeszcze jeden test, i następny, żeby zobaczyć, czy kreska nie zniknęła. D. zaczyna rozumieć, co się stało, zaczynamy normalnie rozmawiać.”To nie jest tak, że się nie cieszę, musisz mi po prostu dać się oswoić z sytuacją, nie spodziewałem się, że to będzie tak szybko, mówiliśmy, że to potrwa, ale się cieszę.”

Tydzień później idziemy do ginekologa, razem. „Nie mam okresu, mam pozytywne wyniki 3 testów, chciałam potwierdzić ciążę” – wyśpiewuję w gabinecie. Najpierw wywiad, później badanie i w końcu upragnione usg. D. stoi za mną. Nic nie widzę, tam nic nie ma, miało coś być! „Jest, tutaj” – mówi ginekolog – „Pęcherzyk, taki malutki, proszę zobaczyć. Jeszcze w sumie nie jestem w stanie zobaczyć zarodka, ale raczej można już stwierdzić ciążę, zatrzymanie okresu, 3 pozytywne testy”. Nie mam jeszcze założonej karty ciąży, lekarz każe nadal łykać kwas foliowy i zapisuje mi jeszcze Jodid100. Mam zlecone badania – grupa krwi, TSH, glukoza, Toksoplazmoza. Następna wizyta za 2 tygodnie, żeby zobaczyć już tętno. „Jakby pani przyszła dzień wcześniej, to prawdopodobnie nic by jeszcze nie było widać, sam czuję niedosyt” – mówi lekarz. Ale to nic, myślałam, że będzie tętno, był pęcherzyk, ale za to najśliczniejszy pęcherzyk na świecie. D. też jest podekscytowany, to widać. Po powrocie do domu skanuję zdjęcie mojej kropki i rozsyłam po najbliższych, wszyscy się cieszą. Z D. rozmawiamy o remoncie, który nas czeka i o zmianach, które nadchodzą. Taka jestem szczęśliwa. Zdjęcie kropki biorę do łóżka, głaszczę się po brzuchu i dziękuję. Niech rośnie, niech się rozwija.

Wyniki badań w normie. Toksoplazmozy brak, glukoza super, tylko TSH w górnej granicy – 3,98 przy normie do 4,0. Za 2 tygodnie wizyta kontrolna – niech będzie tętno, proszę. No i było, piękna kijanka w moim brzuchu wyglądała jak mała gumisiowa żelka z poruszającym się pośrodku serduszkiem. Biło 163 razy na minutę. Jakie to piękne. Szybka analiza badań, lekarz poprosił, żebym TSH skonsultowała z endokrynologiem. Niby nie jest to zły wynik, ale w ciąży powinno być 2,5. Reszta jest bardzo dobrze. „Oby tak dalej” mówi lekarz na pożegnanie. Stawiałam, że to druga połowa 8 tygodnia, tak wychodziło z okresu. Z usg wyszedł początek 8 tygodnia, różnica ok. 3 dni.  „Musiała mieć pani jakoś później owulację” – mówi lekarz. „Matko, jak dobrze, że tak tego nie liczyłam, jak dobrze, że  nie polegałam na kalendarzyku, bo dziecka mogłoby nie być” – myślę. Czujemy się cudownie, wszyscy się cieszą. Mam w sobie drugie serce, moje dziecko, to niesamowite, nie potrafię nawet tego opisać. Po wizycie endokrynologa dowiaduję się, że ginekolodzy to panikarze i żeby się nie martwić. Wynik jest w górnych granicach normy, ale nie jest zły. Mam spożywać dużo jodu. „Biorę Jodid100” – informuję lekarza. „Jodid100? nie! tego nie brać, ja nie zalecam tego leku. Kup sobie dziecko witaminy dla kobiet w ciąży z jodem, wodę z jodem pij, w kuchni używaj soli jodowanej, jodidu nie bierz, to stary lek. Ale się nie martw, bo masz w porządku wyniki. Powtórz je za chwilę i zobaczymy”. Hmmm, przerwać jodid…endokrynolog, u którego byłam to ceniony specjalista, istny wymiatacz, no ale mój ginekolog też jest mega, to nie jego pierwsza ciąża, to on ją prowadzi. Wiadomo, co lekarz, to opinia, poszłabym do trzeciego, to zleciłby mi jeszcze inny sposób przyjmowania jodu, zostaję przy moim leku.

Robię kolejne badania, HIV, morfologia, mocz,  VDRL, Anty HCV, no i oczywiście TSH, FT3, FT4. TSH spadło, jest 3,18 – radość! Jod działa, nie mam niedoczynności!. Wszystkie inne wyniki bardzo dobre.

W pracy już wcześniej poinformowałam wszystkich, których powinnam, że niedługo mnie nie będzie. Kieruję dość dużym wydziałem, muszę zakończyć wszystkie sprawy. Podejmujemy decyzję, że pracuję do Wielkanocy. Później wezmę 2 tygodnie urlopu, żeby dostać pieniądze za wczasy pod gruszą, przed remontem każdy grosz się liczy, po 2 tygodniach urlopu mam wizytę kontrolną i poproszę o zwolnienie. Czuję się dobrze, ale dojeżdżam do pracy ponad 50 km w jedną stronę. Sama nie miałam nic przeciwko, teraz już myślę, że nie warto ryzykować, to nie chodzi tylko o mnie. Po świętach odpoczywam w domu, jest pięknie. Wstajemy razem rano, jemy śniadanie, sprzątam, mam czas na wypad na rynek, na rozmowę z koleżanką. To właśnie jest mi potrzebne teraz. Po 2 tygodniach urlopu mam  wizytę, miesiąc od poprzedniej.

Tydzień przed umówionym terminem coś się dzieje, nie mogę przestać myśleć o sercu mojego dziecka. „Nie bolą mnie piersi, ogólnie, nie mam żadnych objawów, ani jednego, wolałabym mieć”  – powtarzam wszystkim. D. i moja mama uważają, że przesadzam, powinnam się cieszyć, że nie siedzę nad kiblem cały dzień. No ale przecież się zmieniałam, a teraz jest jakoś dziwnie, mam lęki. Mówią, że to normalne w ciąży. Niech już będzie ta wizyta…

Od koleżanki dostałam wózek, piękny, w świetnym stanie. Taki prezent! Niesamowite! I kojec, prześliczny! Kojec stoi w pokoju, który będzie remontowany. Do siatki poprzyczepiane są upominki, które dostałam od znajomych – skarpetki, czapeczka, jeden zestaw ubranek. Nie wierzę w przesądy. Jeżeli ktoś tak się cieszy z naszego szczęścia, że chce nam i naszemu dziecku podarować już coś teraz, to niech daje, jak niby dobre gesty mogą zaszkodzić mojemu dziecku? To piękny czas, kocham być w ciąży.

W sobotę kochamy się z D. Jest cudownie, wyjątkowo nie bolą piersi. Po seksie przerażenie, co to za brązowa maź?! co to jest? To krew? nigdy nie było tego! Co to jest? Szybko dzwonię do ginekologa, opisuję co się stało. „Jeżeli Pani wytrzyma, to proszę poczekać do wizyty do poniedziałku. Dopóki to nie krew, czerwona, ze skrzepami, to wcale nie musi oznaczać czegoś groźnego. Proszę to obserwować. Jeżeli pani nie wytrzyma, to proszę jechać do szpitala, tam panią hospitalizują, jak pani uważa.” Postanowiłam obserwować, czy będzie nadal plamienie. Do wieczora nic, ani kropli. Może podczas seksu pękło jakieś naczyńko. Rano w niedzielę również spokój. Wszyscy radzą, żeby się nie martwić. To już 12 tydzień, jutro wizyta, takie rzeczy się zdarzają. Staram się myśleć pozytywnie, jednak niepokój jest, ogromny.

Przychodzi wyczekiwany poniedziałek. W telefonie dostaję wiadomość z aplikacji, jak codziennie. Dowiaduję się, że na tym etapie dzidziuś powinien być wielkości dużej śliwki. Mam w brzuchu dużą śliwkę, umieszczoną w pokaźnym grejpfrucie (jak dowiedziałam się z wiadomości dzień wcześniej). Przed wizytą idę pod prysznic, śpiewam piosenkę, boję się. Najchętniej zostałabym pod prysznicem na zawsze, nie chcę stąd wychodzić.

Jedziemy. W samochodzie rozmawiam z D. „Wiesz, mam takie dziwne uczucie, że nie chce tam iść, ale nie wiem, jak to wytłumaczyć. Po prostu zanim tam pójdę, to wszystko jest ok, ale jak już pójdę i usłyszę coś złego, to już tego nie cofnę, nie znajdę się znowu pod prysznicem śpiewając piosenki dla dziecka”. D. popatrzył na mnie z politowaniem. To jakieś tam prawo z fizyki kwantowej, próbował mi wytłumaczyć, coś o zdechłym kocie w pudełku, który przed otwarciem pokrywy dla wszystkich jest tak samo żywy jak i martwy. Średnie porównanie, jeżeli miało mnie uspokoić, ale znam D., w taki sposób się stara.

Jedziemy, dojechaliśmy, jesteśmy. Drobne opóźnienie, musimy czekać 0,5 h. Z jednej strony chcę już zobaczyć dziecko, jego serce, nóżki, rączki. Z drugiej strony, do czasu otwarcia pokrywy…

,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.