„Chcę, żeby już było po…”

Spread the love

Izba przyjęć, długo się czeka. Wszędzie pełno kobiet z brzuszkami w oczekiwaniu na KTG. To po to miałam tu przychodzić, na KTG, a nie usuwać obumarłą ciążę. Przyjęcie do szpitala, tysiąc pytań, pani pyta o wszystko, choroby, rodzinę, adres, miejsce pracy. Sama zaczęłam zadawać jej pytania, żeby poczuć się pewniej. „Czy na pewno mój lekarz mi zrobi zabieg?”, „Czy D. może być przy ostatnim usg?”, „Czy na przyszłość powinnam sobie zalaminować kartę badań serologicznych, żeby się nie zniszczyła?”, „Czy to będzie bolało?”. W końcu idziemy do mojego lekarza, nareszcie znajoma twarz. Jest miły, spokojny, jak zawsze. Bada mnie jakaś inna pani, dlaczego kobiety są tak niedelikatne? Przecież wiedzą, że to nie jest przyjemne…właśnie sobie przypomniałam, dlaczego już nigdy nie chcę kobiety ginekologa. Jest i usg, wchodzi D. Jest dzidziuś, leży, tętna nadal brak, nic się nie zmieniło, nie dostałam cudu, o którym mogłaby opowiadać dziecku i jego dzieciom w przyszłości. „Proszę za mną, przebierze się pani i położy, pan doktor zaraz panią poprosi.” Na sali leżą jeszcze 2 młode dziewczyny. Mija chwila, muszę iść do położnych. Jedna okazuje się być mamą mojej koleżanki z liceum. „Ania! Proszę, tak myślałam, że to ty po adresie, ale nie byłam pewna! Ona chodziła z moją córką do klasy w liceum, prześlicznie śpiewała” – mówi do drugiej położnej. „Oooo, to może nam zaśpiewa” – odpowiada kobieta. Zaśpiewać? Teraz? Od rana nie płakałam, przy przyjęciu, odpowiadając na pytania typu „Czy to była pierwsza ciąża?”, słuchając jak jedna pani mówi do drugiej pani „Mamy tu ciążę obumarłą, trzeba przyjąć”, przy badaniu, rozmowie z lekarzem. Nie płakałam przy tych ludziach. To nie ich tragedia, przeżyję to sama, z D., nie będę przy nich płakać. Ale śpiewać? Nie wytrzymuję. Całe napięcie schodzi ze mnie, wybucham płaczem. Nie będę śpiewać. Mama koleżanki uspokaja mnie – „Anuś, nie płacz, dziewczyny wychodzą po za biegu i za miesiąc znowu są w ciąży, nie płacz”. Idę do sali, gdzie czeka na mnie lekarz. Tłumaczy mi spokojnie, co będzie robił. Chcą wywołać poronienie, włożą mi tabletkę, która usunie moje dziecko. Później wszystko wyczyszczą. Jeżeli się uda, stanie się to w ciągu kilku godzin, jednak czasem trwa nawet 3 dni. „Postaram się, żeby to było dzisiaj” – mówię do lekarza. Nie mogę czekać na to 3 dni, nie wytrzymam, los nie może być aż tak okrutny. „To niestety nie od pani zależy, ani nie ode mnie…”

Czekam, leżę na łóżku i czekam. Objawami poronienia ma być mocne krwawienie ze skrzepami, nie plamienie, krwawienie. No i oczywiście ból brzucha. Czekam, nic się nie dzieje, mijają 2 godziny. Chce mi się płakać, chcę, żeby już było po. Dziewczyny obok mnie chyba przyszły z czymś innym, są uśmiechnięte. Obok łóżka siedzi D. i moja mama, czekamy. Po 3 godzinach idę do toalety, sikam, widzę, nagle, jest, bum, leci, dużo, co to jest? Myślałam, że to będzie jak początek okresu, a tu jakby mnie ktoś nagle postrzelił. Jak dobrze, jest! Wracam do pokoju, chwalę się, że już jest. Idę do położnej – „Krwawię, jest czerwona krew, leci dużo” – mówię. „A boli cię już brzuch?” – słyszę w odpowiedzi. No nie boli. Krew siknęła raz, a teraz już nie chce. „Trzeba czekać Ania, musisz czekać, nie przyspieszysz”. Nie chcę czekać. Idę z D. na spacer po szpitalnym korytarzu. Rozmawiamy o pogodzie – jest ładnie, słońce świeci. Wczoraj układałam sobie inny plan tego dnia. Miało świecić słońce, miałam iść kupić mięso do sklepu, do którego nigdy nie chciało mi się jeździć, jak pracowałam, miałam odwiedzić koleżankę i ogarnąć mieszkanie. Jak bardzo inny plan realizowałam właśnie w tej chwili, stojąc z D. na korytarzu i powtarzając sobie „Niech to już się skończy, niech już będzie koniec”. Jak bardzo kłóci się rozum z sercem w takich chwilach? Jaka matka modli się o poronienie tak bardzo, że aż płacze, że jeszcze nie przyszło? Czy ze mną wszystko dobrze? Moje dziecko jest jeszcze we mnie, w brzuchu, mogę głaskać miejsce, które głaskałam do tej pory i ono tam jest. Nie ważne, że nie oddycha, że nie bije mu serce, jest, niech zostanie jak najdłużej, nie chce go stracić…Czy nie tak powinno być? Ja stałam na korytarzu i prosiłam, żeby już był koniec, żeby już wyszło. Z każdą wizytą w toalecie starałam się przeć, żeby leciało dużo krwi, koniecznie żywo czerwonej, ze skrzepami. Po każdym większym skrzepie z przerażeniem zaglądałam do toalety upewniając się, że nie zostawiłam tam dziecka. Chciałam, żeby już był koniec, ale nie tutaj, nie w toalecie, nie chcę spuścić go do kanału nawet o tym nie wiedząc. „Proszę, wyjdź już, proszę, już chcę do domu, proszę, skoro już odchodzisz, to odejdź teraz” – myślałam i płakałam. Żarły mnie wyrzuty sumienia. Poszłam do toalety, krwi leciało bardzo dużo, skrzepy były tak duże, że zastanawiałam się, czy to prawidłowe, że są aż takie. Jednak to tylko nad toaletą, jak napinałam brzuch. Na podpasce były tylko pojedyncze kropki. Byłam tak zdesperowana, żeby pokazać położnej, że udało mi się poronić, że napinając brzuch zamiast nad toaletą, robiłam to nad podpaską. Ale jak na złość wtedy nie chciało lecieć. W końcu położna obiecała, że jak tylko mój lekarz wróci z cesarskiego cięcia, to mnie zbada. ” Nie chcę, żeby ci tu ktoś zrobił krzywdę kotuś” – powiedziała – „To się musi stać samo”.

Badanie. Wchodzę do gabinetu zabiegowego, lekarz i położna każą mi się rozebrać i usiąść na fotelu. „Ale ja wszystko tu wybrudzę” – mówię. „Wybrudzi pani, ale po to jest to pomieszczenie, żeby pani brudziła i my, żeby to posprzątać” – mówi lekarz. Siadam. fotel ginekologiczny w szpitalu jest o wiele gorszy, niż w prywatnym gabinecie mojego ginekologa. Ciężko na niego wejść, źle się tu czuję. Lekarz siada i zapala lampę, sprawdza. „I co?” – pytam. Powstrzymuję się od płaczu. „Poroniła pani” – słyszę. „Boże, dziękuję”.

Jest 19:15. Po „głupim Jasiu” położna wiezie mnie na wózku do zabiegowego. Już nie martwię się, że krew sama nie leci, czuję, że leci. Siadam na fotelu, jest mój lekarz. Dostaje jakieś znieczulenie dożylnie, ale jestem świadoma. „Zaczynamy” – mówi ginekolog. To zaczynajmy. Nie boli, nie jest to przyjemne, ale nie boli. Myślałam, że to będzie gorsze…Patrzę na sufit, później na ścianę. Po lewej stronie za moją głową narysowany jest lecący koliber. Patrzę na niego, jest mi lepiej, chciałabym stąd odlecieć, ale nie mogę. Uczucie jest coraz silniejsze, to tak jakby ktoś był w moim brzuchu i sprawiał, że wszystko tam mi się zasysa do środka. Jest coraz gorzej. W końcu kulminacja, najokropniejsze uczucie, jakiego doznałam kiedykolwiek, ale nie ból, coś straszniejszego. „Możemy na chwilę przerwać?” – pytam. Nie wytrzymam. „Już kończę” – mówi lekarz. Wyjął coś dużego i włożył do pojemnika. Czy to było to? Czy to dziecko, czy tylko łożysko? Co to było? Bałam się spytać. Odkażenie, przemycie, mogę wstać. Położna pomaga mi wsiąść na wózek, nakłada mi kapcie. „Mogę już jechać do domu? Mogę dzisiaj?”. Nie mogę. Mam czekać do jutra, lekarz twierdzi, że tak będzie lepiej. Więc jedziemy do pokoju, na korytarzu czeka D. i mama, patrzą. A ja nic nie czuję. Nie ma smutku, nie ma bólu, złości. Co jest ze mną nie tak? Kładę się, chcę spać. Już nie ma dziecka, już nie ma, już go nie mam, zostało tam, w sali. Już jest koniec, przyszedł koniec, tego chciałam. D. całuje mnie na dobranoc, trzyma za rękę i patrzy. Uśmiechnął się, niepotrzebnie, widzę, że nie chciał. Teraz będę spać. Chcę spać a jak obudzę się jutro, zacznie się pierwszy dzień po końcu, niech już się zacznie.

20 comments to “„Chcę, żeby już było po…””
  1. Dziękuję Ci za ten wpis. We wtorek pojechaliśmy na izbę przyjęć, gdzie młoda pani doktor w oschły sposób poinformowała mnie, ze w 11 tc serduszko nie bije od Ok 3tyg . Tylko ja od 5tygodnia walczyłam z planieniami i krwawieniami, i jakoś tak czułam, ze dziecka już nie ma. Ze względu na długi czas od obumarcia, łyżeczkowanie zrobili mi tego samego dnia, po kilku godzinach. Dziękuje Ci zatem wpis, bo chyba najgorsze jest we mnie to poczucie winy, ze chciałam aby było już po. Żeby już to zrobili, żebym mogła wrócić do domu i spokojnie popłakać. W szpitalu czułam się jak wariatka bo nawet trochę żartowałam z mamą. Ale ja tak zawsze mam, próbuje się śniąc w stresie i, gdy nie mogę okazać prawdziwych emocji. Przeczytałam wszystkie wpisy o poronieniu i widzę, ze my wszystkie (kobiety po poronieniu) myślimy niemal tak samo. To pomaga….
    Nie byłam pewna czy powinnam pisac, bo z innych wpisów wynika, ze nadal jesteś w drugiej ciąży… w każdym razie: szczęśliwego rozwiązania życzę…

    • Dziękuję, ja już po rozwiązaniu prawie rok, Dawid wczoraj skończył 11 miesięcy. Jest takim moim dowodem największym na słońce po pochmurnych dniach. Myślę, że praktycznie wszystkie czujemy podobnie i przeżywamy tak samo poronienie, bo ludzka psychika jest tak zbudowana. Jeżeli coś było nieuniknione, to nie chciałam, żeby ciągnęło się w nieskończoność, chciałam jak najszybciej już być w domu, to nic złego.
      Mam nadzieję, że już wkrótce poczujesz się lepiej i zakończenie Twojej historii będzie równie szczęśliwe, jak moje. Trzymaj się!

  2. Boże Kochany… czytam i nie wierzę, Aniu przeżyłam dokładnie to samo, wczoraj wyszłam ze szpitala, dziecko 10tydzień, napisałaś dokładnie tak jak i ja to czułam i przechodziłam, kontrolna wizyta, serduszko nie bije, musimy wywołać poronienie … Najgorsze jest to że czułam się świetnie, dbałam o siebie, nie pracowałam.. . I taki cios . Jedyna różnica że ja mam już dzieci i wcześniej też poroniłam,lecz samoistnie w początkach ciąży, to było dla mnie zupełnie co innego. A teraz, masakra. Położna mnie załamała słowami: Nie ma co przeżywać, nie patyczkujemy się tak Z tymi które już mają dzieci, bardziej przykładamy uwagę do tych co nie mają i ronią . A ja patrzę na swoje dzieci i tęsknię do tych których nie przytulę. .. Jestem załamana . Jak wrócić do pracy

    • Zgodze sie w jednym z polozna, majac juz dzieci jest latwiej co wcale nie oznacza ze nie zaslugujemy na „patyczkowanie sie z nami” bo tak samo tracimy dziecko. Tyle ze my po powrocie do domu musimy od razu sie ogarnac bo czekaja tam na nas male sloneczka ktore kochamy i ktore naszej milosci i uwagi potrzebuja. Co do powrotu do pracy to im mniej osob wiedzialo tym bedzie on mniej trudny.

  3. Witam, chcialabym podzielic sie swoimi ostatnimi przezyciami z kims kto rozumie.
    Tydzien temu tj. 7 listopada, w sobote rano zaczal sie dla mnie koszmar. Bylam w ciazy – 14 tydzien. W calej ciazy czulam sie ogolnie zle z powodu strasznych mdlosci i wymiotow, ktore uniemozliwialy mi normalne funkcjonowanie. Prawie od poczatku na L4. Duzo spalam i lezalam.

    Jednak ostatnio bylo juz lepiej i pomyslalam, ze nareszcie bede cieszyc sie z dlugo wyczekiwanego dziecka.

    Niestety w sobote rano ok. 8 wstalam do toalety i poczulam krople plynu na bieliznie. Wrocilam do lozka, polozylam sie i wtedy poczulam duzo plynu wydobywajacego sie ze mnie. Odeszly mi wody.

    Maz w panice wezwal karetke. Zabrali mnie do szpitala. Czulam, ze jest zle, ale mialam jeszcze nadzieje. W szpitalu pani doktor zbadala mnie i potwierdzila, ze pekl pecherz owodniowy i ze szyjka macicy jest skrocona.

    Potem badanie USG : brak wod plodowych, serce dziecka bije, ale nie ma szans na przezycie. Szok i rozpacz. Co dalej?

    Musialam urodzic moje martwe dziecko. Lezalam w sali porodowej i czekalismy, pojawila sie krew. Pani doktor zapytala, czy czekamy na samoistne poronienie ( moze trwac nawet kilka dni) , czy tabletki wywolujace skurcze.

    Chcialam miec to wszystko jak najszybciej za soba, wiec dostalam zastrzyki i tabletki. Po 2 godzinach dostalam bolesnych skurczy. Bardzo cierpialam. Byl to normalny porod, tylko dziecko bylo bardzo male. Podali mi dozylnie lek przeciwbolowy. Trwalo to dlugo, bylam juz wycienczona. Dostalam lek rozkurczowy, bo macica byla jeszcze nie gotowa. Po nim usnelam na chwile, nie pamietam.

    Gdy sie obudzilam, poczulam ze musze do toalety. Nie pozwolono mi wstawac, dostalam basen. I wtedy to sie skonczylo, poronilam mojego malutkiego synka, lozysko tez.

    Myslalam, ze to juz koniec. Ale pani doktor powiedziala, ze musi sprawdzic, czy nic nie zostalo. Przygotowali mnie do czyszczenia macicy. Powiedziala, ze nie ma czasu na znieczulenie, bo szyjka zaraz sie bedzie kurczyc i ze zrobi to bardzo delikatnie. Uzyla najmniejszych narzedzi, byla bardzo delikatna, ale i tak bolalo.

    Nie zobaczylam maluszka, nie chcialam pamietac go w takim stanie (bylo juz niezywe). Pozostal w szpitalu i bedzie pochowany w mogile dzieci nienarodzonych, tak zdecydowalismy. Nie wiem, czy dobrze, ale wtedy pomyslalam ze nie chce wspominac tego zdarzenia, a jak najszybciej zapomniec.

    Maz byl przy mnie caly czas i tez bardzo to przezyl. Pozostalam w szpitalu do wtorku 10 listopada. Dostawalam antybiotyk, prosilam o cos na spanie, bo nie moglam usnac, wylaczyc myslenia o tym co sie stalo. Pani doktor zajela sie mna naprawde fachowo, przyslala pania psycholog, dwa razy z nia rozmawialam. Byla bardzo mila i wspolczujaca, ale wiem ze nie jest w stanie naprawde mnie zrozumiec.

    Od srody jestem w domu. Czuje sie coraz lepiej fizicznie, krwawienie jest coraz mniejsze. Mam klopoty ze snem, w ciagu dnia poplakuje. Nie mam na nic ochoty.

    Nie moge wyobrazic sobie teraz mojego zycia, zdalam sobie sprawe jak bardzo zdazylam pokochac dziecko, ktore bylo przez ten czas bylo w moim brzuchu. Synek – Filip. Musielismy zarejestrowac go w USC, bylo to niezbedne, abym mogla byc na urlopie macierzynskim 56 dni.

    Nie moglabym wrocic od razu do pracy. W ogole mam obawy przed kontaktami z ludzmi. Pracuje w szkole podstawowej i jestem nauczycielem, w pracy musze byc pozytywnie nastawiona, pracuje z dziecmi 6-12 lat.

    Mysle caly czas o moim synku, zostaly mi po nim zdjecia USG. Z jednej strony chce zapomniec o tym zdarzeniu, a z drugiej nie chce nigdy zapomniec o tym dziecku. Juz zawsze bede mama.

    Nawet jesli nie uda mi sie juz urodzic. Tego tez sie boje. Mam 32 lata, to byla moja pierwsza ciaza po dlugim staraniu. Jak zaczac normalnie zyc? Juz chyba nigdy nie bede taka jak przed tym wszystkim?

    • Chyba nikt nie znajdzie slow pocieszenia kiedy zycie zamiast sie zaczynac to sie konczy. Ale chyba nikt bardziej niz my nie wie jak bardzo boli ta strata. Czas leczy rany i po przezyciu swojej zaloby bedziesz sie czula z tym lepiej ale juz zawsze bedziesz mama Filipka. Mam nadzieje i szczerze ci zycze ze po dojsciu do siebie dolaczysz do „klubu szczesliwych mam” mimo ze po przejsciach. Bo wiele z nas po stracie ciazy doczekala zdrowego dziecka.

    • Witaj Aniu. Strata dziecka to niewyobrażalna tragedia, z którą ciężko się pogodzić. Dla mnie najgorsza była pustka, którą czułam w sobie po wyjściu ze szpitala. Niewyobrażalna, bolesna. Nic ani nikt nie był w stanie jej wypełnić, ani mnie pocieszyć. Czułam się na początku, jakby to dziecko mi odebrano, później czułam, jakby to ono mnie opuściło. Żal, gniew, smutek, wszystkie te emocje przerabiałam w ciągu kolejnych tygodni. I chociaż jak ktoś mówił, że czas leczy rany, to się denerwowałam, to później okazało się, że to prawda. Potrzeba czasu, by poukładać sobie to wszystko w głowie, by znowu oddychać normalnie i potrafić myśleć pozytywnie. Ale to co czujesz teraz też jest potrzebne, bo dzięki temu przeżyjesz swoją żałobę, a kiedy będziesz gotowa i poczujesz, że już czas, będziesz w stanie faktycznie pożegnać się z dzieckiem, które jeszcze niedawno było w Tobie. Bardzo mi przykro, że Cię to spotkało, za każdym razem, kiedy przybywa kolejna mama nienarodzonego dziecka, wracają moje wspomnienia, przypominam sobie co czułam i jak to było straszne. Ja teraz jestem na innym etapie, noszę w sobie synka, który powoli zaczyna smyrać mnie od środka po brzuchu. Niedawno minął termin, w którym rodziłabym moje pierwsze dziecko. Przeżyłam to bardzo, po cichu, sama, nawet nie chciałam o tym pisać. Bo o tym dziecku się nie zapomni i ono zawsze będzie już moje. Teraz jestem w stanie w myślach sobie z nim porozmawiać, poprosić o opiekę nad bratem, nade mną, jestem pewna, że ono gdzieś tam jest. Mam nadzieję, że uda Ci się poukładać to wszystko w głowie i w sercu, przeżyć smutek i nauczyć się, jak żyć z tym doświadczeniem, które niestety już na zawsze nas zmienia. Jakbyś chciała pogadać, możesz napisać maila, mi bardzo pomogła rozmowa na forum tego bloga z innymi kobietami, które przeżyły to samo. Trzymaj się i bądź silna. Ania

  4. Mój Boże miałam podobnie tylko mnie uśpili. Teraz lecze rany mojej psychiki. I myśle o kolejnej ciąży-jak będe dawać radę o ile w nią zajde może trzeba mocno pozytywnie myśleć, do ciąży nabrać dystansu…ale czy będe potrafić :/

    • Czas, potrzebny jest czas. Każda kobieta wie, ile go potrzebuje, zanim zdecyduje się na ponowne starania. U nas było to 3 miesiące. Będziesz potrafiła, tylko musisz to sobie wszystko poukładać najpierw w głowie i pogodzić się z tym, co się stało. Na początku jest najgorzej. Trzymaj się, pozdrawiam, Ania

  5. Współczuję Ci bardzo. Mam nadzieję że to Twój pierwszy i ostatni raz.
    Wspomnienia wracają 🙁 Ja przeszłam ten koszmar 3 razy, ale bez tabletek, tylko zabieg od razu. 1 raz to było totalne przerażenie, 2 raz niedowierzanie graniczące z obłędem a 3 to już tylko smutek ale taki że nawet płakać nie mogłam.
    I też po każdym z zabiegów popadałam w odrętwienie, wszelkie emocje chowałam bardzo głęboko w sobie. Taka reakcja obronna psychiki żeby nie zwariować.

  6. Czytam fora już od kilku tygodni i chyba jestem gotowa napisać swój pierwszy komentarz. Strasznie mi przykro, że to Was spotkało, że spotkało tez mnie…. Ja urodziłam w 30 tyg. Mój zdrowy synek umarł we mnie- to chyba najgorsza świadomość- moje ciało zawiodło, ja go zawiodłam… TEN najgorszy dzień w życiu tez pamiętam jakby to było wczoraj i jakby wszystko działo się w zwolnionym tempie. Dzisiaj pierwszy raz zostałam całkiem sama w domu i od razu trafiłam na Twój blog Aniu i na „Rozmowę” i uśmiechałam się przez łzy… Dziękuję Ci ! Trzymam kciuki za Aniołkowe Mamy… za to co przed nami….

    • Wiesz, śmierć dziecka na takim etapie ciąży to jeszcze gorszy cios, jednak nie możesz myśleć, że Twoje ciało zawiodło. Często nie mamy na to wszystko wpływu. Ja wiem, że nie zrobiłam nic, żeby zaszkodzić dziecku, a mimo to je straciłam. Bardzo mi przykro, że musiałaś przejść przez taki koszmar. Pozdrawiam i życzę dużo siły, Ania

      • Moja ciąża przebiegała wzorowo. Ćwiczyłam z kobietami w ciąży, jadłam zdrową żywność, do końca nie musiałam suplementować żelaza. No rewelacja! Nagle ból brzucha i najgorsze dla matki słowa… Lekarze powiedzieli „tak się czasami zdarza, to nie rzutuje na kolejne ciąże” – takie pocieszenie-nie pocieszenie. A ja ciągle mam to poczucie że nie podołałam. Na szczęście mam u boku cudownego faceta i teraz tak jak Ty, jak budzę się w nocy, nie zastanawiam się jakimi będziemy rodzicami, bo to już wiem 🙂
        Będę śledziła Twojego bloga i trzymała za Ciebie i D. kciuki!

  7. Wspomnienia jak zywe. Ja w 19 tc 2 godz po tabletce zaczely sie bole. 6 godz po odeszly mi wody urodzilam dziecko a pozniej lozysko tylko to wszystko stalo sie na zwyklym lozku szpitalnym. Tez chcialam zeby bylo juz po 3 dni bym chyba nie przezyla.

    • Mnie znał chyba każdy lekarz w szpitalu… Jak chodziłam po korytarzu, żeby może trochę to wszystko przyspieszyć to każdy pytał czy to już… Już 3 dnia byłam tak wykończona emocjonalnie, że się po prostu śmiałam z bezsilności… Ale dziewczyny to już za nami. Trzeba jakoś wrócić do życia, ja powoli ale widzę, że rzeczywiście coraz lepiej mi to idzie. Wiem, że takie gadanie niewiele daje, ale sama nie wiem co innego powiedzieć… W sumie to może nawet czasami lepiej nie mówić nic.

  8. Jak przeczytałam tę notkę to wszystko wróciło… Do pewnego momentu wszystko u Ciebie działo się tak samo jak u mnie. Tylko, że właśnie u mnie to były nawet te 3 dni… Zaczęli podawać mi tabletki w piątek w południe, a wszystko tak naprawdę zaczęło się w poniedziałek koło godziny 16… i o 18 już było po wszystkim. Urodziłam moje dziecko w 14 tygodniu ciąż. Najgorszym momentem było to, że odeszły mi wody… Chyba wszystkiego się spodziewałam, ale nie tego. To był chyba ten najgorszy moment, moment w którym sobie uświadomiłam co się dzieję… Do dziś jak zamykam oczy to czasami to czuję… 🙁

    • Bardzo Ci współczuję. Ja naprawdę modliłam się, żeby zamknęło się to w jednym dniu. I na szczęście nie musiałam czekać. Ale tego, co działo się w mojej głowie i tego, co działo się w sercu, nie da się opisać. Staram się nie myśleć o tym za dużo, ale mam wrażenie, że z tamtego dnia pamiętam każdą minutę, każdy gest, wypowiedziane do mnie słowo. Ten dzień w szpitalu był moim najgorszym doświadczeniem w życiu. Mam nadzieję, że poukładasz sobie wszystko i dasz radę. Pozdrawiam serdecznie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.